VII Wyjazd nad jezioro
Lato to czas kiedy czuję się najlepiej. Uwielbiam słońce i ciepło. Zwłaszcza kiedy mam możliwość spędzania czasu nad wodą. Cieszę się pływaniem i wylegiwaniem na leżaku.
W dzisiejszym wypadzie nad jezioro towarzyszyła mi Dżjana i jej wnuczka z córeczką. Przyjechały z zagranicy odwiedzić babcię. Dziewczynom bardzo podobała się kąpiel w czystej i ciepłej wodzie jeziornej. Kiedy podpłynęłam do nich, Dika wnuczka Ireny powiedziała:
– W Anglii nie mamy jeziora w pobliżu.
Była młodą, bardzo szczupłą, a zarazem ładną Cyganką. Nic nie świadczyło o tym, że jest mamą trzylatki, którą się opiekowała, a która właśnie cieszyła się zabawą w wodzie na dmuchanym kole.
– Może popływasz, a ja zaopiekuję się twoją córeczką? – zapytałam.
– Nie, dziękuję, nie mam kostiumu – odpowiedziała zmieszana.
– Nawet gdybyś go miała, to i tak weszłabyś do wody w spódnicy i koszulce jak ja – powiedziała Irena, zbliżając się do nas. Rzeczywiście zarówno ona jak i jej wnuczka brodziły w wodzie w cienkich spódnicach, które prawie całkowicie zamoczyły. Tylko mała Ajsza była przebrana w kolorowe dziecięce kąpielówki.
– W Anglii ubieram kostium kąpielowy – Dika wyjęła córkę z koła i poszła na brzeg, gdzie leżał koc. Były tam nasze leżaki, ręczniki i torby z jedzeniem i piciem. Owinęła małą w ręcznik i przysiadła przy niej na kocu.
– Nie wolno wam nosić kostiumów kąpielowych? – zapytałam Irenę, pływającą blisko mnie.
Tak jest dobrze – odpowiedziała kierując się w stronę brzegu. – Może już wyjdziemy. Nasze spódnice – muszą wyschnąć – powiedziała wychodząc z wody i siadając na leżaku.
Zrobiłam to samo, zajmując miejsce na drugim.
– Dobrze pani pływa – mówiąc to Dika wstała i ubrała małej szlafroczek. – Idę z Ajszą na spacer babciu – powiedziała kierując się w stronę lasku, który rósł w pobliżu.
– Tylko nie odchodźcie za daleko! – zawołała do nich Irena.
– Nie boisz się o nie? Przecież Dika jest taka młoda. Ile ona właściwie ma lat? – zapytałam, wycierając się starannie ręcznikiem.
– Niech policzę – Irena zamyśliła się, a następnie zapaliła papierosa. – Kiedy przyjechała do mnie cztery lata temu, miała 15. To wtedy zaprzyjaźniła się z najstarszym synem żony Riko. Tym z pierwszego jej związku. Potem on pojechał do niej do Anglii. No i niedługo urodziła się Ajsza, która teraz ma trzy latka. Nie wiem, czy dobrze policzyłam, ale moja wnuczka ma teraz 19 lat. Jest mamą pięknej córeczki. Jej partner nie jest Cyganem, ale to dobry chłopak. Mój Riko opiekował się nim przez wiele lat. Obu synów swojej żony traktował tak samo jak dwójkę, która im się urodziła. Widzisz, jak to się miesza w mojej rodzinie, dużo Polaków weszło już do naszego romskiego rodu – powiedziała gasząc papierosa i wrzucając go do puszki, która była jej turystyczną popielniczką. – Nie martw się, chociaż jest młoda, to odpowiedzialna. Niedługo wrócą.
