+48 736-84-84-44

Katarzyna Anna Koziorowska

13/2025

 

Warstwy

 

Karminowe słowa łaszą się do ust.
Posępna nadzieja –
bujająca gdzieś pod stropem –
nie odmawia
posłuszeństwa ciszy.

Znów obieram Twoje serce
ze zbędnych warstw,
przytwierdzam do ściany zbyt mglistej,
aby miała znaczenie.

Nie chcę być prawdą,
co wyzywa kłamstwo na pojednanie.
Wciąż doskwiera mi
minione lato, przez które biegnie
ślepa uliczka.

Wiesz, czarne są Twoje wspomnienia,
moje pragnienie – jeszcze bardziej
zagubione.
Przychodzę, by nieść lekkość
Twoim skrzydłom, żebyś i Ty
mógł odszukać własne słońce.

To tylko słowotwórstwo, próżnia,
wyrzeczenie – nic więcej.
Urodzaj, którego tak brakuje.
Czułość, jakiej się nie spodziewam. 

 

Na granicy ust

 

Nigdy więcej nie chcę pamiętać

o Twoim smutku – zbyt nachalnym,

zbyt chciwym.

Nie chcę litować się nad przyszłością,

przymilającą się do tęsknoty.

 

Pomalowałam na zielono

Twój dzisiejszy uśmiech – niech tli się

niby ostatnia noc lata, skrępowana namiętność,

krzyk bez odpowiedzi.

 

Uszyłam dla Ciebie nową duszę –

poprzednia stała się zbyt powszednia,

żeby zasłużyć na radość,

liczyć na spełnienie modlitw.

 

Wyobraźnia przymierająca nadzieją

to tylko zdradzone uderzenie

serca, spełnienie wygasłego marzenia.

Pielęgnuję w sobie

Twoją namiętność, odbitą

w krzywym zwierciadle – nie pamiętam,

kiedy ostatnio tak bardzo tęskniłam

za gwiazdami,

za zbyt rozległymi pytaniami.

 

Czuję na granicy ust

piętno niepowtarzalnego słowa – oddalam się,

choć gdzieś obok szemrają łzy,

choć dedykujesz mi

niepowstrzymaną pokutę.

 

 

Ciężko się wyrzec

 

Gdzieś między nami płynie wartka droga.

Gdzieś pośród naszych ciał

czai się trwoga, jakiej tak ciężko

się wyrzec.

 

Moja rzeczywistość

szuka wyjścia

ze snu – cienka jest granica

między nadzieją a zwątpieniem.

 

Współczesny czas

kojarzy się z przyszłością,

na jaką zawsze przychodzi pora.

 

Pieszczę bez ceregieli

przesuszoną skórę kalendarza – niebo

staje się dachem, nieosiągalnym

dla zapracowanych stóp.

 

Wiem, że zadam Ci

z premedytacją ten pocałunek –

przykleję do cytrynowych warg,

zostawię na nieco dłużej niż zwykle.

 

 

Przed kolejną godziną

 

Moje ciało pozostawało głuchonieme

przez zbyt długi czas.

Przeczucia, przed chwilą poczęte,

ginęły bez krzyku, wbrew czułości,

na przekór szeptaniu.

 

W sercu, rozchełstanym niby usta,

które karmiły mnie

świeżymi, ciepłymi słowami, czaiło się

pojednanie, dominowała pokuta.

 

Usiłowałam ukryć wykradziony lęk –

subtelność

dostatecznie krótkotrwałą,

aby pobudzić piękno, odkryć pożądanie.

 

Nagi wiatr usiłował wydrzeć krzyk,

lecz wiem: żądza nie kojarzy się

z uwielbieniem,

nie przypomina czasu,

który powstrzymał się na moment

przed kolejną godziną.

 

Nauczyłam się oddychać, moje serce

podkochuje się w gwiazdach –

czy to niewinna garść

ognia sprawia, że omijam przyszłość,

nie przyznaję się do czystości?

 

Poranek zasłużył na zderzenie

dwóch dusz – nie jestem już tą czarną rzeką,

niosącą spełnienie niewierzącym,

wyrozumiałość dla wyobraźni.

  

 

Krzykliwa godzina

 

Nie wiem, od jak dawna śni mi się
zaprzeszła wieczność.
Nie rozumiem, ilu gwiazd potrzeba,
aby wskrzesić w sobie
pragnienie jutra.

Jestem pewna jednego: ciszy
zbyt bujnej,
by wsiąkły w nią łzy,
poczęte o niewłaściwej porze.

Przybyłam całkiem przypadkowo,
wbrew drogowskazom,
na przekór milczeniu nieba.
Zajaśniała we mnie noc,
z jaką tak trudno dłużej żyć.

Nie chciałam, aby czas był wyjątkowy –
brakowało mi paru westchnień
serca, garści odpowiedzi
z okazji śniadania.

Cieszyłam się spełnieniem, zesłanym
przez Twoje strzeliste dłonie –
dotyk był takim samym wspomnieniem,
jak pozostałość
po rzeczywistości.

Czas, krnąbrny uzdrowiciel,
pozostawił po sobie
kilka łapczywych wzruszeń – modlitwa
stanie się mantrą, której pragniesz
pozostać wierny.

To tylko zbyt krzykliwa godzina,
nic więcej. Poczciwa, zbyt dorosła łza.

Przejdź do treści