10/2024
Dzień dobry. Wieczór
Blask zachodu wspina się po ścianach, konkuruje
ze zmierzchem jakim oddycha gleba. Następne
wrastanie w czarnoziem wybiela poranny dym.
Dzień i noc odbijają się w neonach zielonych łodyg,
w nawoływaniu ptaków o świcie. I to ciągłe, ciągłe
bicie zegara zatraca się w echu. Mechaniczny czas.
Dym prosto unosi się do nieba, tym razem szary.
Płot przewraca się na zewnątrz. A wierność psa
wzmocniona łańcuchem – taki zarwany most
między lojalnością a wolnością. Krzyk i skowyt.
Myślisz o rodzinie. Dookoła nieme powietrze,
blask zorzy oraz szeptane prośby na dobry dzień.
Tropy. Mądrość gór
Pierwszy raz jest tylko raz, gdy bose stopy całują inną
ziemię, gdy oddychasz pierwszy raz górskim obrazem,
atmosferą. Nie biegnę, idę wolno, aby więcej zobaczyć.
Wspinam się po to, co kocham. Odganiam rój komarów,
omijam wilcze jagody. Rozglądam się. Patrz! zatrzymaj
powidoki spowite mgłą. Schodzimy w dolinę śladami
lisów i saren biegnących do źródła, prosto w ramiona
sennych strumieni. Płyną. Liczy się tkliwość powrotów,
rozmowa z echem. Zapytane o drogę życia, nie zostawią
nas bez odpowiedzi. Wibruje czas. W naszych głowach
strome szczyty gór otaczają horyzont. Przelewa się
z każdym krokiem do celu. Czeka na jakiś moment
zatrzymania. Na most jaki zbudujesz patrząc w dal
między ciszą a czuwaniem bieszczadzkich aniołów.
Szczyty gór nie tylko się zdobywa – częściej okrąża.
Tłum. Arena
Ludzie mijają się obojętnie. Niosą ze sobą szmer albo bezdech.
Tylko rozszerzone źrenice rejestrują przynależność do kolorowego
gwaru ulicy. Każdy w sercu niesie pragnienia bycia kochanym.
Tłum gubi się w pośpiechu i zmęczeniu, licząc na ślepy los.
Rozwarstwia się na tych, co idą z prądem i pod prąd. Dzieli na tych
nieśmiałych i pewnych siebie. Na tych o sercu dobrym i zawistnym.
Idą. Idą. Idą. Oglądasz buty. Przypominasz, gdzie razem chodziły.
Były zbyt blisko i za daleko. Horyzont zaciska się. Zmienia się
w płonącą obręcz. Skacz. Skacz – usłyszysz oklaski. To arena życia.