– Irena, czy mówi się u was, skąd pochodzą Romowie? – nie wiem czemu zadałam to pytanie, miałam jednak nadzieję usłyszeć na nie odpowiedź. Bo chociaż Irena była niepiśmienna, to była też chodzącą encyklopedią tematu Romów. Nie pomyliłam się, bo po chwili namysłu odpowiedziała:
– Pochodzenie Romów długo było zagadką. Dziś już wiadomo, że pochodzimy z Indii, skąd z niewiadomych przyczyn około 1000 lat temu udaliśmy się w kryjącą wiele tajemnic podróż. Wędrowaliśmy do Azji Mniejszej, dalej przez Bałkany aż do Europy Środkowej. Na ziemiach polskich zjawiliśmy się w 1500 r. , po prześladowaniach w Niemczech, gdzie początkowo zostaliśmy przyjęci gościnnie. Ciekawiła ich nasza odmienność i styl życia. Byliśmy obdarowywani pieniędzmi, żywnością, a przez władców listami przewozowymi, które umożliwiały nam swobodne przemieszczanie się między granicami. Wkrótce jednak gościna zmieniła się w prześladowania z powodu zarzutów o czary i kradzieże, a na koniec zaczęto Cyganów wypędzać. Samo pochodzenie słowa Cygan, co oznacza z greckiego niedotykalny, wiele mówi o tym, jak byliśmy traktowani przez społeczeństwa.
Romowie mieszkający w Polsce dzielą się na cztery główne grupy. Różnią się one pod względem języka, organizacji wewnętrznej, obyczajów, czasu przybycia do Polski, jak i kierunku, z którego przybyli nad Wisłę. Wśród nich wyróżnia się: Bergitka Roma, Kełderaszy, Lowarzy i Polska Roma.
– Mam pytanie Irena – przerwałam. – Może wolisz, kiedy nazywam cię Dżjana?
Uśmiechnęła się i powiedziała: – Ależ skąd. Przecież Irena to moje imię. Takie mi nadano na chrzcie i w urzędach. Żyję w Polsce. To jest moje polskie imię. Bardzo je lubię. Dla Romów jestem Dżjana, dla gadzi (nie Romów) Irena, ale o co chciałaś mnie zapytać?
– Czy wiesz coś o życiu Romów w czasie II wojny światowej?
– Urodziłam się po wojnie. Jednak bardzo często, w czasie rodzinnych spotkań, rozmawiano na ten temat. Pamiętam dobrze, jak starsi wspominali, że hitlerowcy chcieli czystości krwi niemieckiej. To zaliczało Cyganów, podobnie jak Żydów, do wyniszczenia. W lecie 1940 r. do obozów trafiły pierwsze transporty Cyganów z Niemiec. W następnych latach do Oświęcimia, Treblinki, Majdanka i innych obozów zwożono Cyganów z Węgier i Rumunii. Przejściowo Cyganów tych zamykano w gettach razem z Żydami. Starsi mówili, że w Polsce i na Ukrainie mordowano Cyganów na miejscu. Rozstrzeliwali całe tabory. Bali się ich transportować do obozów, bo często stawiali opór, walczyli. Znali teren i język, łatwiej udawało im się schronić po ucieczce.
Cyganie nie mają państwa. Nie byli w stanie dopominać się o jakiekolwiek odszkodowania wojenne. Trudne są także do wyliczenia straty, jakie ponieśli. Wyginęły przecież całe rody. Przed wojną Polskę zamieszkiwało dużo Cyganów. Podczas wojny ginęli nie tylko w obozach koncentracyjnych, ale i w masowych egzekucjach. Mówi się, że Niemcy wymordowali 20 tysięcy. Ci, którzy przeżyli niemieckie prześladowania, znów wyruszyli na wędrówkę. Niedługo po wojnie władze państwowe postanowiły osiedlić wszystkich Cyganów i zmusić ich do stałej pracy. Dżjana wyraźnie posmutniała. Zgasł jej radosny uśmiech, który opromieniał twarz.
– Czemu posmutniałaś? – zapytałam.
– W roku 1950 zaczęła obowiązywać ustawa o socjalistycznej dyscyplinie pracy i okazało się, że wędrowni Cyganie, którzy w poważaniu mają jakiekolwiek obowiązki wobec państwa socjalistycznego, ba, nie chcą nawet wyrobić sobie dokumentów, nijak nie pasują do jedynie słusznego modelu człowieka socjalistycznego. Myślę, że bardzo źle się stało, że tabory zostały zlikwidowane. Przecież nawet w religii mówi się, że każdy człowiek ma wolną wolę. Czemu nam nie pozwolono wybierać? Jeśli byli tacy, którzy chcieli się osiedlić i przestać wędrować, władze mogły im pomóc się zorganizować. Nie powinni jednak przymuszać tych, którzy chcieli żyć jak ich dziadowie. Wielu Romów tak bardzo tęskniło za dawnym życiem, że umarli przedwcześnie. Mnie też było i jest bardzo ciężko. Kiedyś poprosiłam wnuczkę, żeby napisała mi list do drzewa. Podyktowałam jej go z tęsknoty. Zabrałam go, żebyś przeczyła.
