Molo jest ulubionym miejscem moich spacerów. Zawsze mam wrażenie, że uda mi się przejść na drugi brzeg, na którym znajdę coś, czego od lat znaleźć nie potrafię. Przygnębienie związane z samotnością ustępuje myśli o potędze natury. Jak dobrze jest chłonąć wiatr wiejący od morza. Co za cudowne uczucie, móc wspiąć się na palcach, wychyliwszy się lekko poza barierkę, patrzeć w głąb fal. Nieraz widziałem mewy kołujące nad moją głową. Nawet one mają do czego wracać. Pary zakochanych trzymające się za ręce, rodzice bawiący się ze swoimi dziećmi. Czego więcej może chcieć człowiek spragniony towarzystwa innych.
Nie jestem przystojny. Niezbyt wykształcony. Posada intendenta w firmie produkującej sprzęt gospodarstwa domowego nie daje wielu możliwości do nawiązania nowych znajomości. Koledzy z pracy patrzą dziwnie na człowieka, który na wszelkich firmowych przyjęciach zawsze pojawia się sam. Szerzą się plotki. Ludzie dowcipkują. Nauczyłem się nie zwracać na to uwagi. Staram się po prostu sumiennie wykonywać swoje obowiązki. Koledzy już godzinę przed końcem pracy zaczynają nerwowo spoglądać na zegarki. Siedzą jak na gorących krzesłach, pragnąc siłą woli przyspieszyć wskazówki. Biec jak najszybciej w stronę domu na spotkanie. Byle prędzej do innego człowieka.
Ja zostaję dłużej. Nie mam do kogo wracać. Proszę nawet o dodatkową pracę.
Szef obiecuje awans. Pracując dłużej, oddalam przygnębiające myśli. Stan ducha, o którym mówię, stał się stanem permanentnym. Straciłem wszelką nadzieję na zmianę. Kiedyś parę lat temu, chciałem dać anons w gazecie: Kawaler, bez nałogów, z własnym M pozna panią… Zabrakło mi jednak odwagi, by zanieść je do biura ogłoszeń. Przestałem próbować.
Wiatr zaczął wiać mocniej. Chmury poczerniały, a lekki deszczyk przenikał przez jego szary prochowiec. Molo opustoszało. Mewy zniknęły tak szybko, że nie zdążył nawet spostrzec kiedy. Samotność stała się nieznośnie bolesna. Postanowił zrobić zakupy w pobliskim supermarkecie i spędzić resztę wieczoru w domu. Omijając kałuże, biegł – byle prędzej, od dławiących go myśli. Dopadłszy drzwi sklepu, szarpnął mocno. Drzwi nie ustąpiły. Nie zdążył. Sklep już zamknięto. Zmęczony, pełen przygnębiającej rezygnacji, poszedł w stronę domu. Szara kamienica, w której mieszkał, stała z dala od głównej ulicy miasta. Droga zajęła mu chwilę. Nie myślał. Chciał jak najszybciej wspiąć się po drewnianych schodach na trzecie piętro, i zatrzaskując drzwi swojego małego mieszkania, zapomnieć o swojej udręce.
Mieszkanie było skromne. Sterty czasopism, których nigdy nie przeczytał, wypełniały każdy kąt jego samotni. Stary telewizor, łóżko z popsutą sprężyną, lodówka Polar. Niczego więcej nie potrzebował. Lubił to miejsce. Czuł się bezpiecznie. Tu nie musiał się nikomu tłumaczyć.
Głód stawał się coraz bardziej dokuczliwy. W lodówce znalazł konserwę Neptun, na stole pół chleba. Resztę, która została po śniadaniu. Niezgrabnie zdrętwiałymi z zimna dłońmi zaczął mocować się z blaszaną pokrywką puszki.
Wbity otwieracz powoli rozcinał grubą blachę. Telewizor, który włączył po przyjściu do domu, zaczął wydawać niepokojące odgłosy. Żarówka nad stołem zaczęła mrugać słabnącym światłem. Wszystko zgasło. O tej porze roku często wyłączali prąd. Był na to przygotowany. W całkowitej ciemności zaczął niezgrabnie dotykać kuchennych sprzętów, szukając świecy, która dałaby mu odrobinę zbawiennego światła.
– Znowu nie możesz czegoś znaleźć. Nigdy nie nauczysz się dbać o porządek? Jak można żyć w takim bałaganie!
Głos dobiegał z wnętrza ciemnej kuchni. Zdezorientowany i zaskoczony czyjąś obecnością, odszukał wreszcie świecę i zapałki. Ciepły płomień rozświetlił pomieszczenie. Wzrokiem nieprzywykłym do słabego światła szukał właściciela tajemniczego głosu. Kuchnia zdawała się być pusta.
– Rusz się wreszcie i wypuść mnie! Czemu stoisz i nic nie robisz?! Co z ciebie za mężczyzna?! Jak długo mam czekać?
Zdawało się, że głos dobiega z okolic stołu, na którym przygotowywał kolację. Niepewnym krokiem, zbity z tropu czynionymi mu właśnie uwagami, zbliżył się powoli do tego miejsca.
– Czy tobie się wydaje, że mam tu spędzić resztę życia? Bierz się do roboty!
Głos dochodził z wnętrza puszki, którą szykował na kolację. Pełen obaw, ostrożnie dokończył otwierać konserwę. Wewnątrz nie znalazł sardynek. W naczyniu wśród sosu pomidorowego leżała syrena. Jej srebrny, rybi ogon uderzał nerwowo w wieczko.
– Co się tak patrzysz? Jak ja wyglądam! Kobieta ma prawo wyglądać lepiej! Co ja mam z tym facetem, a przecież mogłam mieć innego!
Stał jak kamień. Nie mógł wykrztusić ani słowa. Syrena gwałtownym ruchem ogona wzbiła w górę sos, który spadł wprost na jego krawat.
– Co za fleja. Mógłbyś bardziej o siebie zadbać! Myślisz, że będzie mi miło pokazać się z takim brudasem?
Wyciągnął dłonie w kierunku puszki. Chciał uwolnić niespodziewanego gościa.
– Precz z łapami! Chamie. Może najpierw byś je umył? Co za bezczelny typ. Nic tylko by leżał i odpoczywał. Zero!
Zrezygnowany opuścił dłonie. Nie czuł już głodu. Wyszedł z kuchni. Nie zmrużył oka. Przez całą noc słyszał utyskiwania i obelgi.
Rano, zarzuciwszy płaszcz na ramiona, spakował konserwę do foliowej torby i szybko wyszedł z domu. Droga nad morze nigdy nie trwała krócej. Puste molo oświetlone porannym słońcem przebiegł bez wytchnienia. Mewy nad jego głową skrzeczały charkliwie, upominając się o jedzenie. Pustą puszkę wyrzucił do kosza i zatopiwszy się w swoich myślach, poszedł w kierunku baru mlecznego.