Poranek
Wielkie Skrzydła jak mosty między gwiazd światami –
syn Ojca Niebieskiego tworzy barwne domy.
Myśl Przedwieczna chłód ściany zdobi nadziejami,
aby pewniej mógł kroczyć zraniony lub chromy.
Lecz Skrzydła dumę karmią, a pokorę gniotą,
gdy trzeba się ukłonić najmłodszemu z braci.
Świat człowieka, choć piękny, zamienia się w błoto
i gwiazda z prochu wzięta nad tym błotem świeci.
Moc bez świtu i zmroku nie znosi odmowy
i wystawia rycerza, Najwierniejsze Skrzydła.
Ten ukłonił się bratu, pomoc nieść gotowy,
bo niskie życie prochu nigdy mu nie zbrzydło.
Bój
W Światłości, niedostępnej dla zjadaczy chleba,
stanęły wrogie armie, rozmaite Skrzydła.
To sfery wielkich książąt i mieszkańcy Nieba
od eonów znoszący niebieskie prawidła.
Zawisły wrogie wojska nad Niebieską Wieżą,
nad kręgami barwnymi, domem nad domami.
A najwyższe domeny do Tronu należą –
tam Ojciec czasem siada, by władać bytami.
A największy buntownik, który opluł człeka,
gdy Ojca nie posłuchał i nie schylił głowy,
na czele dumnych braci w blasku zbroi czekał
na resztę swych legionów i oręża mowę.
Stanęło przy nim wielu, czując smak wolności
i w pogardzie wciąż mając wartość pierwszych ludzi,
choć Ojciec duszę stworzył, a nie tylko kości!
I w pracy Architekta mocno się natrudził.
Przywódca buntu Skrzydeł bardzo pragnął władzy,
chciał być czasu światłością i rządzić duszami.
Podobne sobie duchy w Niebiosach zgromadził,
odrzucając poznanie Pana nad panami.
Wierzył w moc swego miecza, który niszczył gwiazdy,
kiedy świecić nie chciały lub słabo świeciły.
Wierzył w swoje zwycięstwo jak buntownik każdy,
gdy już myśli uparte wierzyć pozwoliły.
Miał na imię Lucyfer i chciał być Zaraniem,
nowym światłem i panem na Najwyższym Tronie.
Wiedział już kto wśród Skrzydeł przeciw niemu stanie.
Kto, jak gniew Najwyższego, ponad wojskiem płonie!
To archanioł ognisty, najwierniejszy z wiernych,
rycerz Panu oddany, wódz legionów Nieba.
Każdy, kto przed nim stanął, wyglądał mizernie,
lecz ambitny Lucyfer szans swoich nie grzebał.
Zebrał liczne oddziały, odwagę tysięcy,
buta duchów nieczystych zawrzała jak lawa!
Był ich wodzem, ich księciem. Czy można chcieć więcej?
Zalśnił miecz w czarnej dłoni jak nowa buława.
Obok wzniósł się Abaddon, który kruszył światy
jednym gestem, oddechem, kaprysem serafa,
za nim – ciemny Lewiatan w odory bogaty,
pierwsze gniazdo zgnilizny i śmierci parafa,
wojownicy z orszaku i bracia Uzjela,
cherubiny o młodych, lecz smolistych twarzach.
Trony z lewej Astaroth mocnym głosem wspierał
i opinię o wrogach zjadliwie wyrażał.
Tu – żołnierze Balama, tam – Moce Beliala,
wrze i huczy rebelia, grozi wojskom Nieba.
Lecz żaden biały rycerz od tego nie zmalał
i pozostał przy wodzu, tak, jak było trzeba.
Najwierniejszy syn Pana to Michał, archanioł,
czysty ogień i twierdza, grom z najwyższej sfery,
lecz kohorta demonów w walce go porani,
a Belial albo Balam pozbawią maniery.
Głos gwiazdy strącający w Niebie się rozlega,
a chmary Ciemnych Skrzydeł ruszają do boju.
To rozkaz Lucyfera do wojska dobiega
i siłą wolnej woli kończy czas pokoju.
Czarna klinga uderza, kruszy manipuły,
giną biali żołnierze w strzaskanych kirysach!
Seraf miażdży kohorty, napina muskuły
i jak chmura burzowa nad wrogiem zawisa.
Strach pada na anioły, płoną ich szeregi
trawione ogniem księcia, wodza potępionych,
drżą podstawy kosmosu, słabnie światło Wegi,
Alfy, Spicy, Syriusza i Atrii spłonionej.
Nie potrzeba Uzjela, Beliala, Balama,
by Lucyfer zuchwały rozbił Jasną Armię!
Chociaż dzielnie walczyła, rósł niebieski dramat,
a seraf ogniem tchnący, parł na nią bezkarnie.
Wyrósł przed nim Rafael, błysnął miecz srebrzysty,
ranny książę zaryczał, lecz wykonał cięcie:
świat zadrżał, zawirował w błękicie wieczystym,
padł anioł poraniony, kręcąc się na pięcie.
Spojrzał książę do góry, słysząc Abaddona –
ten niszczyciel największy jęczał ledwie żywy!
Pod ciosami Michała seraf niemal konał,
archanioł był zmęczony, lecz nieustępliwy.
Abaddon znieruchomiał, zawisł w niebieskości,
Michał spadał jak sokół, zranił Lewiatana,
Belialowi połamał najdrobniejsze kości,
a Uzjel oraz Balam porzucili pana
i błagali o litość ognistego wodza!
Widząc siłę Michała, Jasna Armia wstała,
choć Lucyfer wyniosły poszarpał ją srodze.
Spojrzał demon niejeden, nagle oniemiały
i wątpić zaczął w księcia, rannego lidera.
