Koty nie komunikują się ze sobą głosowo, choć mają struny głosowe, a samo miauczenie wymyśliły wyłącznie na potrzeby komunikacji z człowiekiem, żeby zwrócić na siebie uwagę, domagać się czegoś, albo wyrazić swoje niezadowolenie.
Zawiozłem moje dwa ukochane dachowce na Brooklyn, do swojego dawnego mieszkania. Wziąłem je tam, aby poznały moje najukochańsze miejsce na ziemi (oprócz rzecz jasna rodzinnego domu w Polsce). Zawsze pozostanę brooklińczykiem, chociaż los wyniósł mnie na Manhattan. Jestem teraz newyorkerem pełną gębą, choć nie czuję się tam tak dobrze, jak na Brookilinie, gdzie przeżyłem swoje najszczęśliwsze lata, swoją wielką miłość i największy ból, najmocniejsze cierpienie, jakiego w życiu było mi dane zaznać.
Moje koty, zamknięte w apartamencie na 42. piętrze, nie znały świata poza nim oraz spacerniakiem na moim tarasie, na który udawało im się wyrwać rzadko, kiedy akurat zapomniałem zamknąć drzwi. Cóż, nawet kot nie spadnie na cztery łapy z tej wysokości…
Chciałem im pokazać świat zewnętrzny, którego nigdy nie widziały, bo adoptowałem je, gdy były jeszcze malutkimi kulkami futra. Kulki, które przez cztery miesiące wyrosły na dorodne kocury, zamieniając moje mieszkanie w Sajgon, Afganistan i trzecią światową łącznie. Teraz miały zasmakować wolności – co prawda umiarkowanej – ale zawsze. Zapakowałem je tajniacko do torby i nakazałem milczenie, póki nie miniemy ochrony w holu wieżowca. Torba co prawda podejrzanie się ruszała, ale bezpiecznie opuściliśmy budynek.
Wpuściłem je do samochodu i nakazałem: Spokojnie, żadnych szaleństw, ja będę prowadził!
Tak, można sobie do kota pogadać, a on i tak zrobi swoje. Najpierw było gruntowne zwiedzanie auta, włażenie do wszystkich zakamarków, a potem skoki po wszystkim, co się do tego nadawało. Gdy ruszaliśmy, uspokoiły się na chwilę – widocznie zaciekawił je szum silnika. Ale trwało to krótko. Potem znowu zaczęło się szaleństwo, ze wspinaniem się na mnie włącznie. Powtórzyłem stanowczo i głośniej, że ma być spokój. Powiedzmy, że poskutkowało. Jeden rozmościł mi się na klejnotach rodowych, a drugi usiadł na fotelu obok. Niby obserwował okolicę, ale co rusz łapka lądowała na mojej ręce, jakby chciał pomóc mi prowadzić. Cudem bez wypadku dotarliśmy do celu.
Otworzyłem drzwi, aby wypuścić je na terenie mojego byłego back yard, jak tu określa się coś w rodzaju przydomowego ogródka. Zatrzymały się na chwilę i jak zaczarowane zapatrzyły się na ten obcy im świat. Ale to była tylko chwila. Potem wystrzeliły jak z procy i ruszyły w teren. Ruszyły to mało powiedziane, one rozpoczęły szaleńczy rajd po całym dostępnym (do siatki) terenie. Potem zaczęła się metodyczna penetracja terenu.
Antoś szalał po ogrodzie, natomiast refleksyjny Skarpetek ze stoickim spokojem kontemplował otoczenie. Koci pyszczek jest nieodgadniony, ale byłem przekonany, że są przeszczęśliwe. Biegały, obwąchiwały nędzne resztki moich zaniedbanych roślinek i drzewka. Wylegiwały się, ale raczej tam, gdzie nie było trawy. Przyzwyczajenie z domu…?
Szalonego Antosia nawet wywindowałem na płot, aby pochodził po nim, jak na kota przystało. Najpierw był ostrożny, a potem już biegał na wysokościach. Musiałem go zdjąć, bo wiadomo: kot potrafi wleźć, ale ze złażeniem już gorzej. No i mieszczuch nie poradziłby sobie z siatką…
O kocich harcach można by w nieskończoność, ale przecież wszyscy wiedzą, jak takie akcje wyglądają, więc nie ma powodu, aby rozwijać ten wątek.
Koty nie wykazywały chęci opuszczenia ogródka ani też ochoty na zwiedzanie Brooklynu, więc zostawiłem je same sobie i poszedłem do mieszkania, aby spakować jeszcze kilka moich rzeczy. Trochę to potrwało, zanim wróciłem do swoich maluchów. Poszukałem ich wzrokiem i… zamarłem.
Koty siedziały obok siebie i najwyraźniej konwersowały z wielkim białym szczurem, który siedział spokojnie w identycznej pozie, jak one. Wyglądało to jak spotkanie starych kumpli. Ta niecodzienna grupa tworzyła coś w rodzaju trójkąta. Pomyślałem, że brakuje tu jeszcze tylko trzech kufli piwa i po papierosie w każdej łapie… Towarzyskie spotkanie kotów ze szczurem…, fuck! Zawołałem:
– Co tu się, do cholery, dzieje?
Towarzystwo nawet nie drgnęło, tylko koty obejrzały się leniwie przez ramię i popatrzyły na mnie beznamiętnie. Ot, jakiś człowiek zakłóca im party. I wróciły do konwersacji. O! do diabła, czy one znają szczurzy język? Koty przecież polują na szczury, a nie kumplują się z nimi. Normalne koty tak, ale nie moje.
Wrzeszczałem jeszcze jakiś czas, próbując bezskutecznie spłoszyć szczura. Widocznie był udomowiony, bo popatrywał tylko na mnie ze zdziwieniem. A moje sierściuchy? – zero reakcji.
W końcu podniosłem kamień i rzuciłem go w stronę szczura, ale tak, by nie trafić zwierzaka. Wreszcie dotarło do niego, że jest niemile – przeze mnie – widziany i oddalił się bez zbytniego pośpiechu.
Nie wiem, czy moje koty będą miały jeszcze okazję, aby z nim pogadać, ale, co jakiś czas będę je tu przywoził. Bo chyba pokochały Brooklyn, jak ja. Też będą w duszy brooklinczykami, a nie snobistycznymi mieszkańcami The City.
To jeszcze nie był koniec tej historii. Kilka tygodni później znów zabrałem koty na Brooklyn. Tym razem postanowiłem tam zanocować i przy okazji odnowić kontakty z byłą sąsiadką. Do dyspozycji mieliśmy zupełnie wygodną kanciapę z materacem w piwnicy. W pewnej chwili poczułem, że ktoś nas obserwuje. Kiedy podniosłem głowę, zobaczyłem wpatrujące się w nas trzy pary oczu: dwie kocie i jedne – szczurze! Znalazły i przyprowadziły swojego nowego kumpla w odwiedziny! Trochę to było nie w porę, więc wygnałem całe towarzystwo na zewnątrz…