Dżjana wyjęła z torby zwitek i rozprostowała go, kładąc na kocu. Wzięłam do ręki papier. Koślawymi literami kreślonymi przez dziecko było napisane:
Kochane moje drzewo, dawno się nie widzieliśmy, a ja tęsknię.
Wiele kilometrów nas dzieli i wiele dni minęło od naszej ostatniej rozmowy.
Często myślę o tobie i w snach mnie odwiedzasz.
Chociaż tabory, w których żyłam, zatrzymano, ja podróżuję we wspomnieniach i wracam do ciebie nawet, jak jestem daleko z tobą rozmawiam.
Jesteś w mojej pamięci codziennie i patrzysz w moje oczy.
Widzę twoje rozłożyste gałęzie tak gościnne zawsze dla mnie.
Wspominam miłą chropowatość twojej kory, której dotykałam każdego ranka po przebudzeniu.
Tęsknię za liśćmi szeleszczącymi najpiękniejsze melodie. Byłeś pełne siły i potęgi. Obrastałeś nimi bardzo długo.
Dziś piszę do ciebie, żeby podziękować za przyjaźń, ze mną i moimi bliskimi.
Obdarowywałeś mnie miłością przez moje młode lata.
Urodziłam się przy tobie. Ciszę lasu przerwał nad ranem krzyk mojej matki. Mówił o bólu, a zarazem szczęściu, jakiego doznała, wydając mnie na świat.
Drzewo moje kochane.
Dziękuję, że byłeś wsparciem dla niej. Czerpała od ciebie siłę, jakiej potrzebowała rodząca romska kobieta.
Byłam jednym z wielu dzieci urodzonych w taborze. Często pierwsze, co mogły zobaczyć po narodzinach, to twarz matki i twoje konary.
Kochane moje drzewo, nie znam twoich pobratymców. Nie wiem, z jakiej rodziny pochodzisz, ale wiem, że byłeś nam przyjazne i bliskie.
Zapewniałeś drewno na ogniska lśniące ciepłem rodzinnej miłości.
Byłeś zbawiennym cieniem przed upalnym słońcem.
Dawałeś schronienie przed deszczem i radość ze wspinania się po twoich konarach.
Z ich wysokości podziwiałam świat daleki, ukryty przed radosną Cyganeczką.
Nie wiedziałam, że osadzenie mnie w nim siłą, przyniesie smutek tak wielki. Nie dali wyboru, kazali zostawić ciebie i las. Na betonie osadzili.
To nic, drzewo kochane, znowu cię odwiedzę. Już niedługo obejmę rękami i przytulę się do drewnianego serca, pełnego miłości do mnie.
Czekam tylko, aż syn przyjedzie i zawiezie mnie do ciebie, bo wozy naszych taborów zniknęły. Porąbane spłonęły w ostatnich ogniskach wolności. Do zobaczenia wkrótce, kochane drzewo.
Twoja siostra.
Ze zdziwienia nie wiedziałam, co powiedzieć. Po chwili milczenia Dżjana zapytała:
– Czemu nic nie mówisz?
– Co mam powiedzieć? Napisałaś jak do brata, za którym bardzo tęsknisz i chcesz mu podziękować za szczęśliwe chwile – odpowiedziałam pospiesznie.
