+48 736-84-84-44

KULISY LITERACKIEJ NAGRODY NOBLA – ROK 1996

                                                                                                                        Pamięci profesora Leonarda Neugera

Jest to opowieść na podstawie dokumentacji z kilku wybranych posiedzeń królewskiej Akademii Szwedzkiej przyznającej Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury w roku 1996, w którym otrzymała ją Wisława Szymborska. Udało mi się dotrzeć do protokołów z zebrań akademii, mimo że są obłożone pięćdziesięcioletnią klauzulą tajności. Najprawdopodobniej po opublikowaniu tekstu kierownictwo Biblioteki Nobla Akademii Szwedzkiej, gdzie są przechowywane dokumenty, zainicjuje dochodzenie w sprawie naruszenia tajemnicy służbowej. Może być gorąco…

KWIECIEŃ

– Dzisiaj zatwierdzimy piętnastu kandydatów, wybranych przez kapitułę – przemówił stały sekretarz Sture Allén, przewodniczący posiedzenia. – Taką mam nadzieję… – dodał. 

– Widzę, że jest nas czternaścioro – rozejrzał się Sten Rudholm, były minister sprawiedliwości, zasiadający w honorowym fotelu nr 1. – Mamy więc quorum dwunastu członków.

– Czworo nieobecnych: Kerstin Ekman, Werner Aspenström, Johannes Edfelt i Lars Gyllensten – dodał sekretarz.

– Proszę łaskawie przypomnieć, panie przewodniczący, ilu wybrano kandydatów             spośród wszystkich zgłoszeń? – zapytał jeden z najstarszych członków akademii, osiemdziesięciopięcioletni historyk, Erik Lönroth, mający kłopoty z pamięcią.

– Pięciuset, panie profesorze.

– Kiedyż to z tej armii wybraliśmy piętnastkę? – zdziwił się staruszek. 

Sture Allén zwrócił się do Kjella Espmarka, Przewodniczącego Komitetu Noblowskiego, pięcioosobowej kapituły wybierającej kandydatów do nagrody.

– Panie profesorze, proszę uprzejmie przypomnieć w skrócie nam i profesorowi     Lönnrothowi, jak to było z wyborem ścisłego grona kandydatów.

– Oczywiście – Espmark skłonił głowę w kierunku stałego sekretarza. – Otóż w lutym zamknęliśmy listę pięciuset. Dogłębnie analizując ich teksty i życiorysy, wybraliśmy dwustu, potem stu, następnie pięćdziesięciu, po pewnym czasie trzydziestu, aż wreszcie, po konsultacjach z ekspertami, sporządziliśmy wykaz piętnastu kandydatów. Tę listę komitet przesłał na początku kwietnia do akademii. Każdy z dostojnych członków ma ją teraz przed sobą.

W tym momencie niemal wszyscy otworzyli plastikowe teczki i spojrzeli na kartki z nazwiskami kandydatów.

– Jak dalej wygląda procedura? – zapytał niepewnie  Erik Lönnroth. – Przepraszam, po roku umknęły mi szczegóły – usprawiedliwiał się jak uczeń.

– Dzisiaj zobowiązani jesteśmy zatwierdzić przedstawionych kandydatów – wyjaśnił mu Sture Allén. – Wobec tego uprzejmie proszę pana Kjella Espmarka o odczytanie ich nazwisk, podając rodzaj twórczości, język oryginalny i kraj, z którym piszący jest związany.

– John Maxwell Coetzee, proza w języku angielskim, Republika Południowej Afryki i Australia – zaczął powoli czytać szef kapituły. – Dario Fo, dramat w języku włoskim, Włochy; Günter Grass, proza w języku niemieckim, Niemcy; Zbigniew Herbert, poezja w języku polskim, Polska; Ryszard Kapuściński, proza w języku polskim, Polska; Imre Kertesz, proza w języku węgierskim, Węgry; Mario Vargas Llosa, proza w języku hiszpańskim, Peru; Vidjadhar Surajprasad Najpaul, proza w języku angielskim, Wielka Brytania; Amos Oz, proza w języku hebrajskim, Izrael; Tadeusz Różewicz, poezja w języku polskim, Polska; Salman Rushdie, proza w języku angielskim, Wielka Brytania; Jose Saramago, proza w języku portugalskim, Portugalia; Wisława Szymborska, poezja w języku polskim, Polska; Tomas Gösta Tranströmer, poezja w języku szwedzkim, Szwecja; Gao Xingjjan, proza w    języku chińskim, Francja i Chiny; Adam Zagajewski, poezja w języku polskim, Polska –  zakończył Espmark. – Szczegółowa charakterystyka kandydatów z ich dokonaniami znajduje się na dalszych stronach dokumentu. Z tej listy w maju wybierzemy pięciu kandydatów.

– Rozpoczynamy dyskusję – ogłosił Sture Allén.

– Chcę się tylko upewnić, czy ta lista nie jest jakimś żartem? – Göran Malmqvist, profesor sinologii, przeszył przenikliwym wzrokiem Kjella Espmarka.

– Nie rozumiem – zaniepokoił się szef kapituły.

– Po wielu miesiącach żmudnej pracy, komitet pod pana wodzą, wybrał piętnaścioro literatów, wśród których jest aż pięcioro Polaków. To trzecia część listy. Ewidentna nadreprezentacja. Czyżby to był jakiś propolski spisek? – zirytował się Malmqvist.

– Z ust mi pan to wyjął – poparł go Erik Lönnroth. – Odnoszę wrażenie, że jest to najazd Polaków na Szwecję – ironizował. –  Może spóźniony rewanż za wojny siedemnastowieczne? 

Żart profesora nie spotkał się z reakcją akademików.

–  Z taaakiej Polski jest na liście aż tylu twórców, natomiast z wielkiej Azji tylko jeden, Gao Xingjjan. To kompletnie zaburzone proporcje – mówił wciąż podenerwowany Malmqvist.

– Co to znaczy „Z taaakiej Pol…” – nie dokończyła pytania pisarka i poetka, Brigitta Trotzig, gdyż wszedł jej w słowo Espmark.

– Z Azji jest nie jeden, lecz dwóch. Pan profesor zapomniał o Amosie Oz z Izraela.

– Kulturowo Izrael bliższy jest Europie – bronił się Malmqvist. 

– Ale co to znaczy „z taaakiej Polski”, panie profesorze? – Trotzig stanowczym tonem ponowiła pytanie. 

– Polska kultura nie dorównuje chińskiej, która ma piękną starożytną tradycję. Chiny jeszcze nie zostały uhonorowane nagrodą, Polska zaś ma kilku noblistów. 

– Argument od rzeczy. Akademia zajmuje się wyłącznie literaturą, nie całą kulturą  – odrzekła ostro. – Druga sprawa; czy mamy stosować kryterium geograficzne? A może językowe? Na liście nie ma też, na przykład, żadnego reprezentanta Francji, choć ten kraj szczyci się wielką literaturą.

– Laureatów z Francji było dużo, bodaj dwunastu – wtrącił się Lönnroth – Natomiast brakuje Rosjanina.

– Tego by jeszcze brakowało – zareagował impulsywnie pisarz, Lars Forssell.

– Szanowny panie, szanowni akademicy, rosyjska literatura jest jedną z                           najwspanialszych na świecie… – powiedział patetycznie Lönnroth.

– Raczej była. I tylko w dziewiętnastym wieku – ktoś rzucił uwagę z drugiego końca stołu.

– My, jako królewska Akademia Szwedzka i spadkobiercy jej tradycji, powinniśmy odczuwać wstyd, bo ja odczuwam, że najwybitniejszy pisarz przełomu wieków, Lew Tołstoj, nie został uhonorowany nagrodą Nobla. Nie wspomnę o Antonim Czechowie – rzekł podenerwowany Lönnroth.

– Dajmy spokój z tymi Rosjanami – podniósł głos Forssell. – Nagrody nie dostali także August Strindberg, Henryk Ibsen, Marcel Proust, Herbert Wells, Alberto Moravia, Erich Maria Remarque, James Joyce…, mam wymieniać dalej? Będziemy rozdzierać szaty z tego powodu? Swoją drogą chcę zauważyć, że nie widzę na liście reprezentanta Ameryki Północnej.

– Ale jest za to przedstawiciel Ameryki Południowej, Vargas Llosa – zażartował Ulf Linde, krytyk sztuki. – Oraz Afryki i jednocześnie Australii, bo Coetzee reprezentuje te dwa kontynenty, zaś pisząc w języku angielskim jest także przedstawicielem Europy. Więc z punktu widzenia wspomnianego kryterium geograficznego najbardziej odpowiednim jest   właśnie on, duchowy rzecznik aż trzech kontynentów, nikt mu nie może dorównać. I pod tym względem jemu najbardziej należy się nagroda – kpił Linde. – Tylko stosowanie takich  mierników jest chore – zakończył poważnym tonem. 

– Dobrze, że pan to podniósł – odezwał się pisarz, Knut Ahnlund. – Akademia przez lata stosowała dziwne kryteria, jak wspomniane przez pana geograficzne, a także inne: polityczne, ideologiczne, językowe, płciowe, patriotyczne, a nawet modowe. Pamiętamy  dobrze modę na literaturę Ameryki Łacińskiej.

– Realizm magiczny – podpowiedział Linde.

