fbpx
+48 736-84-84-44
Zaznacz stronę

Poezja Katarzyna Dominik

06/2022

 

Ja czy jednak one

Dysponuję spadkiem po kobietach
które wyschły w odbiciu lustra

Z twarzą nadgryzionych marzeń
okaleczona słabością stereotypów
stoję w oknie
wyczekując rozgrzeszenia
za zbrodnię przeciwko nocy

Pod stopami obcy bruk
dzikie ulice i kierunek
nie po drodze
przypominają że one
też tu były

W gasnącym sercu sen
niejednakowo rozmazany
bije rytmem tych które
pragnęły wysypać piasek z klepsydry
i odrodzić się w innym czasie
by oddechem reanimować siebie
w smaku śliwek z sadu
we włosach splątanych wiatrem
w zapachu wiejskiego chleba
w ich przejrzystych źrenicach

Jestem znakiem krzyża
który one wykonywały
kładąc głowę do poduszki

 

Geometria

Z chwil które się nie wydarzyły
w ekliptyce rodzaju nijakiego światłych umysłów
jestem morfologią ostańca
wyizolowanej formy
Ukrywam się pod bezkształtnością
Elektron wiatru proton słońca kwark deszczu
przypominają że jesteś odlegle niepodzielny
w Warkoczach Bereniki
w roju meteorów ognistych
Każdy zapach cynamonu z goździkiem
wypełnia mnie tobą
najgłębiej
Gasnę w świetle
kiedy księżyc moich ust dopomina się
gorących pocałunków
W deklinacji Korony Południowej
rektascensja serca spada na dno
I staję się drażniącą próżnią
w każdym słowie przelanym
Palę się na stosie pragnień
A Ty zapełniasz obce kartki
izospiny
abstrakcją przestrzeni

05/2021

 

Sekretarzyk

Podrapany
w piwnicy trzymał tożsamość
bez szuflady

jest

Dotykam jego duszy
głaszczę dłonią
przytulam

Osłaniam ciałem
Ustawiam

przy sercu

Sentyment starocia
defektywnie zgaszony

Wspomnienie (tej) duszy
alegoryczne i światłe

 

Życie raz jeszcze

Zatem
czysta kartka
brak skreśleń
i błędów
w słowie życie
oddech
na lusterku

 

Czas migrujący

Podniosłam z bruku wiek
zbitkę przypadkowych liczb
podczas eksmisji stąd
i z meldunkiem tam

dla innych zawsze – dla siebie

chwyciłam odruchowo
kilka cyfr pesel

reszta i szpargały
to tamto i może
adres nieczytelny

pod ławką obierki po jabłku
skóra na piszczelach
której wiatr cieniem

podpieram ścianę
stroję się w cierpliwość

dla innych zawsze – dla siebie

 

Buona sera

Na straży dnia
pochylony zmierzch
nad prezbiterium snów
tuli noc

ostatnie sylaby
zasłyszanych myśli

Zakrystia
sfery gwiazd
niebiesko mi

budzą się stworzenia
wschodzącego księżyca

Tchnienie w układzie krążenia
na przełaj dywagacjom mędrców
prostuje zakrzywione słowa

ludzie splatają słowa –
sumę wszystkich żyć

 

 

04/2021

W głąb siebie i dalej

Trafiona rykoszetem
śmiertelności
otwiera syryjską opaskę
płochej naiwności
menora nocy

W głąb podróży
pachnie zadumą:
gdzie jest jej miejsce
w tym czy w innym życiu?

Jeszcze chęci
i drgnięcie warg
już urna
ciemnica
Zdrowaśka

Jest przejazdem
garścią prochu

 

Uśpiona tęsknota

Słucham tęsknoty

kotara wspomnień odsłania
głowę na poduszce
haftowanej zapachem siana
i w półśnie czuję
jakbym znowu miała
dwadzieścia lat
nie więcej

Siedzę na łące
splatam wianek
z młodzieńczych marzeń
wracając w miejsca
we mnie schowane

W dłoniach trzymam
cały świat i połowę
wszechświata

Zapatrzona w dal
sięgam po jeszcze

Już świta
czas wstać
nieznośna pora
przebudzenia

 

Supeł

Zaciska krtań
w półsłowie
między wersami
Cel nieosiągnięty
nie odejdę
choć głos zawisł
krzesło się przewróciło
Pobiegnę ku górze
z ufnością trwającą
w niepewności
Drganiem szeptów
rozplączę nieśmiałość

 

Byłam jestem być może będę

Byłam jak neofitka
pod egidą nieba
jak myśl laminowana
osobliwą treścią

Jestem łzą morza
targaną sztormem
dźwiękiem
opadającej kotwicy

W furcie życia
będę rotą
nieprzemijalności
by kiedyś nie teraz
w korporacji poezji
przekroczyć
wysokie progi Albionu

I choć jeszcze
nie czas umierać
pragnę więcej
niż tylko
zostawić ślad
obcy spojrzeniu
bliski sercu

Kazamata życia
dziewczyny znikąd

cały świat i połowę
wszechświata

Zapatrzona w dal
sięgam po jeszcze

Już świta
czas wstać
nieznośna pora
przebudzenia

 

Skip to content