– Masz rację, bardzo tęsknię – powiedziała wstając z koca. Patrzyła w dal, gdzieś na drugi brzeg jeziora, i dodała: – Ciągle mnie gdzieś gna. Czuję się jak zamknięta w klatce. Bo takie zwyczajne podróże, to nie to samo, co wędrowanie taborem z bliskimi i rodziną. To nie jest ta sama wolność i niezależność. W takiej współczesnej podróży nie ma nauki, jak radzić sobie w każdych warunkach. Nie ma możliwości poznawania prawdziwych przyjaciół, na których w największej biedzie możesz liczyć. Nie ma uczciwości wobec swoich najbliższych i tego barwnego folkloru jakim jest taniec i piękne pieśni cygańskie. To wszystko było w taborze. Takie nauki pobieraliśmy, takie zasady tam panowały. Nikomu nie przeszkadzał nasz śpiew i dym z naszych ognisk. Obozowaliśmy z dala od ludzi, którym nie potrzebna była wolność, ale gromadzenie jak największych dóbr i niszczenie swoich wrogów. Tacy ludzie zazdrościli sobie wszystkiego. A my Romowie nie mieliśmy sobie czego zazdrościć. Każdy z nas życzył drugiemu z całego serca: zdrowia, miłości, dużo dzieci i szczęśliwej wędrówki. To było nasze wielkie szczęście. Zabroniono nam go. Zmuszono na siłę do bycia szczęśliwymi inaczej. Ale czy to się udało? Zobacz, ilu Cyganów w naszym mieście źle skończyło. Ja myślę, że to dlatego, iż nie umieli się odnaleźć. Nie umieli nawet nauczyć żyć swoje dzieci w nowej rzeczywistości.
Miałam wyrzuty sumienia, że sprowadziłam rozmowę na tak smutny temat. Aby to naprawić zawołałam:
– Idziemy do wody!?
W oddali zobaczyłam biegnącą do nas Ajszę, a za nią Dikę. Machały do nas radośnie. Najwyraźniej też miały ochotę na kąpiel.
VIII Tragedia Dżjany
,,Cyganów od reszty społeczeństwa odgradza coś na kształt niewidzialnej szyby. Przekroczenie jej oznacza asymilację, a więc utratę tożsamości, zaś trwanie za nią, skazuje społeczność romską na marginalizację. Nie wolno zapominać, że wieki prześladowań i odrzucania Romów w społeczeństwach europejskich, wykształciły wśród tej ludności specyficzne mechanizmy obronne, wśród których na pierwszy plan wybijają się liczne tabu społeczne, niezezwalające na kontakty i zdradzanie tajemnic wspólnotowych nie-Romom, czyli gadźiom, oraz świadome kultywowanie izolacji kulturowej i społecznej, co gwarantuje utrzymanie ich tradycji. Tradycja ta, o czym nie należy zapominać, nie ograniczała się do wędrownego życia: kultura Romów to także olbrzymia kultura muzyczna, która tak mocno odcisnęła się na kulturze przede wszystkim Europy Południowo-Wschodniej i Południowej. To także bogactwo literatury ustnej, tradycje taneczne. Nie wolno oczywiście Cyganów sprowadzać do roli muzyków i tancerzy czy bajarzy, ale w dążeniach integracyjnych nie wolno zatracić tych cennych elementów kultury romskiej, które zapewniły jej zachowanie tożsamości kulturowej podczas dziesięciu wieków życia w Europie na marginesie społeczeństw osiadłych, gdy byli oni poddawanymi dyskryminacji i prześladowaniom”[1].
We współczesnej Europie Romowie, będąc największą mniejszością etniczną, nadal są narażeni na wykluczenie społeczne w stopniu znacznie wyższym, niż wszystkie pozostałe mniejszości i pomimo wszelkich wielkich programów pomocowych nadal podlegają społecznej marginalizacji.
Dużo czytam na temat Romów. Bardzo lubię ich muzykę i śpiew.
Umówiłam się z Dżjaną na spotkanie, żeby zamówić bilety na kolejny festiwal muzyki romskiej. Byłyśmy razem już na jednym i bardzo nam się podobało. Dzwoniłam do niej, bo się spóźniała, jednak nie odbierała telefonu. Ostatnio rzadko się widujemy, bo ma dużo zmartwień związanych z wnukiem. Ado jest synem Riko z pierwszego małżeństwa. Jego matką była Romka Rosa, wielka miłość Riko. Niestety cierpiała na zaburzenia psychiczne i popełniła samobójstwo, zostawiając Riko z dwoma małymi chłopcami. Dżjana pomogła synowi ich wychować. Starszy Sandor ułożył sobie życie z piękną Romką o imieniu Mirela i mieszkali teraz w Anglii. U młodszego Ado zdiagnozowano schizofrenię. Nie chce się jednak leczyć, co bardzo martwi Dżjanę. Kiedy wypisał się ze szpitala na własne żądanie, babcia prosiła lekarza, żeby go zatrzymał. Bała się, że dojdzie do jakiegoś nieszczęścia. Lekarz odpowiedział, że nie może nic zrobić, bo Ado jest pełnoletni i sam o sobie decyduje. Babcia płakała, że on nie wie, co robi. Raz już podjął próbę samobójczą, chciał wyskoczyć z okna. Uratowała go jedynie ojcowska miłość. Riko ściągnął syna z parapetu i błagał, żeby ten poddał się leczeniu.