– Na przykład. Było wiele krzyków mody w literaturze, którym niestety akademia  czasem ulegała. Jednak najbardziej obrzydliwe były kryteria polityczne. Doskonale pamiętam, jak w roku pięćdziesiątym trzecim, gdy byłem studentem, Winston Churchill, otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie… – tu zrobił krótką pauzę uśmiechając się drwiąco – literatury. Przypomnę, że nie można go było uhonorować pokojową nagrodą Nobla, ponieważ był premierem kraju biorącego udział w wojnie. Najciekawsze jest – ciągnął Ahnlund – że Churchill spodziewał się otrzymania nagrody pokojowej, nigdy zaś nie marzył o nagrodzie literackiej. Po jej otrzymaniu skomentował prześmiewczo werdykt: „Nie wiedziałem, że tak ładnie piszę”.

– Też to pamiętam – Torgny Segerstedt spojrzał aprobująco w stronę Ahnlunda. – Sir Winston zbagatelizował nagrodę, wysyłając po jej odbiór żonę. A my, naiwni głupcy, byliśmy przekonani, że jest to nasz wkład w zwycięstwo nad faszyzmem – rzekł oburzony.

– Jako kraj neutralny nie mogliśmy brać udziału w wojnie, wiemy to doskonale – stwierdził poważnym tonem Sten Rudholm.

– Dziewictwo neutralności zachowaliśmy, ale tylko częściowo – zakpił Segerstedt. – Między nami możemy to sobie powiedzieć, bo moje słowa nie wyjdą poza te mury. Ponoć nie należy szargać świętości, ale gdybyśmy ortodoksyjnie trzymali się tej zasady, tkwilibyśmy w średniowieczu. Ryba śmierdzi od głowy, to znaczy śmierdziała. Pamiętamy dobrze, że sympatykiem III Rzeszy był król Gustaw V, który zachowywał się wobec niej bezkrytycznie. Neutralny kraj, nie biorący udziału w wojnie, wyrażał wielokrotnie zgodę na przejazdy koleją Wermachtu i uzbrojenia do Narwiku…

– I z powrotem. Ale żeby było uczciwie i zgodnie z zasadami neutralności, nasz rząd zgodził się na oddzielny tranzyt żołnierzy i oddzielny ciężkiego sprzętu – Ulf Linde uzupełnił sarkastycznie.

– Fakt – potwierdził Segerstedt. – Ale to mniejszy grzech państwa neutralnego w porównaniu do grzechu głównego, którym było dostarczanie hitlerowskim Niemcom wielkich ilości rudy żelaza i wyrobów przemysłowych, jak na przykład łożysk tocznych do samochodów, samolotów, czołgów i do tysięcy innych urządzeń przeznaczonych do zabijania.

– Szanowny pan profesor zdaje się nie rozumieć złożoności polityki neutralnego państwa, osaczonego przez nazistowską potęgę – zdenerwował się przewodniczący. – Ograniczona współpraca gospodarcza z Trzecią Rzeszą była w tamtym czasie najsłuszniejszym politycznym rozwiązaniem. I koniecznością. Tej oceny nie zmienią moralne dylematy nadwrażliwców, ani krytyczne opinie ekstremistycznych zwolenników neutralności – powiedział zdecydowanie. 

– Odbiegliśmy od tematu. Zanim powrócimy do merytorycznej dyskusji, chcę zaapelować: nie popełniajmy kompromitujących błędów, jak to się zdarzyło parę razy w przeszłości – stwierdził Knut Ahnlund.

– Być może akademii zdarzały się pewne błędy, ale nie kompromitujące –                zaprotestował Allén.

– Oj, panie sekretarzu, popełniała je… – nie zgodził się Ahnlund. – Zapomniał pan chyba, że jedną z pierwszych wątpliwych etycznie decyzji akademii było przyznanie w 1916 roku nagrody swojemu członkowi, Carlowi von Heidenstamowi. Powtórka nastąpiła w roku pięćdziesiątym pierwszym, kiedy nagrodę otrzymał Pär Lagerquist, także członek akademii.  

– Ale to były inne czasy, inne zwyczaje. Wówczas nie postrzegano tego, jako coś wątpliwego czy nagannego – bronił decyzji akademii Lönnroth.

– Pozwoli pan profesor, że dokończę. Otóż po upływie ponad dwudziestu lat, w siedemdziesiątym czwartym, szacowne ciało przyznało ponownie nagrody swoim członkom, pisarzowi Ejvidowi Johnsonowi i poecie Harremu Martinsonowi, którzy poza Skandynawią nie byli znani na świecie. Pamiętamy tę historię. Powstał wielki szum… – mówił Ahnlund.

– Dlatego, że od czasów Heidenstama i Lagerquista wzrosły standardy etyczne,   zwiększyła się wrażliwość społeczna –zauważył ktoś. 

– Sprawa z roku siedemdziesiątego czwartego była kompromitacją Akademii  Szwedzkiej – skonstatował Ahnlud.

– To jest pana pogląd. Akademia miała do tego prawo – stwierdził Espmark, który swego czasu zajmował się twórczością Johnsona i Martinsona i cenił ich dokonania.

– Formalnie tak. Ale czy było to zgodne z taktem, dobrymi zwyczajami i smakiem – w tym momencie Ahnlund podniósł plastikową teczkę wskazując palcem na słowo smak widniejący w godle akademii. – Ten smak odnosi się nie tylko do literatury, ale i do poczynań akademii.

– Proszę, dajmy spokój tej historii – zaprotestował Forssell, który głosował w  siedemdziesiątym czwartym na Johnsona i Martinsona. Podobnie, jak i Lönnroth.

– Ktoś wcześniej wspomniał o kryterium patriotycznym; właśnie wtedy akademia w majestacie prawa, że tak powiem, zastosowała je – ciągnął dalej Ahnlund, nie zważając na protest kolegi akademika. – Był to strzał w kolano, a właściwie w dwa kolana za jednym  zamachem. Johnson i Martinson nie mieli tej klasy, co Erik Karfeldt, świetny poeta i wieloletni sekretarz akademii, który w 1918 lub 1919 roku, już nie pamiętam dokładnie, sprzeciwił się, gdy koledzy akademicy zamierzali przegłosować jego kandydaturę do nagrody; uważał bowiem, że jury nie może honorować swoich członków. Jak wiemy, dopiero w trzydziestym pierwszym roku został pośmiertnie uhonorowany nagrodą Nobla, która mu się należała. 

– Sprostowanie: Karfeldowi nagrodę przyznano za życia, lecz już nie doczekał jej wręczenia – wyjaśnił pisarz, Torgny Lindgren.

– Wszyscy to wiemy. To był skrót myślowy – bronił się Ahnlund. – Chciałem jeszcze dodać, że godne i skromne zachowanie Karfeldta zadaje kłam teorii, że przyznanie nagrody przez akademię swoim członkom w 1916 i 1951 roku było etyczne.

– Jednakowoż Johnson i Martinson byli znakomitymi twórcami – stwierdził Lindgren. – To nie ich wina, że byli Szwedami.

– Otóż to! – Forssell podchwycił jego słowa. – Przez pamięć dla tych wybitnych literatów raz jeszcze proszę o nie roztrząsanie ich przypadku. Czyż nie pamiętacie, że z powodu zmasowanej ohydnej krytyki, cztery lata po nagrodzie, Martinson, będąc w depresji, popełnił samobójstwo? – rzekł łamiącym się głosem. 

– Jeśli więc ktoś ma znowu popełnić samobójstwo, to dla świętego spokoju proponuję przyznać od razu, przez aklamację, nagrodę naszemu znakomitemu poecie Tomasowi Tranströmerowi – powiedziała sarkastycznie pisarka, Gunnel Vallquist.  

Część zebranych spiorunowała wzrokiem akademiczkę Vallquist.

– Przerywam dyskusję – zawołał Allén. – Zanim przystąpimy do głosowania, ad vocem dodam, że powinien nam przyświecać wzór wielkiej pisarki Selmy Lagerlöf, która najpierw otrzymała laur noblowski, a dopiero parę lat później została wybrana do akademii.

– Tak, właśnie tak –szepnął ktoś pod nosem, chociaż jego głos był wyraźnie słyszany.

– Zarządzam jawne głosowanie – ogłosił przewodniczący. – Kto jest za przyjęciem listy piętnaściorga kandydatów do nagrody?

Sture Allén zliczył podniesione ręce.

– Dwunastu jest za, jedna osoba przeciw i jedna wstrzymała się – oznajmił, zapisując wyniki głosowania. – Niniejszym ogłaszam, że wykaz piętnaściorga kandydatów został zatwierdzony. Spotkamy się na majowym posiedzeniu, na którym wybierzemy pięć osób kandydujących do nagrody.

MAJ

– Przypomnę, że mamy już piętnaścioro kandydatów – stwierdził po przywitaniu się Sture Allén.

– Ale dyskusji merytorycznej było, jak na lekarstwo – zauważył kąśliwie Malmqvist.

– Protestuję. Ostatnia wymiana zdań była cenna, ponieważ ukazała ciemniejsze strony działalności akademii – włączył się do rozmowy Knut Ahnlund. – Ku pamięci i przestrodze.

– Właśnie, te ciemne strony… – zabrała głos Gunnel Vallquist. –  Może wreszcie udałoby się nam ich uniknąć? Nie patrzmy więc na to, kto jakie państwo reprezentuje, z jakiego kraju pochodzi, w jakim pisze języku, jakie ma poglądy polityczne, społeczne, religijne, czy Bóg wie jakie. Spójrzmy na istotę sprawy, na literaturę. 

– Banały, banały – zirytował się Lönnroth. – To już stało się nudne.

– Nie jesteśmy klubem towarzyskim, aby na sedno sprawy patrzeć w kategoriach nudy, czy rozrywki. To są kwestie fundamentalne – podniosła głos Vallquist. – Mówimy o nich rokrocznie i za każdym razem je łamiemy.

