+48 736-84-84-44

Włożył ostatni pędzel do szklanego słoja z terpentyną, odsunął go pośpiesznie, mocząc dębowy blat stołu, cofnął się nieco i po raz kolejny spojrzał na malowidło. No cóż, to już koniec. Finał. Zamknięcie etapu długiej walki z materią farby. Zakończenie boju, o który właśnie chodziło. Triumf w bitwie, rosnący zachwyt albo podziw większy od morza. Zanim to jednak nastąpiło, młody artysta nieraz musiał godzić się z porażką. Przeżył niejedną bezsenną noc, a w samotności twórcy bezradnie zaciskał pięści, czując napływające łzy. Przypomniał sobie krótki wiersz bez tytułu, przeczytany w okresie  malarskich zmagań, gdy na jakiś czas zainteresował się poezją. Napisał go nieznany szerzej autor, utwór zaś brzmiał:

Nim wyruszysz kiedyś

srebrną wstęgą gwiazd

policzysz jedynie

swe niepowodzenia

nim dostrzeżesz wreszcie

blask swojej Proximy

będziesz nowym mistrzem

starych imitacji*

A obraz mienił się świeżością barw, błyszczał w świetle wczesnego popołudnia dochodzącego z okna niedużego pokoju. Jaśniał refleksami, błyskotliwością i talentem twórcy, który uśmiechnął się zacierając ręce. Niebo z niskimi, łagodnymi chmurami, niemal bezgłośne morze, szeroka, bursztynowa plaża, jasnożółty ognik zachodzącego słońca – wszystko to harmonizowało ze sobą, było kolejną owocną pracą.

– Pyszałkowaty Anders pęknie z zazdrości! – powiedział do siebie Malarz, gdyż zaczął już wyobrażać sobie najbliższą wystawę Stowarzyszenia Artystów ze Slagelse. Niechętnie wprawdzie, ale pomyślał również o sprzedaży obrazu, bowiem żyć przecież jakoś musiał, zwłaszcza odkąd pozostał sam…  W takich chwilach starał się nie wracać myślami do tragicznej śmierci rodziców, do tamtego mglistego, wczesnojesiennego dnia, w którym pijany dorożkarz z Kopenhagi nie potrafił zatrzymać rozszalałych koni. Po latach spędzonych z nieżyjącą już babcią, Malarz stanął nad grobem dawców życia i przypomniał sobie słowa ojca, amatorsko uprawiającego malarstwo. Byli wtedy nad letnim Bałtykiem, gdy tata spojrzał na pomalowane zachodem morze, a potem pochylił się nad siedmioletnim synem i rzekł: Pamiętaj, nigdy nie można schodzić z raz obranej drogi serca!..

Od lat grupa zelandzkich twórców pokazywała swoje prace w całkiem sporej, miejskiej galerii o nazwie ,,Gracja’’ i od lat również przed każdym wernisażem w powietrzu Slagelse utrzymywało się duże napięcie. Artyści pracowali od świtu do nocy, starali się jak mogli, aby zaskoczyć pozostałych i poszerzyć grono swoich wielbicieli. Większość miejscowych malarzy ukończyła wymagane szkoły i stosowała styl akademicki, uważany niekiedy za banalny, zwłaszcza przez niejakiego Andersa Johansena, który coraz częściej naśladował nową manierę francuską zwaną impresjonizmem. Anders wzorem czczonego przez siebie Moneta gonił chwile i światło, chociaż tak naprawdę nie dorastał tamtemu do pięt. Miał odpowiedni dyplom, lecz niekiedy plamy czystego koloru nakładał na płótno zupełnie przypadkowo, tworząc niezrozumiałe obrazy. Uparcie  twierdził jednak, że robi to subiektywnie, a w swej arogancji nie przyjmował najmniejszej nawet krytyki. Może dlatego przez niektórych twórców postrzegany był jako innowator i ktoś, kogo mimo wszystko należy szanować. Pomimo oczarowania impresjonizmem, Johansen powracał czasem do realistycznego stylu, chcąc udowodnić otoczeniu, że jest uniwersalnym twórcą. Chełpiąc się namalowanymi motywami, głównie znanymi postaciami, atakował innych, a ich obrazy nazywał tandetą. Obraził w ten sposób pewne panie bez dyplomu, malujące miejskie pejzaże, a jedna z nich chciała nawet odebrać sobie życie!.. Na szczęście udaremniono ów fatalny pomysł, a Johansena zawieszono w prawach członka stowarzyszenia. Powrócił po miesiącu, wyjąkał przeprosiny, starszej od siebie pani wcisnął bukiet róż i nadal przechwalał się swoimi malowidłami. Kilkakrotnie zatrzymywał się jednak przed płótnami Malarza i z rosnącym przekonaniem mówił: No, no, całkiem niezłe…hm, może nawet dobre?  Młody zelandzki twórca, podobny trochę do Johansena i stojący przed zakończonym właśnie dziełem, liczył więc, że niedoszły Monet tym razem wyrazi szczerą zazdrość.

