fbpx
+48 736-84-84-44
Zaznacz stronę

„Obyś żył w ciekawych czasach” – Krzysztof Teodor Dąbrowski

W lakoniczności siła

Jak napisać dobrego drabbla? Toż to żadna filozofia: wstępny plan (nie musi być intrygujący, cech takich nabierze dopiero po puencie), kilka zdań kontekstu, jeden-dwóch bohaterów, szczypta odwołania do codzienności (a motywów z tejże nie brakuje) i et voilà – jest. Wymierzona na 100 słów nowelka. Proste, czyż nie?

Tylko z pozoru. Drabble, owo największe wyzwanie dla umysłu literata, potrafią przyprawić o bóle głowy. Bo i czego należy się przy nich wystrzegać? Banału, to raz; nie po to autor siłuje się z własną kreatywnością, byle upakować ją w kilkunastu ledwie zdaniach, aby powstała z tego historyjka o przekazie tak głębokim jak głęboką postacią jest Zbyszko
z Bogdańca. 

Przerostu formy nad treścią, to dwa. Łatwo w drabblu się pomylić, przeciągnąć jakiś dialog, dostawić o jedną metaforę za dużo. I, po trzecie, niejasności, bowiem zamysłem krótkiego tekstu jest przedstawić – nomen omen – zamysł pisarza tak zwięźle jak to tylko fizycznie możliwe. I czytając Obyś żył w ciekawych czasach Krzysztofa T. Dąbrowskiego, dość uznanego, acz szerzej nierozpoznawalnego twórcy opowiadań, miałem wrażenie, że wszystkie trzy demony drabbli udało się poskromić. W większości.

Drabble żyją humorem i z humoru, spełniają zatem, przynajmniej teoretycznie, swe priorytetowe zadanie: otóż przykuwają uwagę. Tytułowe ciekawe czasy to zresztą sprytny kamuflaż i przyczółek dla odwrócenia narracji o 180 stopni – miast rozwlekłych opisów wszelkich zagwozdek szarej ludzkiej egzystencji, autor bezlitośnie je obśmiewa, czasem ocierając się wręcz o obrazoburczość. 

Mamy zatem tematy natury wieczystej: miłosne rozterki, śmierć, religię – słowem, obowiązkowe emploi dobrego tomiku noszącego w sobie cechy satyry. Mamy dylematy bardziej współczesne, zaczerpnięte par excellence z otaczającej nas rzeczywistości, pokroju orientacji płciowych oraz mediów społecznościowych. Kilkanaście stron dalej przeskakujemy już jednak w nadprzestrzeń i pozycję człowieka analizować zaczynamy z perspektywy grup anonimowych kosmitów, którzy ręka w rękę z androidami wywracają dotąd stabilne tory rozwoju społeczeństwa.

A wszystkie to poddane daleko idącej trawestacji. Miłość gubi gdzieś swój powab namiętności, obciąża barki bohaterów zdradą lub nieznośną świadomością swej przemijalności. (Wybitna w tym aspekcie jest historia pt. roszczenia bezczelnej smarkuli; szczwana to zagrywka, by umieścić ją blisko początku zbioru). Śmierć? Złowróżbną maskę, czarny płaszcz i kosę zamienia na białe prześcieradło, a jej podstawowym orężem staje się ikoniczne wyzwanie: cukierek albo psikus

Ta zabawa konwencjami ma swój początkowo niewidoczny cel: zbudować podwaliny pod raczej gorzką refleksję o świecie. Quo vadis, człowieku? Quo vadis, narodzie? Drabble są iście kosmopolityczne, Dąbrowski dba o to, by zagadnienia niejednoznaczne ideologicznie czy moralnie pozbawić sugestywnego kontekstu i ukazać na tle ogółu ludzkości albo dosłownie wygasić błyskotliwymi puentami. 

Puenty te układają się w logiczną całość – z przeskakiwania między wysepkami nierzadko polaryzujących debatę publiczną tematów wyłania się jeden przemyślany obraz. Jego centrum – jak dostrzegliśmy – stanowi człowiek, i tejże konstrukcji tomiku wiele zarzucić nie można. Nie oznacza to jednak, że na tym wielopłaszczyznowym portrecie nie znajdzie się kilku rys.