Po tym zdarzeniu Dżjana spotkała się ze mną i poprosiła o napisanie wniosku do sądu, dla Riko, by mógł wystąpić o ubezwłasnowolnienie syna, w celu oddania go na leczenie. Zrobiłam to i miałam nadzieję, że udało mi się jej pomóc.
– Czemu Dżjana nie odbiera telefonu? – myślałam zdenerwowana. – Przecież zawsze oddzwania. Tyle razy już telefonowałam do niej i do Riko, który też nie odbiera. Zaczynałam się niepokoić.
Kiedy zadzwonił telefon, byłam pewna, że to Dżjana, tym bardziej, że wyświetlił się jej numer telefonu. Zdziwiłam się więc bardzo, kiedy usłyszałam głos Diki, jej wnuczki.
– Pani Ania? – zapytała płaczliwym głosem.
– Co się stało!? – wykrzyknęłam zdenerwowana. – Coś z Ireną!?
– Babcia jest w szpitalu, zasłabła, bo, bo…
– No wyduś wreszcie, co się stało – wołałam zdenerwowana. Chciałam, żeby jak najszybciej podała wyjaśnienie swojego płaczu.
– Bo Ado zabił wujka Riko – Dika rozszlochała się na dobre. Już nic nie mogłam z niej wydobyć. Skończyłam rozmowę i wybiegłam z domu, żeby jak najszybciej spotkać się z Dżjaną.
IX Wizyta w szpitalu
Kiedy ją zobaczyłam leżącą na szpitalnym łóżku, myślałam, że nie żyje, tylko zapomnieli przykryć zwłoki. Leżała wyprostowana bez poduszki pod głową. Jej bladą twarz otaczały długie, prawie do pasa, rozpuszczone włosy. Jej policzki i oczy zapadły się w głąb twarzy. Dopiero po chwili zobaczyłam wenflon w jej ręce i wężyk z kapiącym płynem.
– Żyje – pomyślałam z ulgą i nadzieją. – Martwej nie podłączyliby kroplówki. Usiadłam cicho na krześle, niedaleko jej łóżka.
– Ania? – usłyszałam jej słaby głos. Mówiła prawie szeptem, nie otwierając oczu.
Przysunęłam się blisko, żeby nie musiała zdobywać się na wysiłek, bym mogła ją usłyszeć. Wzięłam delikatnie jej rękę w swoje dłonie i odpowiedziałam: – Tak, to ja, nie musisz nic mówić, wszystko wiem.
Otworzyła gwałtownie oczy i wyszeptała: – Ja chcę mówić. Na pewno gdyby miała siły, krzyczałaby, ale jej głos dalej był szeptem, mimo że otwarte szeroko oczy krzyczały. – Chcę mówić o krzywdzie i niesprawiedliwości, jakie spotkały mnie i moje dzieci – oddychała bardzo szybko i było widać, że się męczy.
– Spokojnie Dżjana, opowiesz mi o wszystkim, gdy poczujesz się lepiej. Teraz odpoczywaj – starałam się ją uspokoić, głaszcząc jej dłoń. Wtedy chwyciła mnie mocno za rękę. Nie wiem, skąd wzięła na to siły. Przyciągnęła mnie blisko siebie, ale jej głos dalej był cichy i słaby.
– Straciłam ich. Nie ochroniłam. Straciłam mojego syna i wnuka – puściła moją rękę, zamknęła oczy, a po zapadniętych policzkach płynęły łzy.