– Pełna zgoda – poparł ją Espmark. – Po II wojnie światowej akademia faworyzowała pisarzy lewicowych, na przykład Hermanna Hesse, Andre Gide’a, Thomasa Eliota, Wiliama Faulknera, czy Gabriela Marqueza. Nie wspomnę o komuniście Pablo Nerudzie. 

– Ale nie można ich wrzucać do jednego worka z czerwoną etykietką. Po drugie, ich twórczość zasługiwała na najwyższe laury – stwierdziła Katarina Frostenson. 

– Tak samo, jak Jorge Luisa Borgesa, który z powodu swoich prawicowych sympatii nie miał szans na nagrodę – zauważył Espmark. 

– Bo się spotkał z generałem Pinochetem – ktoś rzucił cicho komentarz, po czym zaśmiał się drwiąco, a kilka osób mu zawtórowało.

– Josif Brodski zadaje kłam waszej wątpliwej teorii, że twórcy o sympatiach prawicowych byli pomijani przez akademię – Frostenson spojrzała przenikliwie na Espmarka. – A co do Marqueza, czy pan przypadkiem na niego nie głosował?  

– To ma być zarzut? – zdziwił się Kjell Espmark. – Jest coś takiego, jak tajemnica  głosowania, młoda koleżanko – rzekł protekcjonalnym tonem. 

Po chwili ciszy Gunnel Vallquist nawiązała do poruszonego przez siebie wcześniej tematu. 

– Uparcie powracam do najważniejszego wymogu, którym jest wartość literatury, jej piękno, geniusz i smak. Te dwa ostatnie słowa są przecież mottem naszej akademii, czy już naprawdę wszystkich opanowała skleroza – zdenerwowała się. 

– Nikt nie zapomniał o motcie – zaprotestował Sten Rudholm.

– O motcie – nie, ale o jego stosowaniu – tak – wtrącił uwagę kpiarskim tonem Ahnlund. 

– Mówiąc o wartości literatury, muszę przypomnieć oczywistą prawdę, że nagroda przydzielana jest za prozę lub poezję – powiedziała Vallquist. – Choć nie jestem biegła w statystyce, to pamiętam, że od 1901 roku na prawie dziewięćdziesięcioro laureatów było ponad siedemdziesięcioro prozaików, czyli poeci stanowili zdecydowaną mniejszość. Oczywiście nie jestem za symetryczną równością w przyznawaniu laurów, bo życie jest bardziej skomplikowane od arytmetyki. Ale jeżeli pojawiają się genialne utwory poetyckie rok po roku, nie możemy ich lekceważyć.

– Wszystko to prawda, ale żaden z członków gremium do tej pory nie zająknął się słowem o kandydatkach kobietach, a właściwie o kobiecie, gdyż na tym etapie procedowania została tylko jedna, Wisława Szymborska – Brigitta Trotzig powiedziała przekonywująco.

– Dziękuję, pani Brigitto. Czekałam na te słowa – Gunnel Vallquist była usatysfakcjonowana. – Prawdziwym dramatem jest, że w prawie stuletniej historii literackiej nagrody, otrzymało ją zaledwie osiem kobiet. Wstyd.  

– A to ciekawe… – zauważył zgryźliwie Knut Ahnlund, jakby przyłapał ją na gorącym uczynku. – Szanowna pani niedawno opowiadała się za wartością literatury, a teraz zamierza w swoim wyborze zastosować kryterium płci, czyli miernik poza merytoryczny. To brak logiki.

– Jedno nie przeczy drugiemu. Wartość literatury jest najważniejsza, zaś dobrze pisząca kobieta łączy w sobie te dwa kryteria. Po latach dyskryminacji kobiet wyróżnik płci nie jest już kwestią pozamerytoryczną. 

– Rozumiem. Jedność przeciwieństw – Ahnlund wciąż mówił ironicznie. – Stara marksistowska zasada. Piękny sofizmat, niemal jak każda kobieta.

– Zgadzam się z panią Gunnel Vallquist – odezwała się Katarina Frostenson.            – Równouprawnienie płci wznosi się ponad wszelkie kryteria i musi być brane pod uwagę w naszych rozważaniach – mówiła energicznie. – Nie możemy sobie pozwolić na marginalizowanie, lekceważenie, a tym bardziej dyskryminację kobiet. Panowie, zwracam się do was, bo do kobiet nie muszę; sprawa równego traktowania płci jest papierkiem lakmusowym demokratycznego społeczeństwa. Akademii nie wolno pomijać kobiet. Oczywiście obdarzonych talentem. Jak już stwierdziła Brigitta Trotzig, na tej liście jest tylko jedna               reprezentantka płci pięknej, której poezja jest arcygenialna.

– Literatura jak każda sztuka, nie może kierować się zasadami demokratycznymi, szanowna pani Katarino – nie składał broni Ahnlund. – Nie jestem antyfeministą, ale muszę przypomnieć starą prawdę, że sztuka jest arystokratyczna, nie znosi równości, sprawiedliwości, równouprawnień, parytetów i innych wag. Jeśli poddamy się naciskom poprawności, lepiej zlikwidować akademię. Albo proponuję zrezygnować z udziału w niej.

– Brawo, brawo – odezwało się kilka męskich głosów.

– Trzy lata temu przyznaliśmy noblowski laur amerykańskiej czarnoskórej feministce, Tony Morrison – włączył się do dyskusji Torgny Lindgren. – Za jednym pociągnięciem  spełniliśmy kryterium równouprawnienia płciowego oraz walki z dyskryminacją rasową, o której do tej pory nie wspominaliśmy – rzekł ironicznie. – Akademia zachowała się wówczas szalenie poprawnie. Tylko nie jestem pewny, czy za wspomnianym przez kolegę Ahnlunda, modnym dyktatem poprawności – który jest kolejnym fałszywym kryterium – nadąża geniusz literatury; w tym momencie abstrahuję od Tony Morrison, której twórczość cenię. Chodzi mi tylko o to, aby skądinąd słusznych kwestii, jak na przykład równouprawnienia płci, nie wykorzystywać jako narzędzia nacisku. Nie mogę się na to zgodzić. 

– Dodam jeszcze jedno kryterium wykraczające poza wspomniane zasady, a raczej wyróżnik, którym jest… kompromitacja – zabrał głos Östen Sjöstrand, poeta i pisarz. – Jak już to zostało powiedziane na poprzednim posiedzeniu, akademia w swojej historii wielokrotnie skompromitowała się. Tym samym blamaż przypadł w udziale także królowi i królestwu. Na świecie Szwecja uchodzi za wzór państwa sprawiedliwości społecznej, tolerancji, uczciwości, niemal powszechnej dobroci. Lecz sami wiemy najlepiej, jak wygląda prawda; jesteśmy zniewoleni poprawnościowymi standardami, żyjemy w zakłamaniu i nieładzie moralnym…

Po jego słowach nastała przejmująca cisza.

– Moi drodzy – przerwał ją Forssell – pozwólcie, że powrócę do tematu polskich kandydatów, bo wydaje mi się, że go nie wyczerpaliśmy. Nikt bowiem nie wytłumaczył jasno dlaczego, aż tylu ich znalazło się na tej kartce – podniósł ją do góry, pokazując niczym dowód w sprawie. – W otrzymanym opracowaniu nie znalazłem na to jasnej odpowiedzi.

– To proste – zabrał głos Kjell Espmark. – Wszyscy oni są prześwietnymi twórcami. Nawet jeśli któryś z nich, jak Kapuściński, nie zajmuje się pisaniem powieści, dramatów, czy wierszy, to jego proza reportażowa zasługuje na najwyższe uznanie ze względu na zawarte w niej głębokie przesłanie i wartości humanitarne. Nie tylko od czasów Miłosza, który otrzymał nagrodę szesnaście lat temu, ale już znacznie, znacznie wcześniej poezja naszego zamorskiego sąsiada osiągnęła najwyższy światowy poziom. I na tym pułapie wciąż się utrzymuje. Mało jest poetów z innych krajów, którzy dorównują strofom Szymborskiej, Różewicza, Herberta, czy młodszemu od nich Zagajewskiemu. Nie wspomnę o pozostałych znakomitych poetach, jak Lipska czy Kornhauser, których nie ma na liście kandydatów. Polska literatura, a szczególnie poezja, jest niebywale różnorodnym, olśniewającym bukietem kreacji. Twórczość jednych to prosty, jasny przekaz, klarowny język. Inni poeci zachwycają strofami upominającymi się o przywrócenie człowiekowi poczucia harmonii świata i istnienia, zachwycają strofami stale wzywającymi do wierności powołaniu człowieka, a jeszcze inni z subtelną ironią i filozoficzną głębią ukazują mistrzowsko ludzką naturę oraz podejmują próbę realizacji wartości nieosiągalnych.

– Z tym Kapuścińskim to chyba jakaś pomyłka… – odezwał się ostro profesor Malmqvist. – Przecież reportaże nie są brane pod uwagę?

– Książki Kapuścińskiego, to coś więcej niż reportaże – bronił go z przekonaniem Espmark. – To literatura najwyższych lotów, on pokazał światu z zupełnie nieznanej perspektywy Afrykę i Amerykę Łacińską. Na przykład Cesarz to arcydzieło. 

– Pan nawet umierającego przekona, że się dobrze czuje – zauważył Malmqvist, który stracił ochotę na polemikę.

Kilku akademików uśmiechnęło się.

– A ten pajac, Dario Fo, w jaki sposób znalazł się na liście? – rzucił pytanie bez adresata Erik Lönnroth. – To jest dopiero pomyłka.

– Popieram w całej rozciągłości – przyłączył się do krytyki Göran  Malmquist.