Najgłębiej tną one wizje futuryzmu, pozbawione szerszego uzasadnienia. Wprawdzie zabawne, niejednokrotnie absurdalne drabble bronią się od strony technicznej, lecz już notoryczne uderzanie w apokaliptyczny ton, trąci nieco myszką. Podobnie sztandarowy paradoks postępu – czyli utrata kontroli nad tym, co sami kreowaliśmy – przywołuje na myśl archaiczną koncepcję literackiej dystopii.

Za tę ostatnią odpowiadają androidy i wszelakie techniczne wynalazki, pomagające bohaterom pod płaszczykiem podnoszenia komfortu ich egzystencji. Dąbrowski gromadzi całą plejadę wynalazków, wyobrażalnych, lecz jeszcze nieosiągalnych naukowo. Są tu hologramowe renifery (moduł sani św. Mikołaja z przyszłych stuleci), nanoboty, klony
i odziana w laboratoryjny kitel reinkarnacja, pełniąca tu funkcję odradzania na życzenie pod dowolną postacią.

Podejście takie działa do pewnego momentu. Historyjki kolekcjoner czy smutny los pewnego łotra, podszyte humorem, zaskakują. Jeśli nie inwencją, to zgrabnym wpleceniem wątków metafizycznych w historię człowieka. Im więcej jednak podobnych bajeczek przetrawimy, tym ostrzej atakuje nas poczucie, że ciekawe czasy budują wizję świata po antropocenie z małych klisz. 

Oto destruktywny i atawistycznie podległy popędowi seksualnemu gatunek, niezdolny do refleksji nad skutkiem swego rozwoju, bezwiednie goni za przełomem. Wniosek ten autor nieco na siłę ubarwia opisami być może czekających nas przemian w sposobie patrzenia na życie, które to przemiany dobitnie obrazują rozprzestrzenianie największego wirusa tego świata. Głupoty.

Drabble podają to jako najwyższy morał: epidemia zidiocenia oznacza koniec świata
w jego obecnym rozumieniu. Ale to nie jedyne pandemiczne ad vocem. Zza stron wyglądają też epizody o zarazie żywych trupów, co bywa, o ironio, wirusem całego tomiku, bowiem kreatywne rozdania (jak Anoreksja) giną w gąszczu prześlizgiwania się po stereotypowych wyobrażeniach.

Raz wirusem jest ludzkość, innym razem niesprecyzowany (acz zabójczy) biomateriał, absolutnie niezniszczalny. W efekcie drwiny z pandemicznego chaosu same nabierają cech komedyjki, właśnie przez to, że przemyślenia przykryte są opowieściami obecnymi
w popkulturze od dekad. Maleńki wyskok do starożytnego Egiptu i odkrycie idei mumii nie wnosi nic szczególnego; drabble jej poświęcone zdają się dokładnym odtworzeniem sceny,
w której Howard Carter otwiera grobowiec faraona Tutanchamona.

Tym podobne trywializmy rzutują negatywnie na doskonały w swej surowości styl. Rzeczowy, schludny, z minimalną dozą środków stylistycznych (a jeśli już, tylko tych koniecznych) i zwięzłymi zdaniami, trzyma przy książeczce do tego stopnia, że 130 historyjek pochłonąłem w niecałe 1,5 godziny. Ale powtarzające się schematy, choć w mniejszości, uderzają też w samego autora. 

Kiedy utykamy na śluzie okazjonalnego wypalonego tematu, tym mocniej wybrzmiewa przedmowa tomu, gdzie autor explicite stwierdza, że zaletą jego drabbli są zaskakujące zakończenia, jak również przedstawianie oklepanych tematów w świeży i nietypowy sposób. Autopromocja lekko nietrafiona, abstrahując już od tego, czy pisarz, który na całym świecie wydał prawie 700 publikacji, musi na pewno przypominać o swych sukcesach szeregowemu czytelnikowi?

Rozumiem pragmatyczny aspekt zagrywki, ale gdzież w tym wstępie ta subtelność, gdzież detal, gdzież figlarna polemika charakteryzująca późniejsze miniatury? Gdzież błyskotliwość rodem z drabbla Bieg po wolność? Konia z rzędem temu, kto po samym tytule zgadłby, że protagonistą owej walki o wolność jest chomik. Na tle intrygującego meritum utrzymana w samochwalczym tonie zapowiedź paraduje bez gracji i dodaje kolejną warstwę niepotrzebnego kontekstu. A przecież własnoręczne wyłapywanie go z morza doskonałej (wyjąwszy klisze) satyry, to już rozkosz sama w sobie.

Skip to content