fbpx
+48 736-84-84-44
Zaznacz stronę

Świat nie z bajki

– Nazwisko?

– Baczyński

– Imię?

– Krzysztof

– O! Rodzicom, widzę, nie brakowało fantazji.  He, he. A na drugie pewnie Kamil, co?

– Dokładnie tak.

– Wielbiciele poezji.

– Nie wiem, nie zdążyłem ich dobrze poznać. 

– Wróćmy do sprawy. Wiek?

– Trzydzieści pięć.

– Zawód?

– Miłosny- średnio raz w miesiącu, skoro pan taki ciekaw wszystkiego. A wykonywany- florysta. 

– O! to, co w klientkach się pan tak zakochuje namiętnie?

– Nie, w różach, liliach i niezapominajkach. Możemy kontynuować?

– Tak. Co pan robił w niedzielę 11 sierpnia 2019 roku przy nasypie kolejowym w pobliżu miejscowości Muchomory Wielkie?

– Spacerowałem i szukałem inspiracji do polnych bukietów. 

– To ludzie kupują polne kwiaty, zamiast pójść i narwać sobie tego za darmo?

– No widzi pan, takie cuda. Widocznie jak ich stać, to wolą przyjść i kupić, zamiast łazić po łąkach, a potem po komisariatach. 

– No, w sumie. No dobrze, czyli chodził pan i oglądał sobie, jak to wszystko rośnie, tak?

– Tak.

– A która była wtedy godzina?

– Około szesnastej.

– Czy widział pan kogoś albo słyszał coś, co sugerowałoby, że niedaleko może się ktoś kręcić? 

– Nie, pociągi tylko słyszałem i brzęczenie owadów. I jak już mówiłem, ta głowa się po prostu potoczyła i wpadła mi prawie pod nogi. 

– Czy widział pan coś jeszcze? Coś dziwnego albo niepokojącego?

– A to mało? Nie widziałem. A ta głowa była naprawdę wystarczająco dziwnym widokiem, którego już do końca życia nie zapomnę . 

– I na pewno nie słyszał pan żadnego krzyku?

– Nie, ale pociąg był głośny, więc mógł go zagłuszyć.

– No dobrze, to na razie panu dziękuję i jeśli tylko przypomni pan sobie cokolwiek, nawet jakiś drobny szczegół, to proszę koniecznie się do nas zgłosić. 

– Dobrze, do widzenia.

Krzysztof Kamil Baczyński naprawdę się tak nazywał, był florystą i znajdował się tego dnia przy nasypie kolejowym, ale jego dalsze zeznania mijały się z prawdą. Widział kobietę zmierzającą w stronę torów, słyszał też jej głośny płacz. Kiedy zobaczył, że mimo nadjeżdżającego pociągu nie odchodzi dalej, chciał podbiec,  odciągnąć ją od torów i od tego szalonego pomysłu. Ale w tym momencie sam zachował się jak szaleniec. Pomyślał, że to będzie dobrą, chociaż właściwie tylko symboliczną, karą. Tyle odrzuceń jego wyrafinowanych zalotów. Tyle samotnych wieczorów i wyjść w miejsca, w których nie powinno się być samemu. Tyle rzuconych lekko, a wdzierających się głęboko do jego głowy zostańmy przyjaciółmi. Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy- często powtarzała jego babcia. Miała rację- pomyślał. W końcu jakaś kobieta poczuła to, co on czuł tak często, zbyt często. Wydało mu się oczywistym, że tylko mężczyzna mógł sprawić, że posunęła się do takiego kroku. 

Usłyszał dźwięk hamowania pociągu, które oczywiście nastąpiło za późno, jak zawsze w takich wypadkach. Tak miało być, pewnie już by szczęścia na tym świecie nie zaznała. A on przynajmniej przez chwilę poczuł satysfakcję z tej swoistej zemsty. Gdzieś na pewnym poziomie świadomości wiedział, że nie jest to normalne. Zachował na tyle zdrowego rozsądku i ludzkiego podejścia, żeby zdawać sobie sprawę z faktu, że dzieje się z nim coś niepokojącego. Zaczął kierować się w stronę zaparkowanego niedaleko samochodu. Wtedy ją zobaczył. Jako fan krwawych horrorów nie poczuł nic szczególnego, nawet go nie zemdliło. Przemknęła mu myśl, że te ostatnie filmy, posiadające wyższe budżety, są całkiem dobrze zrobione. Latające w nich głowy, niczym nie różniły się od tej, którą właśnie miał przed oczami. I w tym momencie ją rozpoznał. 

Kalina Wieczorek najbardziej na świecie kochała literaturę, koty i ciastka z kremem. Życie wiodła spokojne i stateczne, zresztą za to właśnie je lubiła. Za mąż wyszła dopiero w pięćdziesiątym roku życia za równie spokojnego emerytowanego ochroniarza ze szkoły, w której uczyła. Czy nie przeszkadzała jej różnica w ich wykształceniu? Nie zwracała na nią uwagi. Był dobrym, ciepłym, inteligentnym człowiekiem ofiarującym jej dokładnie tyle czasu i uwagi, ile potrzebowała. To, co ją zabiło, czyli schizofrenia, pojawiło się nagle i rozwijało się bardzo wolno, żeby w pewnym momencie zaatakować ją niczym podstępne dzikie zwierzę. Wybrała pociąg, bo to wydało jej się najprostsze.

Krzysztof Baczyński rozpoznał swoją nauczycielkę języka polskiego i w tym momencie poczuł wyrzuty sumienia. Nie były jakoś szczególnie silne, ot, takie, jakie mogą pojawić się w głowie osoby, która mogła uratować czyjeś życie, ale tego nie zrobiła. Wybaczył jej jednak w tej chwili wszystkie jedynki z gramatyki, ortografii, wypracowań składających się z pięciu zdań i te za brak prac domowych. Przestał czuć żal za wysłanie go do gabinetu dyrektora z powodu pineski na jej krześle, i za wypraszanie z klasy za wygłupy. Stał, patrzył na jej twarz, której widoku kiedyś nie znosił i myślał o analizach porównawczych, rozprawkach, przecinkach, nad którymi nie umiał zapanować i lekturach, których nienawidził. W tym momencie przypomniał sobie, która książka i scena była jej ukochaną, uwielbianą ponad wszystko. Nasyp kolejowy pod Muchomorami Wielkimi nie przypominał może Patriarszych Prudów, za to jej głowa toczyła się równie malowniczo, co głowa Berlioza, na dodatek wśród bujnego kwiecia. No cóż, pomyślał. Szczęśliwa ostatnio chyba nie była, ale o takiej pięknej śmierci pewnie nawet nie marzyła.

Skip to content