– Panowie profesorowie… – Kjell Espmark zwrócił się w ich stronę – Fo jest                 świetnym dramaturgiem. Jako jeden z nielicznych pisarzy dostrzegł godność uciskanych. Jego twórczość jest oryginalna… Natomiast to, że jest równocześnie aktorem przedstawiającym czasem na scenie facecje, nie może wpływać na ocenę jego twórczości. Nie mylmy tych dwóch spraw.

– Zgodziliśmy się, że nie będziemy szczegółowo zajmować się kandydatami. Zresztą nie ma na to czasu – rzekł Allén. – Proszę zatem napisać pięć nazwisk na karteczkach, które za chwilę zbiorę.

Stały sekretarz napisał szybko swoje propozycje na kartce, którą położył na srebrnej tacy, po czym ruszył z nią dookoła długiego stołu. Każdy kładł kartkę odwracając ją pismem do dołu. Po zebraniu wszystkich głosów Sture Allén przekazał je przewodniczącemu kapituły Espmarkowi, który wespół z pozostałymi członkami tego ciała, przeszedł do owalnego stołu stojącego w kącie sali, by zliczyć głosy. Po upływie kilku minut członkowie kapituły zakończyli pracę i zajęli swoje fotele przy dużym stole. Kjell Espmark wręczył stałemu            sekretarzowi listę kandydatów.

– Oto wyniki głosowania – przemówił pewnym głosem Sture Allén. – Günter Grass – czternaście głosów;  Imre Kertesz – czternaście, Wisława Szymborska – czternaście, Jose    Saramago – trzynaście i Fo Dario – dwanaście głosów. 

– Jednak ten klaun przeszedł – złapał się za czoło Erik Lönnroth. 

Kilku akademików zaśmiało się ze sztubackiej uwagi profesora.

– Szanowni koledzy… – kontynuował sekretarz.

– …I koleżanki – Gunnel Vallquist uzupełniła wypowiedź sekretarza, uśmiechając się do niego sarkastycznie.

– Przepraszam. Szanowne koleżanki, szanowni koledzy! – poprawił się Allén. – Gwoli spełnienia wymogów procedury przypominam, że od czerwca do końca września mamy czas na zapoznanie się z twórczością wybranej piątki. Spoczywa na nas obowiązek przygotowania na posiedzenie powakacyjne, raportu na temat każdego kandydata. Zatem życzę wszystkim dobrego wypoczynku.

PAŹDZIERNIK

– Kochanie, ile można czekać na tę kawę? – zwróciła się do męża, Jean-Clauda Arnault, zniecierpliwiona Katarina Frostenson, która w salonie siedziała z Brigittą Trotzig. 

– Katie, ja się nigdzie nie spieszę – powiedziała łagodnym tonem Brigitta, która przyszła w odwiedziny do swojej młodszej o pokolenie przyjaciółki.

Nagle w kuchni rozległ się brzęk rozbitej porcelany.

– Rozlała mi się, przepraszam. Narobiłem bałaganu – odezwał się z kuchni podenerwowany mąż, zbierając z podłogi potłuczoną filiżankę i wycierając kałuże kawy. – Za chwilę zrobię nową.

Brigitta siadając na fotelu blisko stolika, zauważyła wśród kilku książek Utopia Wisławy Szymborskiej. Rozłożony tom leżał grzbietem do góry. 

– Widzę, że nie rozstajesz się z wycinankami Polki – zażartowała wskazując na  okładkę jej zbioru wierszy.

– Są fantastyczne. Przy niej czuję się marną poetką. Mogłabym jej buty czyścić.

– Nie mów tak, twoja poezja jest naprawdę świetna – pocieszała ją Trotzig. – Jesteś jeszcze młoda.

– Pamiętam, jak trzy lata temu byłam na jej wieczorze autorskim w Teatrze Dramaten – mówiła Frostenson. – Miałam przy sobie jej pierwszy, wydany u nas tomik Nic dwa razy…

– Tłumaczył go Bodegård? – nie była pewna.

– Nie. Per-Arne Bodin i Roger Fjelleström.

– Żałuję, że nie byłam – weszła jej w słowo przyjaciółka.

– Na widowni był też Sjöstrand…

– Przypomnij mi o nim później, coś ci powiem – Trotzig dotknęła delikatnie jej przedramienia. – Przerwałam ci, przepraszam.

 – W teatrze przeżywałam sprzeczne stany, z jednej strony uwielbienie dla fantastycznej poezji i uznanie dla autorki, z drugiej męczyła mnie myśl, że poziomu jej twórczości nigdy nie osiągnę.

– Katie, nie dręcz się tym –próbowała ją uspokoić Brigitta. 

– Rozumiem, że będziesz na nią głosować? – Frostenson zmieniła temat. 

– Na posiedzeniach dużo mówiliśmy o różnych kryteriach przyznawania nagrody, mających niewiele wspólnego z literaturą. Trotzig zdawała się nie słyszeć jej pytania. – Ale jakoś nikt nie wspomniał, że w akademii powstała kiedyś ciekawa myśl, aby popierać małe literatury, małe języki niedużych narodów, jak na przykład: grecki, czeski, polski, węgierski, czy nasze języki skandynawskie. Żeby nagroda była przeciwwagą dla światowej hegemonii kultury posługującej się angielskim. Kiedyś mówił o tym Gyllensten, ale niestety od kilku lat nie uczestniczy już w posiedzeniach akademii. 

– Dlaczego nie powiedziałaś o tym podczas obrad? – zapytała.

– Zapomniałam. Muszę sobie zapisywać takie rzeczy – zaśmiała się Brigitta.

– Co do pamięci… Też przypomniałam sobie o różnych sugestiach, naciskach, które mają wpływ na akademików. Możemy to sobie szczerze powiedzieć.

– Ze strony mediów?, dziennikarzy?, krytyków? – dopytywała.

– Ze wszystkich stron. Myślę także o naciskach wpływowych osób z krajów zainteresowanych nagrodą, o czym mało wiemy, bo my nie jesteśmy obiektem ich zainteresowań – zauważyła Frostenson.

– Raczej są to rozmowy sondażowe ambasadorów, bądź innych osobistości, z niektórymi ważnymi akademikami.

– Na szczęście do nich nie należymy – stwierdziła ironicznie Katarina.

– Właśnie – zgodziła się z nią Trotzig. – Dawniej może to miało jakieś znaczenie, ale teraz? Nie sądzę.

 – Będziesz głosować na Szymborską? – Frostenson powróciła do wcześniejszego pytania.

– Obawiam się, że nie wygra z Grassem. Jest nas mało, bo tylko trzy kobiety. Same nie damy rady. 

– Mówisz, jakby to była walka między mężczyznami i kobietami, a wcześniej kładłaś nacisk na merytoryczne kryteria przyznawania nagrody. Czegoś tu nie rozumiem?

 – Tę sprzeczność zauważył już Knut Ahnlund, pamiętasz? Akademia jest niekonsekwentna. Sama też nie jestem konsekwentna. Niby są ustalone zwyczajem mierniki merytoryczne, ale jednak w pewnych sytuacjach górę biorą inne sprawy, jak polityka, poprawność, moda na jakąś literaturę, przeciwstawianie się nierównościom: dyskryminacji, rasizmowi, nietolerancji… Rozumiesz? Zresztą niepotrzebnie to powtarzam, bo wałkowaliśmy te sprawy. Jednak tych niemerytorycznych czynników nie da się zlekceważyć – tłumaczyła z przejęciem Trotzig.

– Póki co, fakty są brutalne: w akademii przewaga ilościowa mężczyzn nad nami jest miażdżąca – skonstatowała Frostenson.

– Arytmetycznie tak. Jednak nie demonizujmy tego. Wielu mężczyzn poprze                Szymborską, jak Linde czy Forssell. Spróbuję też przekonać Lindgrena. 

– A Sjöstranda?

– Jego nie trzeba przekonywać. Spotkał się z nią wtedy, w dziewięćdziesiątym trzecim, za wstawiennictwem Bodegårda. 

Mina Katariny zdradzała, że informacja ta zaskoczyła ją.

– Nie wiedziałaś o tym? – zdziwiła się Brigitta.

– Jesteśmy małym środowiskiem, a jednak wielu rzeczy o sobie nie wiemy. Aha… – przypomniała sobie – miałaś mi coś o nim powiedzieć.

– No właśnie. Dykteryjka niemająca nic wspólnego z literaturą, dotycząca kraju Szymborskiej. A może mająca… – zawahała się. – Otóż Östen Sjöstrand jadąc na Jasną Górę…

– Gdzie to jest? 

– W Polsce. Największe w tej części Europy sanktuarium katolickie. I dawna twierdza. W siedemnastym wieku nasze wojska oblegały ją – tłumaczyła Brigitta.

– Kojarzę. Częstochowa.

– Tak. I gdy tam jechał, miał wypadek, wypadł z trasy. I wiesz, kto go uratował? – Trotzig nie czekając na jej odpowiedź, kontynuowała – ZOMO, najbardziej znienawidzona w Polsce formacja reżimowej policji – zakończyła wypowiedź głosem, w którym pobrzmiewał dramatyzm i zarazem uznanie.

– Interesujący przypadek. Może cud? Szkoda, że Szymborska nie jest wierząca… – powiedziała pół żartem pół serio.

– Katerina! – Brigitta zgromiła ją wzrokiem. – Wiesz przecież, że nie przepadam za tego typu żartami.

– Przepraszam. Szanuję twój katolicyzm – usprawiedliwiała się. 

– Ona jest obojętna religijnie, jednak jest zanurzona w tradycji katolickiej.

– Fakt. Niektóre jej wiersze są transcendentalne – potwierdziła Frostenson.

