13/2025
Warstwy
Karminowe słowa łaszą się do ust.
Posępna nadzieja –
bujająca gdzieś pod stropem –
nie odmawia
posłuszeństwa ciszy.
Znów obieram Twoje serce
ze zbędnych warstw,
przytwierdzam do ściany zbyt mglistej,
aby miała znaczenie.
Nie chcę być prawdą,
co wyzywa kłamstwo na pojednanie.
Wciąż doskwiera mi
minione lato, przez które biegnie
ślepa uliczka.
Wiesz, czarne są Twoje wspomnienia,
moje pragnienie – jeszcze bardziej
zagubione.
Przychodzę, by nieść lekkość
Twoim skrzydłom, żebyś i Ty
mógł odszukać własne słońce.
To tylko słowotwórstwo, próżnia,
wyrzeczenie – nic więcej.
Urodzaj, którego tak brakuje.
Czułość, jakiej się nie spodziewam.
Na granicy ust
Nigdy więcej nie chcę pamiętać
o Twoim smutku – zbyt nachalnym,
zbyt chciwym.
Nie chcę litować się nad przyszłością,
przymilającą się do tęsknoty.
Pomalowałam na zielono
Twój dzisiejszy uśmiech – niech tli się
niby ostatnia noc lata, skrępowana namiętność,
krzyk bez odpowiedzi.
Uszyłam dla Ciebie nową duszę –
poprzednia stała się zbyt powszednia,
żeby zasłużyć na radość,
liczyć na spełnienie modlitw.
Wyobraźnia przymierająca nadzieją
to tylko zdradzone uderzenie
serca, spełnienie wygasłego marzenia.
Pielęgnuję w sobie
Twoją namiętność, odbitą
w krzywym zwierciadle – nie pamiętam,
kiedy ostatnio tak bardzo tęskniłam
za gwiazdami,
za zbyt rozległymi pytaniami.
Czuję na granicy ust
piętno niepowtarzalnego słowa – oddalam się,
choć gdzieś obok szemrają łzy,
choć dedykujesz mi
niepowstrzymaną pokutę.
Ciężko się wyrzec
Gdzieś między nami płynie wartka droga.
Gdzieś pośród naszych ciał
czai się trwoga, jakiej tak ciężko
się wyrzec.
Moja rzeczywistość
szuka wyjścia
ze snu – cienka jest granica
między nadzieją a zwątpieniem.
Współczesny czas
kojarzy się z przyszłością,
na jaką zawsze przychodzi pora.
Pieszczę bez ceregieli
przesuszoną skórę kalendarza – niebo
staje się dachem, nieosiągalnym
dla zapracowanych stóp.
Wiem, że zadam Ci
z premedytacją ten pocałunek –
przykleję do cytrynowych warg,
zostawię na nieco dłużej niż zwykle.
Przed kolejną godziną
Moje ciało pozostawało głuchonieme
przez zbyt długi czas.
Przeczucia, przed chwilą poczęte,
ginęły bez krzyku, wbrew czułości,
na przekór szeptaniu.
W sercu, rozchełstanym niby usta,
które karmiły mnie
świeżymi, ciepłymi słowami, czaiło się
pojednanie, dominowała pokuta.
Usiłowałam ukryć wykradziony lęk –
subtelność
dostatecznie krótkotrwałą,
aby pobudzić piękno, odkryć pożądanie.
Nagi wiatr usiłował wydrzeć krzyk,
lecz wiem: żądza nie kojarzy się
z uwielbieniem,
nie przypomina czasu,
który powstrzymał się na moment
przed kolejną godziną.
Nauczyłam się oddychać, moje serce
podkochuje się w gwiazdach –
czy to niewinna garść
ognia sprawia, że omijam przyszłość,
nie przyznaję się do czystości?
Poranek zasłużył na zderzenie
dwóch dusz – nie jestem już tą czarną rzeką,
niosącą spełnienie niewierzącym,
wyrozumiałość dla wyobraźni.
Krzykliwa godzina
Nie wiem, od jak dawna śni mi się
zaprzeszła wieczność.
Nie rozumiem, ilu gwiazd potrzeba,
aby wskrzesić w sobie
pragnienie jutra.
Jestem pewna jednego: ciszy
zbyt bujnej,
by wsiąkły w nią łzy,
poczęte o niewłaściwej porze.
Przybyłam całkiem przypadkowo,
wbrew drogowskazom,
na przekór milczeniu nieba.
Zajaśniała we mnie noc,
z jaką tak trudno dłużej żyć.
Nie chciałam, aby czas był wyjątkowy –
brakowało mi paru westchnień
serca, garści odpowiedzi
z okazji śniadania.
Cieszyłam się spełnieniem, zesłanym
przez Twoje strzeliste dłonie –
dotyk był takim samym wspomnieniem,
jak pozostałość
po rzeczywistości.
Czas, krnąbrny uzdrowiciel,
pozostawił po sobie
kilka łapczywych wzruszeń – modlitwa
stanie się mantrą, której pragniesz
pozostać wierny.
To tylko zbyt krzykliwa godzina,
nic więcej. Poczciwa, zbyt dorosła łza.