13/2025
Substancja
poezja nie zawsze jest piękna
czasami składa się z liter
oblepionych gęstą substancją
sklejone w wyrazy
krzyczą do ciebie
uciekaj!
skutek jest odwrotny
nic bardziej nie przyciąga
niż swąd nadpalonych wersów
pachnących jak włosy
czarownicy płonącej na stosie
wyciągam papierosa
odpalam
a ty kaszlesz
oczy patrzą zachłannie
zlizują litery
zardzewiałe podskakują
chrzęszczą
stają ci w gardle
gaszę papierosa na ostatniej strofie
ucieka z dymem
czujesz niedosyt
wiem
wrócisz po więcej
Iluzja
w świetle neonów połyskuje pustka
przykładam dłonie do gładkiej struktury
szukam odbicia
idę przez lustrzany labirynt
zagubiona chcę odnaleźć siebie
nagle go widzę
czarne oczy przeszywają
jak zardzewiała pinezka papier
gdy śmieje się szkło pęka
biegnę
jest tuż za mną
nie ucieknę
ślepa uliczka sprowadza na manowce
ściany napierają z każdej strony
gdzie jest powietrze?
błysk ostrych zębów przegryza ciemność
ręce miażdżą szyję
chcę oddychać
chcę tylko oddychać
mdleję
gdy otwieram oczy
znowu widzę lustra
mój krzyk rozdziera je na kawałki
rozpadają się jak
zraniona męska duma
skrawki przecinają skórę
krew ścina z nóg
ostatnie co pamiętam
to śmiech diabelski śmiech
otwieram oczy
czarna tkanina zasłania tafle
on stoi z boku
więzi mnie wściekłym spojrzeniem
nie odwracam wzroku
im wyższy puls tym on jest większy
zachowuję spokój
podchodzę bliżej
uśmiecham się a on maleje
wyciągam rękę
jest coraz mniejszy
przytulam go
zrywam zasłony
patrzę na swoje odbicie
Glock
wtulona w chłód ulicy
rozpłaszczam się
wnikam w chodnik
ludzie przechodzą
nie widzą
klapki spadają z balkonu
iloraz zdarzeń i wyłupanych ptasich oczu
rozrzucona kostka brukowa uwiera
za śmietnikiem kamienicy
nastolatek dopala papierosa
jakaś kobieta
przechodzi po mnie w szpilkach
boli
podnoszę się twardsza
mrok krąży w żyłach
glock pasuje do dłoni jak sutanna do księdza
wychodzącego z kościoła
módlmy się
jest niedziela
prostuję ręce
lekko zginam w łokciach