– Cieszę się, że podobnie myślimy. Jej poezja jest nasycona głęboką duchowością. Jak już mówimy o tych kwestiach, to powiem ci, że Lindgren też jest katolikiem… 

– Coś mi się obiło o uszy. Ale… – zastanowiła się dłuższą chwilę, żeby znowu jej nie urazić – nie przesadzasz z tym katolicyzmem?

– Sama nie wiem… – opanowały ją wątpliwości. – W przypadku Lindgrena myślałam o dodatkowym głosie oddanym na Szymborską.

– Jeśli jeszcze uda nam się przekonać Ahnlunda i Alléna, będziemy miały szansę. 

W tym momencie pojawił się z filiżankami kawy na tacy Jean-Claude Arnault, który z kuchni przysłuchiwał się rozmowie.

– Wierzę, że wasza frakcja zwycięży – Arnault postawił tacę na stoliku i pocałował żonę w skroń. – Więc Szymborska? – dopytywał.

– Serce mi podpowiada, że ona, a rozum mówi, że będzie trudno – odpowiedziała niepewnie

Członkowie akademii stali w kilku grupkach na korytarzu. Główne drzwi wejściowe do białej sali z pozłacanymi ornamentami były już otwarte, lecz nikt nie spieszył się z wejściem. Pozostało jeszcze trochę czasu do rozpoczęcia posiedzenia. Przy oknie w głębi korytarza, rozmawiali Erik Lönnroth i młodszy o pokolenie Kjell Espmark.

– Słyszał pan o artykule zamieszczonym swego czasu w Dagens Nyheter na temat kraju Szymborskiej? – zapytał Lönnroth

– Oczywiście. To było dość dawno.

Tekst w negatywnym świetle przedstawiał Polskę, a byłego prezydenta, Lecha Wałęsę, ukazał jako autorytarnego chama. 

– Nie podobał mi się ten artykuł – przypomniał sobie Espmark. – Operował             wyświechtanymi kliszami.

– Potem w kilku programach telewizyjnych pokazano mieszkających u nas Polaków. Większość z nich to osoby pracujące na czarno, na przykład handlarze wódką, a sporo dziewczyn to panienki lekkich obyczajów. Polskę przedstawiono jako brzydki kraj pełen    pijaków i staroświeckich zakonnic.

– Oglądałem. Obrzydliwe, tendencyjne programy. 

– Już nie wiem, co mam myśleć o Szymborskiej – był wyraźnie zmartwiony.

– A co to ma wspólnego z nią i jej poezją? – zdziwił się Espmark.

– Zna pan to: „Chcesz zrozumieć poetę, poznaj jego kraj”; Wer den Dichter will verstehen, / Muss in Dichters Lande gehen” – Lönnroth popisał się oryginalnym cytatem?

– Panie profesorze, przecież jestem historykiem literatury… – rzekł pobłażliwym tonem. – Cytując Goethego myślał pan chyba o jej poetyckich agitkach z okresu stalinizmu, z którymi już od dawna się nie utożsamia i których nigdy po raz drugi nie wydała. 

– Błędy młodości?

– Nie. Ona z przekonaniem, choć wydaje mi się, że naiwnie, wierzyła w nowy ustrój przeszczepiony siłą przez Moskwę, ale potem straciła tę wiarę. I już nigdy później nie wikłała się w politykę.

– Więc nie muszę rozumieć Polski, żeby zrozumieć jej poezję?

– Wiersze Szymborskiej mają niewiele wspólnego z jej krajem. Są ponadczasowe,  ponadustrojowe, aideologiczne.

– Po tych programach wciąż jestem niespokojny, nawet rozdrażniony. Czy nasza telewizja może kłamać? – dziwił się naiwnie staruszek.

– Czytał pan artykuł Andersa Bodegårda?

– Nie.

– Otóż w odpowiedzi na te zdeformowane telewizyjne reportaże, napisał tekst Czy z Polską jest coś nie tak? Zaczął o tego, że Szwedzi nie zawsze mieli powody do wywyższania się, bo jeszcze w latach dwudziestych naszego wieku, ciotki jego ojca wyjeżdżały z biednej Smålandii do Warszawy usługiwać i sprzątać u Polaków. Po czym zadał naszym rodakom przykre pytanie; czy dla polepszenia samopoczucia i wzmocnienia mitu na temat własnej  doskonałości, niezbędny jest nam czarny obraz Polski i Polaków? 

– Dobrze pamiętam czasy dzieciństwa – uspokoił się nieco Lönnroth – gdy dwaj wujkowie wyjechali za chlebem do Ameryki, bo w kraju ledwo wiązali koniec z końcem.  

– My nie jesteśmy lepsi od innych nacji, choć świat postrzega nas wyjątkowo pozytywnie, o czym wspomniał Sjöstrand. Powinniśmy się wstydzić za wiele rzeczy, na przykład za Młodzież Nordycką podczas wojny, która do złudzenia przypominała Hitlerjugend, czy za prowadzoną jeszcze do siedemdziesiątego piątego roku przymusową sterylizację kobiet uznawanych za nieodpowiedni materiał na matki. 

– Co pan mówi? Jaka sterylizacja? Pierwsze słyszę… – Lönnroth był zaskoczony.

– W rodzinie mam lekarza, który się tym zajmował. Ta praktyka była utajniona. I wciąż jest owiana ciemną mgłą tajemnicy, ale wiem, że ktoś zamierza ją ujawnić.

– Jestem wstrząśnięty tym, co pan powiedział –stwierdził łamiącym się głosem.

 – U nas sterylizacja? – nie dowierzał.

– Niestety. O tym będzie się jeszcze mówiło, nie teraz, ale za jakiś czas. Tak jak o alkoholizmie, który trawi społeczeństwo od wielu lat – stwierdził Espmark.

– To nasze kolejne nieszczęście. A zakazy niewiele dają.

– Nawiasem mówiąc polski dyplomata z osiemnastego wieku, Jan Albertrandi zanotował, iż używanie gorzałki u nas jest tak powszechne, że dotyczy nawet kobiet i dzieci. Cóż za paradoks w zestawieniu z programami o pijanych Polakach… Nie ma więc, co się przejmować dziennikarskimi manipulacjami, panie profesorze – podsumował Espmark.

– A ja naiwny, głupi starzec, wierzyłem, że Szwedzi są uczciwi. Przecież od pokoleń było u nas tak, że pozostawiona gdzieś, czy zgubiona rzecz leżała tygodniami, a nawet miesiącami i nikt jej nie ruszał. 

– Ja to jeszcze pamiętam. Te dobre czasy się jednak skończyły. Dogoniliśmy świat, niestety.

– Czyli… mogę z czystym sumieniem głosować na Polkę? – Zapytał Lönnroth.

– Jak na każdego z piątki kandydatów. 

– A pan? Przepraszam, może nie powinienem zadawać tego pytania.

– Jeszcze się waham, podejmę decyzję tuż przed oddaniem głosu – stwierdził niepewnie Kjell Espmark.

Kilka kroków od  nich, w kręgu  poetów stała Brigitta Trotzig z  Forssellem, Sjöstrandem i krytykiem sztuki, Ulfem Linde. Mówiła do nich głosem pełnym temperamentu:

– W jej sposobie widzenia świata i człowieka, jest dużo elementów pokrewnych duszy skandynawskiej. Prostota języka, klarowność, siła poetyckiego spojrzenia, nienachalna ironia, powściągliwość i wrażliwość w wyrażaniu uczuć są dominantami tożsamymi z naszą umysłowością i naturą. 

– Po wizycie w Polsce ostatecznie przekonałem się, że jej charakter pisma poetyckiego jest pokrewny naszym duchowym znakom runicznym – stwierdził Sjöstrand. 

– Jej wiersze są pisane z niebywałą perfekcją słowa, są mistrzowsko wycyzelowanymi obrazami – włączył się do dyskusji Linde.

– To wszystko dzięki wybornemu przekładowi Andersa Bodegårda  – mówił z zachwytem Sjöstrand. – Wiersze czytałem także po francusku i niemiecku, tłumaczenia te są świetne, ale nasze jest doskonałe.

– A więc Szymborska! – podsumowała Trotzig.  

– Szymborska – potwierdził Sjöstrand.

– Chyba tak – powiedział niepewnie – Forssell. – Na pewno – poprawił się.

– Tylko ona – zapewnił Linde.

Gdy podszedł do nich Torgny Lindgren, rozmowy ucichły. Przywitał się ze wszystkimi, zaś na Brigitcie Trotzig zatrzymał dłużej wzrok, uśmiechając się przyjaźnie.

– Domyślam się, że wymieniacie swoje typy? – zapytał. 

Zebrani kiwnęli potakująco głowami.

– Zapytam bez owijania w bawełnę: głosujecie na pisarza?

– Odpowiem bez owijania w bawełnę: nie – odrzekł Sjöstrand.

– Na dramaturga też raczej nie? – dociekał pisarz.

– Raczej nie – odpowiedział.

Nastała chwila ciszy. Kilka osób spojrzało po sobie, czekając w napięciu na reakcję Lindgrena.

– Dziękuję za szczerość – stwierdził. – Również zagłosuję na Szymborską.

Brigitta Trotzig odetchnęła z ulgą. Otaczający ją  mężczyźni spojrzeli na siebie porozumiewawczo. 

– Nas pięcioro to jednak za mało, aby mogła wygrać – Sjöstrand zmartwił się. 

– Zapomniał pan o kobietach. Trzy panie i wasza czwórka – Trotzig spanoramowała wzrokiem mężczyzn  – to duża siła, lecz wciąż nie wystarczająca.

– Porozmawiam z moim rówieśnikiem, Sture Allénem – zaproponował Linde. 

– Jestem pewny, że się zgodzi – poparł jego pomysł Sjöstrand.

