13/2025
Werniks. Powojenni (I)
Pasowali do siebie jak dwie srebrne łyżeczki –
jeszcze młodzi, a już oprószeni kurzem dziejów.
Zapowiadany koniec świata nie nastąpił:
zamieszkali w poniemieckim domu,
spali w obcych łóżkach, jedli przy obcym stole.
Śniąc kołysali się w bydlęcych wagonach,
drżeli podczas bombardowań, iskali włosy z gnid.
W grudniową noc powiła córkę. Zbyt wcześnie.
Dziecko kwiliło cicho – jeszcze niepewne
czy może zostać na dłużej. Akuszerka powiedziała,
że jeśli przetrwa noc, to może coś z niego będzie.
Na szybach kwitły lodowe kwiaty. Po rzekach
skutych lodem sunęły płozy sań. Nie spała całą noc.
Okryła małą gęsim puchem. Karmiła mlekiem –
kropla po kropli. Oddechem ogrzewała szyby.
Hulał wiatr. W zadymce wirował jak biały płatek
zaprzęg Królowej Śniegu. Coraz bliżej dźwięczały
dzwonki. Śpiewała pradawną kołysankę.
Czuwała, aby nie zgasł ogień.
Werniks. Kolorowy ptak (II)
Na obcej ziemi drzewa rodziły owoce.
Po trawie turlały się jak słodkie ulęgałki córki.
Na krzakach dojrzewał kwaśny i mechaty agrest –
krzepcy synowie. Tamtej zimy potajemnie czytała
Krystynę, córkę Lavransa. Kiedy akuszerka chrzciła
małe chuchro, nadano jej to imię. Krystyna wbrew
obawom rosła jak polne ziele – na przekór światu
wyrosłemu na zgliszczach i zlęknionym rodzicom.
Jedyna spośród dzieci była ciemnowłosa, cała na opak:
nie lubiła lalek i zabawy w dom, grała w piłkę,
wspinała się na drzewa. Jako jedyna dziewczyna
poszła do technikum mechanicznego.
Kreśliła na desce maszyny, zębatki i trybiki. Kochali się
w niej chłopcy. Przyjmowała róże i odprawiała adoratorów.
Skaranie z nią pańskie! – mówiła matka. Krystyna kupowała
płótna, farby i pędzle. W tajemnicy na strychu malowała
kobiety z obrazów Van Gogha i baletnice Degasa.
Marzyła o studiach na akademii. Paliła papierosy,
kręciła papiloty i tańczyła rock and rolla.
Werniks. Współcześni (III)
Czerwone wino oplata werandę. Jesiennieje.
W blasku słońca nakładają się: czasy, miejsca, rysy
twarzy i powtarzane gesty. Na włosach Krystyny
błyszczą nitki babiego lata. Kiedy poprawia okulary,
po raz pierwszy zauważam, że jest podobna do babci.
Te same zmarszczki w kącikach ust i uśmiechy.
Babciu, ściany zapełniają namalowane obrazy,
na regałach mieszkają książki, na fotelu wisi
szydełkowa chusta. Nie, nie zdała na akademię.
W tamtych czasach zabrakło właściwego pochodzenia.
Krystyna ma rękę na temblaku. Opowiada,
że wczoraj próbowała zatańczyć rock and rolla
i prawie się udało. Babciu, zaczyna cię wspominać.
Znowu widzę, że lepisz knedle, wychodzisz z domu
w czółenkach i kapeluszu jak na spacer po Łazienkach.
W szarych czasach nosisz kolorowe sukienki
i czytasz romanse. Skaranie z nią pańskie! – mówisz,
gdy przyjeżdża córka. Krystyna nie wyszła za mąż.
Gładzi futro kota. Martwi się, że przez rękę nie zacznie
sezonu na morsowanie. Kilka dniu później wysyła mi
na Messengera zdjęcie w wodzie.
Przejścia
Mówiłaś, że kiedy odejdziesz na drugą stronę,
odwiedzisz każdego z nas. Nie wierzyłam w opowieści
o stukaniu w szybę, odgłosach kroków i przestawianiu
garnków w kuchni. We śnie widziałam wyraźnie twarz
i niepokój. I co teraz? – pytałaś, jakbyś nie wiedziała,
w którą pójść stronę albo co robić późną jesienią,
kiedy nie można zapalić nocnej lampki i usiąść
z książką. Jesteś – w wirujących kolorami liściach,
siwym szronie na trawie i zapachu szarlotki. Ostatnie
lata spędziłaś przykuta do łóżka. Unosi cię wiatr.
Odwiedzisz córki, aby spłatać figla. Poczują przeciąg,
mroźny powiew na twarzy, nagle spadnie szklanka.
Przejdziesz przez sad, mgłą otulisz jabłonie.
Wędruję wśród klimatycznych kamienic, zaułków
i witryn: Kłopotowskiego, Targowa, Ratuszowa.
Wirują liście, twoje kroki szeleszczą. We śnie jechałaś
ulicami Pragi na wózku inwalidzkim. Szukałaś rodzinnego
domu, który zbombardowano w czasie wojny. Po złamaniu
biodra uwiłaś gniazdo przy piecu. Przestraszona jaskółko,
skuliłaś skrzydła, zamknęłaś drzwi w klatce.