*            *             *

Jasną salę wypełniał gwar rozmów barwnie ubranych wielbicieli sztuki z jej twórcami, którzy popijali białe lub czerwone alkohole i starali się odpowiadać na trudne niekiedy pytania. Młody Malarz, od kilku dni zachwycony swym zachodem słońca, odbierał najwięcej pochwał i gratulacji. Kilka osób zadeklarowało gotowość kupienia tego dużego i urzekającego obrazu, oferując wysoką cenę. Jedna z nich, pochodząca ponoć z Kopenhagi, zaproponowała tysiąc koron. Cóż, należało się tym cieszyć i pracować ze zdwojoną energią, aby nie obniżyć lotów. W pewnej chwili do Malarza podszedł Anders Johansen, wyciągnął dłoń i rzekł zmieszany:

– Pozwól, że i ja przyłączę się do gratulujących. Muszę bowiem szczerze przyznać, że praca ta należy do szczególnie udanych, bo jej koloryt rzuca wręcz na kolana nieprzeciętną biegłością, wyrazistością przekazu, jakąś niepowtarzalnością. Obraz jest niesamowicie wiarygodny! Tak, tak, nawet nie wiesz, jak bardzo ci go zazdroszczę.

Młody artysta jednym haustem opróżnił trzymany kielich z winem.

Głęboka wrześniowa noc rozłożyła już swoje skrzydła nad Slagelse, gdy Malarz po raz ostatni spojrzał ciepło na swój morski pejzaż, zdobiący najdłuższą ścianę galerii i chwycił czarny cylinder zawieszony nieopodal. Żegnany okrzykami podziwu ostatnich wielbicieli, przywołał dorożkę i ruszył do swego niedużego mieszkania. Chociaż chłód już mocno doskwierał, artysta podniósł tylko kołnierz płaszcza, spojrzał w gwiazdy i rzekł do siebie: uwierzyłeś kiedyś, że możesz być wielki!

Uśmiechnął się do wąsatego dryndziarza, a potem do nielicznych przechodniów przemykających jeszcze pod ulicznymi latarniami. Salaciarz wymamrotał coś, uznając Malarza za pijanego balangowicza.  Artystę zaś rozpalało nie tyle wypite wcześniej wino, co szczęście, dlatego śmiał się szeroko do całego świata.

*          *          *

Malarz znalazł się w galerii ,,Gracja’’ kilka minut po tym, jak została otwarta. Przed przybyciem kupca chciał jeszcze raz spojrzeć na swoje ostatnie dzieło. Na najmłodsze dziecko, które jakoś szczególnie cieszyło go i pobudzało, sprawiało, że krew szybciej zaczynała krążyć w żyłach młodego twórcy. Mężczyzna w pośpiechu zdjął cylinder i szary płaszcz, powiesił je w niedużym przedsionku, a potem ruszył do obrazu. Sala wystawowa była pusta i już z pewnej odległości pejzaż zdawał się błyszczeć znacznie silniej niż ostatniego wieczoru, kiedy wystawę otwarto. Malarz uśmiechnął się, czując jednocześnie głęboki żal przed rozstaniem z czymś wyjątkowym. Nie zwracając najmniejszej uwagi na inne prace – podszedł do malowidła. Najpierw rozłożył ramiona, chcąc po raz ostatni objąć je z czułością, a po dłuższej chwili powiedział: mocno wierzę, że jesteś bezcenny i nieodgadniony jak nowy świat! Dlatego nawet te tysiąc koron uważam za jałmużnę.