– Nie jestem o tym przekonany – Forssell był sceptyczny. – Ale próbować trzeba.

Linde rozejrzał się i dostrzegł stojącego samotnie, przed wejściem do sali, Alléna. Podszedł do niego szybkim krokiem, by zdążyć porozmawiać z nim jeszcze na korytarzu.

– Zwolennicy Güntera Grassa, Rudholm i Ahnlund, na pewno nie zdołają zebrać większości – Sjöstrand zwrócił się do Brigitty Trotzig.

– W tym nasza nadzieja – zgodziła się. – Jednak byłabym ostrożna z używaniem wyrażenia: na pewno, bo podczas głosowania wszystko może się wydarzyć.

– Nasza koalicja nie jest więc pewna? – nabrał wątpliwości Forssell.

– Nie mówmy o koalicji. Łączy nas podobny sposób myślenia, podobna wrażliwość i tego się trzymajmy – powiedziała przekonywująco Trotzig.

 – Może będzie nas więcej – zauważyła wracającego z negocjacji Lindego.

– I jak? – Zapytali go niemal wszyscy jednocześnie.

– Allén ceni jej poezję, ale nie chciał się opowiedzieć zdecydowanie za nią – rzekł      niezadowolony. 

– W drugiej turze głosowania, jeśli do niej dojdzie, poprze Szymborską.

– Niedobrze – posmutniała Trotzig. – Potrzebujemy dziesięciu głosów.

– Ilu jest nas dzisiaj? – zapytał Linde i wyciągnął głowę nad kręgiem zebranych, jakby chciał zliczyć obecnych.

– Czternaścioro, jak poprzednio – odpowiedział mu Allén, który niespodziewanie pojawił się przy nich. 

– Nieobecni są Kerstin Ekman i trzej staruszkowie: Aspenström, Gyllensten i Edfeld.

  – Jednak się zdecydowałeś, to miło. Ale z tymi staruszkami chyba przesadziłeś – udał oburzonego najstarszy z grupy Sjöstrand.

– Sam jestem już dość stary, więc mam prawo tak mówić – Allén zaśmiał się rubasznie i spojrzał na starszego kolegę, który odwzajemnił jego reakcję wymuszonym uśmiechem.

– Nie o tym teraz mowa, panowie – zirytowała się Trotzig.

 – Przy czternaściorgu obecnych, większość absolutna to dziesięć osób. Brakuje nam jeszcze kilku zwolenników.

– Nas policzyliście? – Upewniła się Gunnel Vallquist, która podeszła do nich wspólnie z Katariną Frostenson.

– Was w pierwszej kolejności. Wszystkie kobiety nasze są – powiedziała sentencjonalnie Brigitta Trotzig. 

– Od nas się zaczęło i tę ostatnią rundę zakończymy sukcesem. Prawda, panowie? – spojrzała na stojących wokoło mężczyzn, uśmiechając się triumfalnie.

– Znaleźliśmy się w Edenie Szymborskiej, skuszeni urodą jej wierszy, więc nie pozostaje nam nic innego, jak do końca zjeść jabłko z drzewa jej poezji, podane przez piękną Ewę, to znaczy Brigittę – stwierdził żartobliwie Linde, patrząc ufnie na Trotzig.  

Pisarka zamierzała już skarcić go groźnym spojrzeniem, lecz widząc jego rozbawioną minę, mimowolnie się uśmiechnęła.

Sten Rudholm i Torgny Segerstedt szli powoli w kierunku sali obrad. Wtem zatrzymali się przy grupie Brigitty.

– Widzę i słyszę, że spiskujecie – Rudholm zwrócił się do nich żartobliwym tonem.

– Rozmawiamy o pogodzie i… innych trudno przewidywalnych zjawiskach                 – odpowiedziała wymijająco Trotzig.

– Czy wasza kandydatura jest zgodna z typowaniami dzisiejszych gazet? – zapytał    Segerstedt.

– Nie zaglądałem do gazet, żeby się nie sugerować nazwiskami wyciągniętymi z kapelusza – odrzekł Forssell.

– Niestety trzy dzienniki podały trafnie większość nazwisk z naszej piątki kandydatów – powiedział zmartwionym głosem Rudholm. 

Sture Allén uśmiechnął się dyskretnie pod nosem.

– Był chyba przeciek – stwierdziła Gunnel Vallquist. – A wydawało mi się, że             wszyscy członkowie są ludźmi honoru.

– Nie lekceważmy inteligencji dziennikarzy śledzących od lat prace akademii – włączył się do rozmowy Forssell. – Parę razy zdarzyło się, że ich przypuszczenia były trafne. Może i tym razem ich wiedza, wsparta intuicją, dała taki wynik.

– Tu nie ma mowy o intuicji – stwierdził Ulf Linde. 

– Jakie to były nazwiska? – zaciekawiła się Vallquist.

– Proszę wybaczyć, ale musimy już wchodzić do sali – Rudholm wydawał się być podenerwowany. 

– Tylko zabiorę wam jednego spiskowca – klepnął po barku Sture Alléna – bo mamy coś jeszcze do omówienia.

 –  Rudholm ze Segerstedtem i Allénem opuścili krąg sympatyków Szymborskiej i poszli w kierunku otwartych dwuskrzydłowych drzwi.

– Grass, Szymborska i Saramago – Katarina Frostenson wymieniła dziennikarskie typy. 

– Gazetom trafiło się, jak ślepej kurze ziarno – stwierdziła Vallquist.

– To nie tak. Myślałem, że znacie kulisy tego procederu – zdziwił się Linde. 

– Jakiego procederu? – Trotzig była zaskoczona.

– Kilka dni przed wyborem laureata stały sekretarz spotyka się dyskretnie z kilkoma redaktorami najważniejszych mediów i przekazuje im nazwiska pod przysięgą zachowania tajemnicy. Gazety i telewizja muszą mieć czas na zebranie materiałów i przygotowanie artykułów – tłumaczył Linde.

– To naruszenie przysięgi członka akademii – Brigitta była poruszona tą informacją.

– Formalnie sekretarz nie zdradza tajemnicy. Redaktorzy pokazują mu kilka kartek z różnymi nazwiskami, zaś sekretarz skinieniem głowy wskazuje milcząco na kartkę z właściwym nazwiskiem. Albo z nazwiskami, jeśli na sto procent nie wiadomo, kto będzie laureatem.

– Obłuda –oburzyła się Trotzig. 

– Nic nie mówiąc, zdradza jednak tajemnicę. Dlaczego, więc Rudholm powiedział, że niestety trzy dzienniki trafnie podały nazwiska? Niestety… – powtórzyła ze wstrętem.

– Żeby zachować pozory. Ktoś, kto zasiada prawie dwadzieścia lat w fotelu numer jeden, musi wiedzieć o tej praktyce.

– A ja myślałam, że w naszym czcigodnym gronie panuje uczciwość – zasmuciła się Trotzig. – Tymczasem stały sekretarz… – urwała. 

C’est la vie – skonstatowała Katarina Frostenson.  

– Pamiętajmy jednak, że sekretarz przystał do nas – popatrzyła karcąco na pryncypialną przyjaciółkę.

Trotzig zrozumiała jej spojrzenie.

– Czy w końcu trzymamy się naszych ustaleń? – zniecierpliwił się Forssell, dla którego te rewelacje nie były nowością.

– Jak najbardziej – potwierdziła Trotzig.

 – Oni mają znacznie mniej głosów.

– Jacy oni? – ktoś rzucił pytanie.

– Zwolennicy Grassa. Rudholm, Segerstedt, Ahnlund i Malmqvist. Być może pozyskają jeszcze Lönnroth’a i Espmarka. 

– Wchodzimy. Już czas – Brigitta Trotzig weszła do sali obrad na czele ze swoimi sprzymierzeńcami.

Na korytarzu wciąż stali Knut Ahnlund i Göran Malmqvist. Nie spieszyli się z wejściem, prowadzili ożywioną rozmowę i co chwilę zanosili się śmiechem. 

– Słyszałeś, jaka jest podstawowa zasada akademii? – Malmqvist zapytał i nie czekając na odpowiedź, kontynuował: – Jeśli czyjaś kandydatura powtarza się od wielu lat, aż wywoła całkowite zobojętnienie akademików, to na pewno delikwent nie otrzyma Nobla – mówił żartobliwym tonem. 

– Zasada habituacji?

– Otóż to! – Paul Valery był nominowany czternaście razy i nagrody nie otrzymał.

– Ale zdarzają się wyjątki, które potwierdzają regułę. Przypomnę ci, że duński pisarz Johannes Jensen, był nominowany przez osiemnaście lat i wreszcie dostał nagrodę – Ahnlund stwierdził przekornie.

– Chyba dali mu przez pomyłkę – parsknął ze śmiechu Malmquist. – Wiesz, w czterdziestym czwartym trwała wojna, było zamieszanie… Jest też kolejna zasada, o której w maju wspomniał Espmark: jeśli kandydat flirtuje z lewicą, ma duże szanse na noblowski laur – ciągnął rozbawiony. – Jeśli jest choćby tylko sympatykiem prawicy, może pożegnać się z nagrodą.

– Sprawdza się także reguła, że nagrody na pewno nie dostanie kandydat, który jest na czele rankingu: bukmacherów, literaturoznawców i dziennikarzy – Ahnlund mówiąc to wciąż się śmiał.

– Powinniśmy się jej trzymać.

– Członkowie akademii śledzą na bieżąco rankingi i z przekory stawiają zawsze na czarne konie – Ahnlund rechotał, niczym młodzieniec.

– A jeśli wynik jest zgodny z zakładami bukmacherskimi, to oznacza, że akademicy nie czytali porannych gazet w dniu ogłoszenia nagrody – Malmqvist trzymał się za brzuch.

