10/2024
zadra
wierszami oklejam ściany
rolka tapety nie ma końca
ględzę im coś o użyteczności
poczuciu sensu
nie wierzą mi
dominuje żal
że chcę się ich pozbyć
wyrazy rozbiegają się
strzępki słów
padają na podłogę
walają się pod nogami
potykam się
trzewia zdań
łapią mnie za nogi
przepycham się
chcą mnie zatrzymać
rozsuwam je energicznie
wyrzucam im nieskuteczność przed sądem
czują się porzucone
skarżą się przejmująco
uwierają
biorę je na kolana
tulę jak dzieci
brawo
trzymają dłonie obok siebie
rytmicznie je oddalają i przybliżają jak dziecko które się cieszy jego radość nie zna słów
są tacy zabawni
plask plask
jakby strzelał tłuszcz pod naleśnikiem
miarowo
okazują uznanie
rozgrzewają się ich dłonie
zaczynają swędzieć
szybciej krąży krew
hałasują
czasem na raz dwa
to znów dzieląc czas na ćwierćnuty
w przypływie zachwytu
ich euforia przekłada się na ósemki
uderzenia plączą się
nakładają
tworzą barwny gwar
a może lepsza cisza
choć czasem podszywa się pod nią
złowrogie milczenie
zajmuje miejsce ostatnia
gdy już opustoszeją krzesła
jest życiodajna