+48 736-84-84-44
  • Adaś, buty.
  • Co z nimi?
  • Wszyscy chodzą boso.
  • Mam brzydkie stopy.
  • Nie marudź, zdejmuj.
  • Zdejmuj, tata! – Józio uczepił się jego adidasów jak szczeniak, ciągnął i warczał.
  • Puszczaj, wściekły psie, zdejmę to. Poddaję się!

Potknął się i upadł na tyłek, cały czas się śmiejąc. Jedną ręką przerzucił chłopca przez plecy tak, że mały mógł chwycić z ziemi mech. Drugą rozsznurował buty i ściągnął je ze stóp. Była to miła ulga po kilku godzinach jazdy.

  • Może wystąpić przeładowanie energią, jeżeli poczujesz się źle, wyjdź natychmiast z kręgu – czytała na głos Agnieszka. – Przestroga dla osób silnie zestresowanych życiem, a prowadzących samochód. Po kąpieli w energii kręgów należy co najmniej godzinę odpocząć poza kręgami, na parkingu. Mózg zostaje zresetowany i jest w stanie głębokiej relaksacji. Pojawiają się wtedy obrazy jakby z innego świata.
  • Ze świata, w którym mamy po dwadzieścia lat i nie znamy słowa osteopata?
  • Z chęcią zobaczę, jak twój mózg jest resetowany. Jesteś z tych silnie zestresowanych życiem – zaakcentowała ostatnie trzy słowa.
  • Mam na wyżywieniu dwie słodkie gęby, za dużo pracy, za mało ambicji, jeszcze dwadzieścia lat kredytu i spuchnięte stopy starej baby. Dziwisz się?

Adam postawił Józia na ziemi i narzucił mu na ramiona swój plecak.

  • Józef, misja. Pilnuj tego jak oka w głowie.
  • Jak czego? – mały rozdziawił usta w szczerbatym uśmiechu.
  • Tak, żebyś miał go, kiedy skończę resetować swój mózg.

Chodził naokoło kręgu, coraz bliżej środka, stawiał stopy na kamieniach z porostami, których nigdy nie widział, na małych igiełkach w zimnym piasku, dotykając miękkiego mchu, omijając wystające spod ziemi korzenie. Trupie kolana – tak na nie mówił, kiedy był w wieku Józia. Przerażały go, ale to było kiedyś.

Z zewnątrz krąg tworzyły prostokątne kamienne płyty, w środku głazy – niektóre wielkości pięści, inne jego głowy. Wyglądały tak, jakby ogromna dłoń wysypała je w jedno miejsce z jakąś dziwną czułością. Położył się twarzą do ziemi i zamknął oczy. Nie musiał zastanawiać się nawet sekundy, żeby wiedzieć, gdzie jest północ. Jego ciało dopasowało się do kamieni, wlewało się między nie i parło głębiej w dół. Czuł, że coś jest pod nim, schowane głęboko, pod piachem, glebą, kamieniami. Pod tym, co było jeszcze niżej, ukryte, bezkształtne i nieporuszone. Nie myślał o niczym i nie był. Oddychał tak, jak naokoło niego oddychał las.

  • Adam, hej. Halo – głos wyrwał go z odrętwienia.

Otworzył oczy i podniósł głowę do góry. Agnieszka kucała przed nim.

  • Józio gdzieś polazł. Zasnąłeś?
  • Jak? Leżałem tu minutę.
  • Bardziej piętnaście.
  • Dobra, spokojnie. Pewnie jest przy następnym kręgu.

Zebrał się z ziemi, wziął ją za rękę i poszli. Józio stał przed wieżą z ułożonych jeden na drugim kamieni. Na najwyższym leżało kilka przedmiotów – długopis, zapalniczka, breloczek do kluczy, rozpoczętą paczka gum do żucia. Kilka metrów dalej stała starsza kobieta. Na głowie miała słomkowy kapelusz, podpierała się kijkami. Mówiła coś i pokazywała na kamienie. Józio patrzył i nie rozumiał. Język brzmiał jak niemiecki. Adam widział już w okolicy kilku turystów z tego kraju. Pomachał jej i uśmiechnął się.

  • Entschuldigung – powiedział.

Znał przeprosiny w kilku językach – a od kiedy był ojcem, to słowo przydawało się jeszcze częściej. Wziął Józia na barana i ruszyli z powrotem. Kobieta coś jeszcze mówiła, ale Adam tylko się odwrócił, posłał jej uśmiech i ruszył dalej.

  • Mam nadzieję, że nie chciała złożyć z niego ofiary – rzucił, a Agnieszka wbiła mu łokieć w żebra.

***

  • Jezu, Adam. Co się stało z twoją twarzą?