– Można też mówić o zasadzie nieprzewidywalności. Nikt nie wie, kto otrzyma nagrodę. Nawet sama akademia tego nie wie w dniu głosowania – rżał Ahnlund.

– Tak właśnie powinno być – Malmqvist nie mógł opanować wesołości. 

– Gorzej byłoby, gdyby tego akademicy nie wiedzieli po wyborze – opanował go paroksyzm śmiechu.

– Potknięcia na naszym poletku są niczym w porównaniu do wpadek towarzyszących nagrodzie pokojowej. Z naszych błędów można się zdrowo pośmiać, natomiast gafy dotyczące norweskiej nagrody są bardziej smutne, a nawet hańbiące – skonstatował Ahnlund.

– Przepraszam cię, ale musimy już wchodzić – zauważył Malmquist. 

Panowie weszli do sali jako ostatni. Za stołem obrad pozostali akademicy czekali tylko na nich.

– Otwieram ostatnie posiedzenie królewskiej Akademii Szwedzkiej – oznajmił stały sekretarz Sture Allén. – Przypominam, że podczas wyboru decyduje bezwzględna większość. Jest nas czternaścioro – spojrzał na zebranych – więc laureat musi uzyskać minimum dziesięć głosów. Głosujemy do skutku.

– Nie będziemy już analizować twórczości kandydatów i prześwietlać rentgenem ich życiorysów? – Erik Lönnroth zapytał znużonym głosem.

– Tym zajmowaliśmy się na poprzednich sesjach. Teraz nadszedł czas na finał – Allén tłumaczył spokojnym tonem. – Ufam, że każdy z nas ma już wyrobiony pogląd, kto jest numerem jeden. Jeśli jednak są jakieś pytania czy wątpliwości, mogące mieć wpływ na wybór, zobowiązani jesteśmy udzielić wyjaśnień. Czasu mamy niewiele. Jest już… – spojrzał na zegarek – dziesiąta piętnaście. Za kilka godzin oczy całego świata będą skierowane na akademię. Czy ktoś jeszcze chce zabrać głos?

– Chyba nikt – odpowiedział po chwili ciszy Segerstedt.

 – Po miesiącach wytężonej pracy jesteśmy zmęczeni i chcielibyśmy, jak sądzę – w tym momencie rozejrzał się po zebranych – wreszcie wybrać laureata.

– Jeszcze formalne pytanie. Kto z państwa zapoznał się z dzisiejszą prasą, która podała swoich  faworytów? – zapytał przewodniczący. 

Zdecydowana większość przytaknęła.

– Dziękuję. Mam uprzejmą prośbę, nie sugerujmy się tymi nazwiskami. Proszę wybaczyć, ale musiałem to powiedzieć – Allén rzekł przepraszającym tonem. 

– Popieram – włączył się Rudholm. 

– Po porannej lekturze gazet starałem się nie myśleć o ich typach, jednakże zagnieździły się one w mojej świadomości, a może w podświadomości tak że trudno mi jest o nich zapomnieć – mówił nieprzekonywująco.

– Zakończmy ten irytujący wątek – oburzył się Kjell Espmark. 

– Jeżeli się nie mylę, zajmujemy się wyborem laureata najpoważniejszej na świecie literackiej nagrody, a nie prasówką.

Wśród zebranych dało się słyszeć głosy aprobaty dla słów szefa kapituły.

– Jeśli mogę, chciałem powrócić do poruszonej już kwestii – Malmqvist zabrał głos.

– Proszę – Sture Allén skinął głową.

– Odnoszę wrażenie, że na ostatnich spotkaniach zbyt dużo czasu poświęciliśmy Polakom i ich twórczości, a za mało innym pisarzom.

– Konkretnie kogo ma pan profesor na myśli? – włączył się Sjöstrand.

– Na przykład Güntera Grassa. Z wytypowanej piątki proza Niemca zdecydowanie się wyróżnia. Jego opowiadania i powieści obrazują tragiczny los człowieka miotanego przez historię w ciągle zmieniającym się otoczeniu i rzeczywistości…

– Ten etap referowania twórczości kandydatów mamy już za sobą – delikatnie zwrócił mu uwagę prowadzący zebranie.

– Sam pan powiedział przed kilkoma minutami, że jeśli ktoś ma wątpliwości mogące mieć wpływ na wybór, to należy je wyjaśnić –odciął się Malmqvist. 

– Właśnie mam wątpliwości i pragnę się nimi podzielić. Na kwietniowej liście kandydatów znalazło się aż pięcioro Polaków.   

– Pan profesor mówił już o tym wcześniej – zwrócił mu uwagę Espmark. – Zasłużyli na to, więc teraz zostawmy ich już w spokoju.

– Nie zostawię – upierał się Malmqvist. – Na finałowej liście – podniósł do góry kartkę – jest jedna poetka z Polski i jeden pisarz niemieckojęzyczny, abstrahuję od pozostałej trójki. Ostatnim nagrodzonym Polakiem był Miłosz, który otrzymał laur w 1980 roku, natomiast wielka literatura niemiecka została uhonorowana prawie ćwierć wieku temu, w 1972 roku.

– Aha, czyli doszło nam kolejne kryterium: częstotliwość przyznawania nagród poszczególnym obszarom językowym – zauważył kąśliwie Sjöstrand, zniesmaczony jego wywodami.

 – Proszę nam przypomnieć, skąd pochodzi Grass? Z jakiego miasta? 

– Z Gdańska. Jest Niemcem.

– Może to uściślę, pochodzi z ówczesnego polsko-niemieckiego Gdańska. Natomiast sam uważa się za Kaszuba. Bynajmniej nie za Niemca, choć Niemcy tak twierdzą, gdyż pisze w języku Goethego – doprecyzował Sjöstrand. – Kaszubi to grupa ludności słowiańskiej, pokrewna Polakom.

– Co z tego wynika? – zaniepokoił się Malmqvist.

– Że duchowo bliżej mu do Polaków, niż do Niemców. Można więc powiedzieć, że na liście pięciorga nominatów jest aż dwoje pisarzy z Polski – ironizował Sjöstrand. 

– Co pan wygaduje? – odezwał się nie zbyt grzecznie profesor.

– Mówię tylko, że sam pan sobie zaprzecza. Atakując w kwietniu Polaków, teraz optuje pan za polskim Kaszubem –  dodał Sjöstrand. 

– Do czego pan zmierza? –  Malmqvist był rozdrażniony.

– Abyśmy raz jeszcze przypomnieli sobie o podstawowych wyznacznikach wartości  literatury, którymi są piękno, geniusz i smak, o czym wcześniej przypominała pani Gunnel Vallquist – mówił dosadnym głosem. 

– Bo postępujemy, jak dzieci – nie chciał odnieść się wprost do wypowiedzi profesora Malmqvista, aby go nie urazić. – W ostatniej chwili coś się komuś przypomni o ulubionym pisarzu, albo stwierdzi, że jakiś język lub kraj został pominięty i wtedy powraca z uporem godnym lepszej sprawy, do kwestii, które dawno już zostały rozstrzygnięte. Wznieśmy się ponad własne sympatie i antypatie. Wybierając kandydata, powróćmy do szlachetnych                  założycielskich źródeł królewskiej Akademii Szwedzkiej.

– Z ust mi pan to wyjął – Allén poparł go. – Przystępujemy zatem do głosowania. 

– Stop! – krzyknął Segerstedt. – Spójrzcie raz jeszcze na finałowych kandydatów – wezwał zebranych.

– Znamy ich na pamięć – powiedział spokojnie Espmark.

– Że też zapomnieliśmy o tym wybierając ich z piętnaściorga… – Segerstedt był wyraźnie podekscytowany.

– O czym to zapomnieliśmy? –zapytał ktoś z końca stołu.

– Przecież to jest europocentryzm. Swego czasu zarzucano nam, że nie doceniamy twórców z innych kontynentów, a teraz znów na liście znaleźli się sami Europejczycy.

– Spóźniony refleks, drogi panie profesorze –rzekł Espmark nieco flegmatycznie.

 – Mleko się rozlało. 

– Obudził się z ręką w naczyniu nocnym – zażartował cicho Linde, lecz i tak prawie wszyscy go usłyszeli.

Kilku akademików z trudem tłumiło śmiech.

– O europocentryzmie należało mówić podczas dyskusji o kryteriach, zwłaszcza o geograficznym – ciągnął Espmark. – Owszem, zarzucano nam go, ale dawno temu. Po tej krytyce akademia przejęła się zarzutami i zaczęła zachowywać się aż nazbyt poprawnie. Już w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych przyznano kilka nagród twórcom spoza Europy. Natomiast od dziesięciu lat worek się rozwiązał, obdzielaliśmy nagrodami hurtowo pisarzy i poetów spoza Europy. Przypomnę więc… – Espmark nerwowo szukał kartki, wreszcie wyciągnął ją z pliku leżących przed nim dokumentów i zaczął czytać – w osiemdziesiątym szóstym laureatem został Nigeryjczyk,  w osiemdziesiątym ósmym- Egipcjanin, w dziewięćdziesiątym – Meksykanin, w dziewięćdziesiątym pierwszym – pisarka z Republiki Południowej Afryki, w dziewięćdziesiątym drugim – poeta i pisarz z Ameryki Środkowej, w dziewięćdziesiątym trzecim – Amerykanin, a rok po nim – Japończyk. Tak więc w minionej dekadzie znalazło się siedmioro twórców spoza starego kontynentu. To siedemdziesiąt procent. Była to próba rekompensaty za niewłaściwe zachowanie się – pokazał palcami cudzysłów – akademii w minionych latach wobec innych kontynentów. Ale obawiam się, że ucierpiała na tym wartościowa literatura. Zresztą jak zawsze, gdy chcemy się komuś przypodobać. Nie można zachowywać się, jak pijany zataczający się na ulicy, idący od krawężnika do krawężnika. Nie sugerujmy się tym, co mówi świat. Trzymajmy się swoich zasad i ideałów, a nie narazimy się na śmieszność – zakończył wzburzony.