Przestraszyłam się, że coś jej się stało. Pospiesznie nacisnęłam dzwonek alarmujący pielęgniarki. Kiedy jedna z nich wbiegła do sali szpitalnej, wyszłam na korytarz, gdzie przybywało coraz więcej rodziny Ireny. Dowiedziałam się od nich, że Riko nie zdążył ubezwłasnowolnić Ado. Chłopak w nocy miał atak choroby. Słyszał głosy, co jest charakterystyczne dla schizofrenii. Twierdził, że one kazały mu unicestwić ojca, przez którego zabiła się jego mama. Zadał śpiącemu Riko trzy ciosy nożem prosto w pierś, których ten nie przeżył. Zabójcę zabrano do więzienia, gdzie poddany będzie badaniom.
Na korytarzu było bardzo gwarno i kolorowo. Kłóciło się to z tragedią, jaką przeżywała rodzina. Kobiety, w barwnych święcących ubraniach z niedbale spiętymi długimi włosami, rozpaczały głośno zawodząc i pocieszając się jednocześnie. Mężczyźni nerwowo spacerowali po korytarzu, często wychodząc parami na zewnątrz, żeby wypalić papierosa. Dzieci biegały hałasując. Wcale nie zdziwiło mnie wyjście z gabinetu zdenerwowanego lekarza, który głośno zawołał, czy wręcz wrzasnął, żeby pokonać gwar panujący na korytarzu.
– Proszę państwa! Cisza! To jest szpital!
Kiedy zrobiło się cicho, powiedział spokojniej: – Musicie państwo zrozumieć, tu są chorzy ludzie, potrzebują spokoju i ciszy. Rozumiem, że spotkało was nieszczęście i rozpaczacie, ale musicie wrócić do domu. Wasza siostra, mama, babcia i kim tam jeszcze dla was jest pani Irena, jest tu pod dobrą opieką. Ale jest w bardzo złej kondycji. Potrzebuje spokoju. Proszę iść do domu i prosić o informacje telefonicznie. Inaczej nie pozwolicie nam jej pomóc.
Po tych słowach Romowie, bez słowa, w spokoju, kolejno opuszczali szpitalny korytarz. Wychodzili całymi rodzinami, zabierając i uciszając dzieci. Chciałam zrobić to samo, ale doktor podszedł do mnie i wyszeptał: – Proszę zostać.
A kiedy korytarz opustoszał zupełnie, dodał jeszcze: – Nie wiem, kim pani jest dla chorej, ale bardzo prosiła, żeby pani została.
– Skąd pan wie, że chodziło o mnie? – odpowiedziałam zdziwiona.
Popatrzył na mnie i jakby z uśmiechem powiedział: – Pani Irena mówiła, że Ania to jedyna nie- Romka, która jest na korytarzu z jej rodziną, i że na pewno panią rozpoznam, bo pani się wśród nich wyróżnia. Prosiła, żebyś do niej weszła Aniu – powiedział, znikając za drzwiami swojego gabinetu.
Weszłam ponownie do sali, gdzie leżała Irena. Miała już poduszkę i podniesioną wyżej głowę. Patrzyła na mnie. Pewnie jej dali środki uspokajające, bo oddychała spokojnie i miała grymas smutnego uśmiechu.
– Jak się czujesz? – zapytałam niepewnie.
– Jestem bardzo zmęczona. Chodź, usiądź przy mnie tu na łóżku – poklepała lekko ręką materac.
Przycupnęłam delikatnie na brzegu łóżka i sama nie wiem, co się ze mną stało. Łzy płynęły mi strumieniami po policzkach. Nie potrafiłam ich zatrzymać. Z trudem powstrzymywałam się od tego, żeby nie zacząć głośno szlochać.
– Płacz, płacz Aniu. Płacz nad moim nieszczęściem. Nad śmiercią Riko i nieszczęściem Ado. To nie jego wina, że zabił ojca. To wina jego choroby i ludzi, którzy nie chcieli mnie słuchać, że trzeba go ratować. Dobrze się stało, że zabił Cygana. Wyobrażasz sobie Aniu, co by było, jakby skrzywdził Polkę lub Polaka?! Co by się wtedy działo? Byłaby zemsta na Cyganach. Byłoby wiele cierpienia i nieszczęścia, a tak, my sami jakoś to przecierpimy. Romowie wśród swoich.
