13/2025
Bezimienna
O świcie przychodziła pod starą
wierzbę. Nikt nie znał jej imienia.
Szare ptaki siadały na wątłych ramionach,
dni parowały wzajemną tęsknotą.
W głowie pękały ziarna słów,
karmiła nimi ptactwo. Martwe pory
roku układały się pod skórą.
Pamięć łuszczyła się w dłoniach
wygładzających stare zdjęcie.
Powietrze gęstniało od zimnych snów.
Ślady jej samotnych stóp
zostawały na mokrej ziemi.
O zmierzchu prowadziły ją do domu.