Po jego słowach rozległ się pogwar aprobaty.

– Wątpliwości zostały wyjaśnione? – Przewodniczący spojrzał na Segerstedta, który coś szeptał pod nosem.

– Proszę głośniej, bo nie słyszę – poprosił.

– Pan Kjell Espmark przekona nawet umarłego, że żyje, jak się wyraził kolega Malmqvist. 

– Trochę inaczej to brzmiało. Ważne, że przekonał, bo faktycznie w ostatnich latach akademia w swoich decyzjach nie traktowała Europy, jak pępka świata  – stwierdził Malmqvist. 

– Ale siebie tak traktuje – zauważyła ironicznie Gunnel Vallquist.                                  –  Oczywiście w ferowaniu wyroków literackich.

– I słusznie – Torgny Segerstedt rzekł zadowolony.

– Zakończmy już tę jałową dyskusję – wzburzył się przewodniczący. 

– Zgadzam się. Uważam jednak, że nie tylko ta, ale niemal wszystkie dyskusje były jałowe – Erik Lönroth oznajmił sarkastycznie.

Większość akademików spojrzała na niego z dezaprobatą.

– W takim razie rozumiem, że wszystko co pan profesor był łaskaw powiedzieć na posiedzeniach akademii, również zawiera się w tej konstatacji – nie wytrzymał Ahnlund.

Po sali przeszedł szmer uznania dla słów Ahnlunda.

– Dziękuję za dyskusję –powiedział Allén stanowczo. – Proszę o napisanie jednego, wybranego nazwiska na karteczce i położenie jej na tacy, z którą obejdę stół.

Po paru minutach zbierania głosów, sekretarz odczytał wyniki:

– Wisława Szymborska: siedem głosów, Günter Grass: cztery, Dario Fo: jeden, Jose Saramago: jeden i Imre Kertesz: jeden. Oddano czternaście głosów, wszystkie ważne. 

Sprzymierzeńcy  Brigitty Trotzig wydali cichy jęk zawodu. Brigitta  napisała na karteczce: Ktoś z naszych się wyłamał i podała ją Forssellowi za plecami Malmquista, który ich rozdzielał. 

Bywa. Ale w drugiej lub trzeciej turze powróci, jako marnotrawny syn – odpisał jej. Trotzig zawiesiła się na tym zdaniu i przyznała w duchu, że nie zna tak dobrze akademików, jak Lars Forssell.

W trakcie kilku nierozstrzygniętych głosowań, nerwowa atmosfera wzrastała. Członkowie różnych frakcji naradzali się dyskretnie we własnych gremiach. Wreszcie w kolejnym głosowaniu Szymborska uzyskała trzynaście głosów. 

– Trzynastka okazała się szczęśliwa – głośno skomentowała wynik Brigitta Trotzig, po czym wstała i podeszła do Forssella. 

– Kto mógł być tym marnotrawnym synem? – zapytała.

– Hmm…, ja – odpowiedział niepewnie.

– Poważnie? – zdumiała się Trotzig.

– Żartowałem – powiedział niczym chłopak przyłapany na kradzieży jabłek.

Brigitta powróciła na swoje miejsce zafrasowana. Zerknęła na profil Forssella i zauważyła, że był zmieszany. Po chwili podeszli do niej Malmquist, Lönnroth i Sjöstrand składając gratulacje, co poprawiło jej samopoczucie. 

– Chyba teraz na pani spocznie sformułowanie propozycji uzasadnienia? – zapytał ten ostatni.

– Mam je przygotowane: za poezję, która z ironiczną precyzją pozwala historycznemu i biologicznemu kontekstowi ukazać się we fragmentach ludzkiej rzeczywistości – zacytowała z pamięci.

– Cudowna synteza –  rzekł z uznaniem Östen Sjöstrand.

Po chwili Sture Allén donośnie przemówił:

– Niniejszym ogłaszam, że królewska Akademia Szwedzka postanowiła przyznać nagrodę Nobla w dziedzinie literatury w roku 1996 poetce z Polski Wisławie Szymborskiej. 

Rozległy się brawa. Po ich ustaniu przewodniczący przeszedł z sali obrad do pokoju obok, prosząc asystentkę o połączenie z laureatką. Po kilkunastominutowym oczekiwaniu, Szymborska została odnaleziona w Zakopanem.

Tego dnia – był to czwartek, 3 października – poetka wypoczywała w Domu Pracy Twórczej Astoria. W jej skromnym pokoju panował półmrok, ponieważ dzień był pochmurny i deszczowy. Siedząc przy małym stoliku, na którym paliła się lampka, pisała wiersz. Obok jednej częściowo zapisanej kartki i kilku pustych, leżał jej stary tomik, Ludzie na moście, przy nim zaś stała popielniczka z dymiącym papierosem. Do obiadu pozostało jeszcze trochę czasu, więc poetka chciała go intensywnie wykorzystać, ponieważ miała zarysowany w wyobraźni pomysł wiersza. Wzięła do ręki pióro i zawahała się, po czym sięgnęła po leżący tomik, który wręczył jej po śniadaniu jeden z pensjonariuszy z prośbą o dedykację. Nie chciała tego czynić w stołówce, więc zaproponowała, że zrobi wpis w pokoju i odda tomik, gdy spotkają się przy obiedzie. Przypadkowo otworzyła książkę na wierszu W biały dzień. Zamyśliła się. Zaczęła czytać, zapominając o pisanym wierszu. Co prawda nie lubiła powracać do swoich utworów sprzed lat, chyba, że wymagali tego wydawcy do wznowień lub antologii. Jednak teraz, gdy jej wzrok trafił na strofy o pensjonacie, jadalni, górach, świerkach i Baczyńskim, rozrzewniła się. Przypomniała sobie, jak w  osiemdziesiątym szóstym, czyli dokładnie dziesięć lat wcześniej, w tym samym pokoju pisała o wypoczywającym w Astorii Krzysztofie Baczyńskim. Prawdę mówiąc, nie był to wiersz o nim, bardziej o mijającym czasie, przypadku i zwyczajności zdarzenia. „Bo gdyby żył…” – spojrzała ponownie na wiersz i mimochodem przeczytała: 

Do pensjonatu w górach jeździłby,

Na obiad do jadalni schodziłby,

Na cztery świerki z gałęzi na gałąź,

Nie otrząsając z nich świeżego śniegu,

Zza stolika pod oknem patrzyłby.

(…)

Czasami ktoś od progu wołałby:

„panie Baczyński, telefon do pana”  

Poetka sięgnęła po papierosa i zaciągnęła się głęboko, po czym, z przyjemnością wypuszczając z ust wąską smużkę dymu, uśmiechnęła się pod nosem. Ta linijka… jak ona teraz dziwnie brzmi, w swojej prostocie jest do bólu zwyczajna: panie Baczyński, telefon do pana, powtórzyła zamyślona. 

– Pani Szymborska, telefon do pani – przez zamknięte drzwi usłyszała donośny głos recepcjonistki. 

Cholera jasna – zdenerwowała się – co za idiota dzwoni. Wszyscy znajomi wiedzą, że o tej porze piszę, więc nie może to być żaden z nich. Bęcwał jakiś…. Odłożyła pióro, po raz kolejny zaciągnęła się papierosem, wciąż myśląc o tej absurdalnej i zarazem realistycznej sytuacji. Nieśpiesznie zeszła do recepcji i podniosła leżącą na laminowanej paździerzowej ladzie słuchawkę.

– Szymborska – przedstawiła się bez entuzjazmu. – Słucham.

Stały sekretarz Akademii Szwedzkiej przedstawił się, mówiąc po angielsku skąd dzwoni, po czym zapytał, w jakim języku wolałaby rozmawiać.

W żadnym – pomyślała przekornie – ale jeśli już muszę, to…

– Po francusku – odpowiedziała podenerwowana i dopiero teraz dotarło do jej świadomości, kto telefonuje. 

– Pragnę panią poinformować – Sture Allén mówił uroczystym głosem (słychać go  było wyraźnie, jakby stał w pokoju obok) – że królewska Akademia Szwedzka przyznała pani Nagrodę Nobla. W jej imieniu serdecznie gratuluję i zapraszam na uroczystość jej wręczenia w dniu 10 grudnia. Oficjalne zaproszenie zostanie wysłane później. 

– O Boże, nie wiem, co zrobić w tej strasznej sytuacji – mówiła zaskoczona, bo jeszcze przed paroma sekundami przebywała w innym świecie, zaś po usłyszanych słowach wszystkie dotychczasowe myśli nagle ją opuściły. – Nawet w Tatry nie mogę uciec, bo jest zimno i pada deszcz – dokończyła bezradnie.

– Proszę więc na siebie uważać, żeby się pani nie pochorowała i przybyła na uroczystość zdrowa. Do zobaczenia w Sztokholmie – zakończył rozmowę.

To chyba nie jest żart jakiegoś dowcipnisia… – pomyślała przestraszona.

Sture Allén odłożył słuchawkę i wrócił do sali informując kolegów akademików o rozmowie. Punktualnie o godzinie trzynastej wyszedł na korytarz, na którym stała gromada dziennikarzy, kamerzystów i fotografów. Stanął przed mikrofonami, by obwieścić imię i nazwisko laureatki.

Przejdź do treści