Przestała mówić i patrzyła gdzieś daleko. Pewnie wspominała chwile, jakie spędziła z synem i wnukiem. Bałam się, że zaraz pęknie jej serce z żalu. Otarłam szybko łzy i zapytałam:
– Dżjana, jak ja mogę ci pomóc? Powiedz, zrobię, co tylko będę mogła.
Jakby się ocknęła. Spojrzała na mnie smutno i wyrecytowała:
– Po pierwsze, jutro muszą mnie wypisać ze szpitala. Po drugie, przyjdziesz na noc wspomnień po Riko do mojego domu. Po trzecie, przyjdziesz na pogrzeb, weź aparat i rób zdjęcia. I po czwarte, po kilku dniach się spotkamy i napiszesz do gazety, jak doszło do tego nieszczęścia. Na przestrogę dla innych Romów. Niech domagają się praw, jakie im się należą. Żeby się nie poddawali, bo przegrają, jak ja przegrałam życie swoich najbliższych. Zrobisz tak Aniu, moja siostro? – Patrzyła na mnie zamglonymi oczyma pełnymi łez i rozpaczy.
– Zrobię to wszystko, o czym mówisz – odpowiedziałam drżącym głosem. – Teraz idę porozmawiać z lekarzem, żeby cię jutro przygotował do wypisu. Na pewno przyjdę na noc wspomnień, jeśli inni Romowie się na to zgodzą. Przecież wiesz, jak bardzo lubiłam Riko. Będę z aparatem na pogrzebie i na pewno pomogę napisać artykuł do gazety o tym, jak cię nie chciał słuchać lekarz wnuka. I jak cię potraktowano w prokuraturze, gdzie szukałaś pomocy, żeby go ubezwłasnowolnić i poddać przymusowemu leczeniu. Nikt nie chciał wysłuchać niepiśmiennej Cyganki. A teraz idę do twoich dzieci, żeby im powiedzieć, co postanowiłaś.
Pochyliłam się, pocałowałam Irenę w czoło i powiedziałam: – Bądź silna kochana.
Spojrzała na mnie, a jej spojrzenie było jakby jaśniejsze. Powiedziała nieco mocniejszym już głosem:
– Jestem silna miłością mojej rodziny.
X Pożegnanie
Na nasz pożegnalny spacer Dżjana umówiła się ze mną w parku. Spacerując, przypominałam sobie nasze pierwsze spotkanie. Wydawało się, że to było tak niedawno. A jednak przez tych osiem lat tyle się wydarzyło dobrego i złego. Zdobyłam większą wiedzę o historii i życiu Romów. Poznałam i zaprzyjaźniłam się z wieloma z nich. Kilku pożegnałam w ich ostatniej drodze. Zawsze towarzyszyły mi emocje. Może przez to, że przyjaźniłam się z Dżjaną, a większość z tych ludzi, to byli jej bliscy. Irena postanowiła wyemigrować do Anglii, do swoich dzieci, gdzie ma też wnuki i prawnuki.
Kiedy wyjedzie, w naszym mieście, nie będzie już Romów, którzy urodzili się i wychowywali w taborze. Usiadłam na ławce, przymknęłam oczy i wciągnęłam głęboko powietrze. Pachniało jesienią, liśćmi i ogniskiem.
Pewnie ludzie porządkują ogródki i palą śmieci – pomyślałam nie otwierając oczu. Poczułam, że ktoś delikatnie dotyka mojego ramienia.
– Podobnie pachniało w taborze – usłyszałam głos Dżjany. Otworzyłam oczy, stała za moimi plecami. Na jej kurtce połyskiwała kolorowa chusta, zarzucona na ramiona, a spódnica sięgała kostek. Włosy miała nadal bardzo długie, upięte w duży kok. Jednak ich kolor się zmienił. Wśród czarnych pojawiło się bardzo dużo siwych kosmyków. Na twarzy malowało się zmęczenie.