Wielu jednak wierzyło. Twórca gwiazd istoty –
to on od wieków szukał i uparcie szperał,
chłonąc wiedzę z archiwów gdzie mądrości dotyk.
Lecz nad nim duch chciwości do głosu dochodził,
łokciami się rozpychał i pchał się do góry,
a Michał pragnął kochać w pokoju powodzi,
choć wiedział, że nie można wyskoczyć ze skóry!
Dlatego ruszył pierwszy, niosąc klingę złotą,
puklerz ze światła tkany i włócznię z wieczności.
Książę czekał, lecz wyżej, wśród Skrzydeł łopotu,
w ogniu walk legionowych, który zabrał kości
tak wielu wielkich braci ze sfery książęcej.
Padł Belial, padł Abaddon, Lewiatan zraniony…
– Czy można czekać dłużej, aby stracić więcej?
Zwycięstwo w moich rękach! – ryknął rozwścieczony.
Czarny taran uderzył, twierdza pozostała,
choć ciosy rebelianta wstrząsnęły Michałem.
Wszystkie gwiazdy przygasły i Wieża zadrżała,
lecz w mocy swej odwiecznej istnieć nie przestała.
Ruszył znowu Lucyfer, błysnął miecz potężny,
grom starł się z czarną klingą, zaiskrzyły nieba!
Wtem – osłabł Biały Rycerz, wódz prawy i mężny.
Tego Księciu Ciemności właśnie było trzeba!
Natarł w locie drapieżcy i wysunął szpony,
gotów szarpać i zabić, unicestwić brata.
Lecz w istocie Michała ożył duch zielony,
ten, który zniesie wszystko i rozjaśni lata.
Wódz Zastępów Niebieskich zyskał nowe siły,
stał się prężny, świetlisty i twardszy od skały.
Serca białych żołnierzy mocniej wnet zabiły,
a Smoliste Legiony pierwszy raz zadrżały.
Płonął gniewem archanioł, wzbudzonym wulkanem.
Gdy ruszył, biały ogień zalał Lucyfera!
Poparzony, skurczony, cały w wielkich ranach
wódz Skrzydeł spadał z Nieba. Lucyfer umierał.
Ziemia
Zadymiona speluna i papieros w ustach,
myśli trochę stępione piołunówki mocą.
To ten chudy włóczęga ze spojrzeniem pustym,
skierowanym na okno wypełnione nocą.
Ciemność sprzyja wspomnieniom, bo w niej gwiazdy płoną,
bo tam dawna potęga i książęce życie.
Z Wielkiej Wieży Niebieskiej kiedyś go strącono.
Był potężnym serafem i siedział na szczycie.
Gardził każdym człowiekiem, istotą z niskości,
siebie czyniąc wysokim i godnym zaszczytów.
A teraz niski człowiek gruchotał mu kości,
za nic mając Anioły i hierarchię bytów.
Wiele wieków minęło, a chudy włóczęga
znosił nędzne żywoty, skazany na bóle.
W lichych domach się rodził, po odpadki sięgał
zawsze, wiedząc, że kiedyś pragnął zostać królem.
Były chwile rozbłysków niezwykłej pamięci,
czas spadania na zawsze wśród Białych zachwytu,
strata Skrzydeł Kosmicznych, niebieskiej pieczęci,
śmierć na wietrze niskości i wyjście z niebytu.
Lecz oto jego wojsko tuż przed nosem staje,
ci, których poniżono jako rebeliantów!
Dusz wszelakich przez wieki mogli się tu najeść,
a te niosą niezwykle, niczym blask brylantów.
Tak smoliści żołnierze nazbierali mocy,
która dotrzeć pozwoli aż do Wielkiej Wieży!
Niewidzialni dla innych, ci synowie nocy
zdają się być prawdziwi i naprawdę szczerzy.
Mówią, że jedna dusza wyniesie serafa,
że oto wódz Smolistych poleci na przedzie.
Kto jak kto, lecz Lucyfer dobrze to potrafi!
Poprowadzi swą armię i jej nie zawiedzie.
Czemu jednak nie wiedział, że wchłonięcie duszy
Niebo może otworzyć, chociaż brzmi to dziwnie…
Był włóczęgą skazanym na duszy katusze,
więc myślenie o władzy byłoby naiwne.
Tak, to prawda i mądrość. Dopiero to widzi!
Przez wieki pokutował, bał się podnieść głowę.
Nawet nędzarz największy kopał go i szydził,
a oto jego armia znowu jest gotowa!
Kloszard piołun odstawia, wstaje od stolika,
przed speluną przystaje i szuka ustronia.
Słyszy szept koło ucha – słowa dziesiętnika,
który dostrzegł już kogoś na pobliskich błoniach.
To młodzieniec chełpliwy, wraca właśnie z baru,
wierzy w siłę swych ramion i gwiżdże wesoło.
Nagle – widzi włóczęgę, oczy pełne żaru,
a potem świat wiruje, jakby działał piołun!
Wreszcie w siebie uwierzył, przywołał naturę,
zabrał butę człowieka i to mu wystarczy.
Czuł jak dusza młodzieńca wchodzi w nową skórę,
zamknął usta z uśmiechem. Miał już swoją tarczę.
Spojrzał w niebo gwiaździste, czuł Kosmiczne Skrzydła –
dusze braci najmłodszych miały wiele mocy!
Bo niskie życie prochu nie wszystkim obrzydło,
gdyż z niego pochodzili mędrcy i prorocy.
Ważna chwila nadeszła, nienawidził ludzi,
choć dzięki jednej duszy mógł ruszyć ku Wieży!
Czy zwycięży Michała, który gwiazdy budził?
Strach odrzucił z łachmanem. I dostał żołnierzy.