+48 736-84-84-44

Robotnicy [szkic sentymentalny]

Sierpniowe niedziele różniły się znacząco od pozostałych dni tygodnia. Miasteczko pustoszało, pozbywając się swoich przyjezdnych obywateli, którzy w imię prowincjonalnej tradycji wyruszali do macierzystych wiosek, licząc na obfity darmowy posiłek, oszczędzając przy tym wcześniej zarobione, a później odkładane pieniądze. Niedzielna wieczerza przekładała się na kolejne dni tygodnia, wszak dania przywożono i odgrzewano, serwując je aż do środy kolejnego tygodnia. W czasie, kiedy aspirująca do klasy średniej społeczność uciekała z akademików, którymi stawały się betonowe bloki, na osiedlowych alejkach pojawiali się pijacy, udowadniający, że dzień święty zgodnie z tradycją należy święcić, oczywiście w proponowany przez nich sposób. Tym samym podkreślali własną autonomię, zrywając z obowiązującym prawem zarówno świeckim jak i boskim.

Sierpniowe niedziele dały się we znaki pracującym na terenie Miasteczka robotnikom, którzy mimo rodzinnych planów, licznych wymówek czy pozostawania pod wpływem alkoholu dnia poprzedniego, stawiali się bohatersko na telefon kierownika zarządu wodociągów, aby podejmować nierówną walkę z niesfornymi rurami, liczącymi sobie dobre pół wieku. Wkopane jeszcze w okresie minionego ustroju, miały wpływać dobitnie na dobrostan społeczny w czasach socjalizmu. Faktycznie przetrwały PRL, jednak przyszło im niejednokrotnie polec w nowym milenium. Awaria pojawiła się nagle, jak gdyby od niechcenia, pozbawiając w niedzielne przedpołudnie wody aż trzy dziesięciopiętrowe bloki. Jedni nie zdążyli ugotować tłustego rosołu, inni nie zmyli resztek makijażu – śladu po sobotniej nocy, kolejni pogrążeni w mocnym śnie okazywali obojętność tej sytuacji. Sztuczne zaangażowanie wykazać za to musiał magister inżynier Stefan Wyrobiec, który mrużąc oczy stał lekko zgarbiony przed obliczem pękniętej rury.

 – Znowu kurwa w niedzielę – powitał go Sławek Madejski, pracownik fizyczny, niegdyś aspirujący, dzisiaj przeklinający wybory życiowe: pochopny ślub i równie nieprzemyślany rozwód, brak odwagi w kwestii emigracji na Wyspy, a przede wszystkim wykonywanie od osiemnastu lat wciąż tej samej pracy. Mężczyzna czuł się najlepiej w swoim towarzystwie, kiedy trzymał w dłoni wszechwładnego pilota do telewizora, na ekranie którego dominowały na przemian: sport i polityka. Mecze rodzimej ligi piłkarskiej przeplatał komentarzami, dziennikarzy kreujących opinię publiczną w kraju. Nie ufał nikomu, stawiał odporną tamę wobec otaczającego świata, krople wody, które od czasu do czasu przebijały się przez nią, nie miały dla niego żadnego znaczenia.

-No to co, po niedzieli panowie – donośnym głosem zabrzmiał Bogdan Król. Robotnik z odzysku, niegdyś obiecująco zapowiadający się młody lekkoatleta, mistrz województwa w biegu przez płotki, którego kariera zakończyła się wraz ze studenckim protestem w obronie wyrzuconych z uczelni studentów i wykładowców – wymyślonych wrogów systemu. Marzenia o olimpijskim medalu legły w gruzach po wizycie na lokalnym komisariacie. Brutalność milicjantów skupiła się na kończynach dolnych mężczyzny, a połamane kości nigdy nie zrosły się w sposób prawidłowy, dlatego znakiem rozpoznawczym Bogdana stał się specyficzny chód, a on sam nazywany był przez kolegów kuternogą. Później było już tylko gorzej: etat szatniarza w restauracji, woźnego w szkole podstawowej, saksy, aż po karierę pracownika wodociągów. Awaria spowodowała, że jednego letniego przedpołudnia spotkali się kolejny raz – trzej pracownicy, a może kumple, połączeni mimowolnie podobną historią życiową.

Z zasady niedziela jest dniem łączącym. W końcu łączy jeden kończący się tydzień z drugim zaczynającym się, stanowi swoisty pomost między tym co było, a tym co dopiero nadejdzie. Jedni chcą wierzyć, że kończy ich fatalny tydzień, drudzy zaś skłonni są zaufać, że przynosi nadzieję na lepszych siedem dni. Dla robotników z lokalnej spółdzielni zdawała się przekleństwem, w końcu który to już raz, akurat tego dnia, pęka rura wypełniona ośmioma atmosferami, sprawiając cierpienie suszy betonowym klockom, na pozór przypominającym szare mrowisko, w tym wypadku uginające się od trutni i leni, uciekających przed rzeczywistością, obserwujących świat przez pryzmat grubego szkła literatki. Niektóre z mrówek wynurzyły swe czarne, siwe i blond czupryny, obserwując jak trzech mężczyzn pochyla głowy nad rwącą rzeką, utworzoną przez pękniętą rurę. Robotnicy przyglądali się bowiem, jak z asfaltowej alejki w szybki tempie powstaje akwen, a ku ich zdziwieniu w wodzie zaczęły pojawiać się ryby – ogromne, czerwone sumy ze złotymi wąsami, wijące płetwami zwinnie, biorąc pod uwagę ich rzeczywistą wagę. Robotnicy zamieniali się teraz w wędkarzy bez wędek, w prymitywnych kłusowników próbujących za wszelką cenę złapać ryby gołymi rękami, ale te sprytnie uciekały im, plącząc się pod nogami, prezentując wodne salta, niczym tresowane. Wyskakiwały wysoko, przypominając delfiny podziwiane przez ludzkie owady, skupiały na sobie pełnię uwagi. W tym samym czasie poziom wody, wyciekającej z pękniętej rury, znacznie się podniósł i sięgał teraz aż po szyje robotników. Zaskoczeni mężczyźni patrzyli na siebie z niepokojem, bezwiednie poddali się biegowi zdarzeń. Ich słów nie było słychać, litery rozpływały się w wodzie, tworząc na niej małe oczka, jak gdyby ktoś wrzucił do niej minimalistyczny kamyczek. Gdy spieniona brudna woda w pełni zakryła trzy postacie, obserwatorzy odwrócili głowy, porzucili balustrady balkonów i wrócili do swoich mieszkań. Pozostające w marazmie ludzkie owady czekały na nieuniknione, tymczasem żywioł sięgał już drugiego piętra.

Przejdź do treści