– Przysiądź tu przy mnie – powiedziałam, kładąc rękę na ławce. – Razem wyobrazimy sobie, że tabor zatrzymał się i mamy chwilę, zanim zaczniemy organizować obozowisko. Dżjana usiadła obok mnie. Położyłam głowę na jej ramieniu i zapytałam: – Jak to będzie, kiedy będziemy tak daleko od siebie?
– Normalnie, będziesz żyła swoim życiem, a ja swoim – odpowiedziała poważnie.
Od śmierci Ado rzadko się uśmiechała. Tak, Dżjana w rok po śmierci syna, musiała za rok pochować także wnuka. Lekarze w więzieniu stwierdzili, że rzeczywiście jest chory i podawali mu leki. Potem skierowano go do zakładu psychiatrycznego, gdzie go leczono. Pozwolono mu zadzwonić do brata ojca. Nino, młodszy syn Ireny bardzo się zdziwił, kiedy usłyszał w słuchawce głos Ado i pytanie: – Wujku, lekarze mówią, że zabiłem swojego ojca. Czy to prawda?
– Tak – odpowiedział Nino, niczego złego nie przeczuwając. – Ale to był wypadek, jesteś bardzo chory i musisz się leczyć. Wcześniej nikt ci nie wierzył i nie chciał pomóc. Czy mam przyjechać do ciebie? Nie usłyszał jednak odpowiedzi. Ado odłożył słuchawkę.
Po dwóch miesiącach zadzwonili do Ireny z zakładu psychiatrycznego, że jej wnuk popełnił samobójstwo, zażywając dużą ilość leków. Wyłudzał je od innych chorych.
Dżjana nie chciała już walczyć. Ona i jej rodzina pochowali Ado w grobowcu Riko. To wtedy podjęła decyzję, że wyjedzie do dzieci, do Anglii.
– Aniu, muszę stąd wyjechać. Już nic nie zmienimy. Nic nie dały nasze wywiady z redaktorami. Cygan, dla niektórych Polaków, będzie zawsze brudasem i złodziejem, którego nie trzeba szanować. Tu mam tylko groby i do nich kiedyś wrócę – nagle wstała z ławki, wzięła mnie za rękę i powiedziała: – Choć siostrzyczko, pospacerujmy, bo robi się chłodno.
Ruszyłyśmy wolno parkową alejką, patrząc na kolorowe liście. Uśmiechnęłam się do niej, chociaż było mi bardzo smutno i powiedziałam:
– Dziękuję ci bardzo za to, że zaufałaś mi na tyle, żeby przekazać tak ważne informacje z waszego życia.
Wydawało mi się, że właśnie skończył się jakiś etap także mojego życia. Etap mojej z nią przyjaźni. Prawie z płaczem zapytałam: – Dżjana, czy jeszcze kiedyś będziemy spotykały się na spacerach, które były naszą wędrówką, naszym małym taborem?
– Oczywiście, że tak – odpowiedziała patrząc mi prosto w oczy. – Przecież mamy sobie jeszcze tyle do powiedzenia. Zaufałam ci i zgodziłam się na spisanie moich słów, bo wiem, że to służy słusznej sprawie. Ja nie umiem pisać, nie umiem czytać, ale wierzę ci bezgranicznie i wiem, że zapisałaś tylko to, co chciałam, żeby było zapisane, żebym mogła przekazać ludziom: Romom i Polakom, że Cygan to człowiek mający swoją historię i wartości. Chciałam, aby dla moich dzieci i wnuków zostało coś po mnie, co będzie im przypominało, jak mają żyć i jakimi zasadami się kierować. Ty mi pomogłaś zrealizować to marzenie, dlatego bardzo ci za to dziękuję. Poznałaś prawie całą moją rodzinę. Zaakceptowali cię jako moją siostrę. Będziesz przyjeżdżała do mnie, a ja do ciebie.
Kiedy tak patrzyła w moje oczy i mówiła to swoim spokojnym głosem, byłam najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Cieszę się bardzo, że zasłużyłam na to zaufanie i wdzięczność Dżjany. Tyle ciekawych rzeczy mi powiedziała i pozwoliła je spisać. Wyznała że, w trakcie tych wspomnień i rozmów, czuła się tak, jakby wędrował jej ostatni tabor.
[1] Kamil Pitner, Prawa osób należących do mniejszości narodowych w państwach Grupy Wyszehradzkiej