Z nabożną czcią zaczął gładzić duże, barwne płótno, ale w pewnym momencie zatrzymał dłoń zaskoczony – palce zabarwiły się oranżem i rozwodnionym bursztynowym kolorem plaży, znikła płaska powierzchnia, a z tła głębokiego przedstawienia powiał lekki wiatr! Artysta odskoczył jak oparzony i w nagłym osłupieniu zaczął na nowo przyglądać się swemu dziełu.

– Oszalałem! – powiedział z przekonaniem.

Stał jednak i patrzył. Nie wiedział jak długo to trwało, ale żółcienie, pomarańcze, ciepłe zielenie, ultramaryna, czerwień i fiolety tła tańczyły przed nim niczym w najpiękniejszej baśni, a rześkie przedwieczorne powietrze zapraszało go do niezwykłego świata. Obraz szybko przekształcał się w osobliwość, w niepowtarzalny widok, w którym farba stała się żywą istotą.

Malarz jak zahipnotyzowany zbliżył się do ram pejzażu, podciągnął się na rękach, a potem potoczył się nieco w dół, ku łagodnym, zielonkawym falom. Wstając obejrzał się odruchowo i dostrzegł zaskakująco małe okno na stary świat. Widniała w nim pusta wciąż sala wystawowa. Jakaś niewidzialna siła zamykała je. A może robił to on sam? Malarz nie dbał o to i spojrzał przed siebie – dziwne nieduże wiry formowały się bliżej brzegu. Ruszył tam wciągając w nozdrza letnią bryzę. Cofnął się jednak, kiedy po wstąpieniu do morza dostrzegł rozwodnioną farbę. Ale jej magia, której ulegał przecież przez całe lata, nie pozwoliła mu odejść. Wiry tymczasem zamieniały się w jego obrazy. Pierwszy przedstawiał rodzinny dom stojący na przedmieściu Slagelse. Artysta namalował go w dziesiątym roku życia, bacznie obserwując poczynania taty. Uśmiechnął się, widząc nieporadne jeszcze próby ukazania charakteru budowli; strasznie pokrzywił wówczas jasne ściany, zniekształcił świerkowy gont i uwiecznił zbyt czarny dym wydobywający się z ceglanego komina. Stojąc już w morzu, artysta wzruszył się. Pamiętał, że tata objął go wtedy, pocieszył i pochwalił za obraz mimo widocznych w nim błędów. Kolejne prace, kołyszące się na leniwych falach, nawiązywały już do jego ulubionego tematu – pejzażu morskiego. Były znacznie zgrabniejsze, ale nosiły wciąż ślady wedut realizowanych przez młodego twórcę przed rozpoczęciem nauki w szkole artystycznej. Malarz prezentował na przykład kilka wyższych budynków stojących na klifie wyspy. Ostatnia partia obrazów powstała już po kopenhaskiej akademii, a pierwsze z nich ambitny twórca przedstawił z dużym rozmachem, nie uwalniając się jednak od wpływu malarzy angielskich, głównie Johna Constable’a.

Tymczasem rozwodniona farba przestała mu przeszkadzać. Młody malarz wchodził w głąb morza szumiącego coraz głośniej. Wtedy właśnie dostrzegł swój ostatni obraz kołyszący się na żywym, jakby turkusowym i jednocześnie malarskim, podłożu. Zniewolony tym widokiem nie dostrzegł kolejnej, większej już fali. Przewrócony wypłynął jednak i zachłysnął się przedwieczornym powietrzem. Lecz nie docenił prądu wstecznego. A może nie chciał go docenić? Ale morze nie wybacza.

Wynurzając się znowu, już ostatkiem sił, na ciemniejącym brzegu zobaczył kogoś stojącego przed sztalugami. Nim rozpoznał smukłą szarą postać, żywa farba pochłonęła go na zawsze.

 

 

       * – wiersz autorski

Przejdź do treści