To były pierwsze słowa, które usłyszał. Nie tyle wynurzył się z nieświadomości, co został brutalnie wypluty na brzeg. Rzadko coś mu się śniło, ale tym razem wrażenie, że wypadł z czarnej pustki, było silniejsze niż zwykle. Czuł, że nie odespał jeszcze wyjazdu.

  • O co ci chodzi? – mruknął, przecierając oczy. Dotyk zabolał, ale orzeźwił lepiej niż mocna kawa, od której zwykle zaczynał dzień. Zerwał się z łóżka i ruszył do łazienki, żeby przejrzeć się w lustrze. Boże.

Obmył twarz wodą i spojrzał jeszcze raz. Agnieszka stanęła w drzwiach łazienki. Adam bezgłośnie ułożył usta, przeciągając przekleństwo. Józio wciąż spał.

  • Co to jest? – szepnęła do niego.
  • Nie jestem dermatologiem, ale ostatnio wyglądałem tak w liceum. Chociaż chyba nawet wtedy było lepiej.

Lewe oko było spuchnięte i czerwone, brew wyglądała, jakby coś próbowało wydostać się spod skóry. Na brodzie i policzku miał dwa zaognione i swędzące czerwone ślady.

  • Zobaczysz, czy nie ma jakiegoś lekarza? Muszę się umyć.
  • Zobaczysz, zobaczysz. Nie dotykaj tego.
  • Za dwie godziny masz Wieczorka. Idź, przynajmniej da ci zwolnienie.
  • Tego wariata? Każe mi moczyć się w ziołach albo kłaść na golacha na głazach w środku lasu. A nie, czekaj, to już przecież robiłem.
  • Rany, nie zaczynaj znowu. Podobało ci się.
  • Połóż się w kamiennym kręgu, będzie fajnie. Tylko głową na wschód, bo inaczej porwą cię złe duchy – mruczał sobie pod nosem, naśladując głos Agnieszki. Ostrożnie włożył głowę pod lejącą się z góry wodę.
  • Na północ, głupku.
  • No tak, to pewnie przez to. Plaga czyraków z pogańskiego piekła. Babka na parkingu mówiła, że to miejsce szczególnej energii. Wrócę tam i złożę reklamację.

Adam nie mógł wiele poradzić na to, co działo się z jego skórą, postanowił więc kontynuować poranek tak, jakby nic się nie wydarzyło. Józio początkowo patrzył na niego podejrzliwie, ale na rowerze szybko o tym zapomniał. Wjeżdżali pod górkę, pięciolatek zaciskał dłonie na kamyczkach, które zawsze zabierali spod bloku.

  • Szybciej, tata! – krzyczał mu w plecy. Na tym etapie Adam zawsze udawał, że kończą mu się siły. Potem przyspieszał, wjeżdżając z nową energią na most, którym przejeżdżali przez Wisłę. Teraz wcale nie udawał. Płuca paliły żywym ogniem, opierał się ciężko na kierownicy i dyszał.

Na moście co kilka metrów czuł delikatne poruszenie roweru, kiedy Józio rzucał kamykami do rzeki.

  • Pach, pach – mówił, kiedy kolejne pociski zmierzały w stronę wody. Czasem udawał, że to rybki, czasem granaty w jakiejś krwawej wojnie.
  • Józef, nie poleć tylko za tymi kamykami. Dzisiaj nie mogę pływać. Przestraszyłbym ryby w rzece.

Józio zaśmiał się i klepnął go w plecy. Adam lubił to, że nie musiał specjalnie się starać, żeby go rozbawić. Małe rączki dobierały się do jego plecaka.

  • Nie szukaj tam niczego. Nie ma słodyczy przed przedszkolem.

Pod koniec drogi przez most chłopiec zamachnął się naprawdę mocno, tak, że Adam zachwiał się na rowerze.

  • To był jakiś wielki kamień, Józiu?
  • Największy. Ważył z milion ton.

***

  • Ma je pan od dzisiejszego ranka?

Adam znał to spojrzenie. Wiedział, kiedy ktoś patrzy na niego jak na idiotę. Nie miał żadnego asa w rękawie, którym mógłby trafić do doktora Wieczorka.

  • Kiedy się kładłem, nie było nawet śladu.
  • Nic nie bolało, nie swędziało. A kiedy się pan kładł?
  • Koło dwudziestej trzeciej.
  • W niedzielę?
  • Jeśli wczoraj była niedziela, to tak.

Lekarz podrapał się po resztkach włosów i palcem poprawił okulary.

  • To zastanawiające – rzucił Wieczorek, dotykając palcem krosty na jego żebrach.
  • Wygląda trochę jak półpasiec, ale jest za bardzo rozsiany. Za dużo też tego jak na liszaja, coś grzybicznego nie powstałoby tak szybko. Dam panu skierowanie do dermatologa i przepiszę maść. Jeśli będzie gorzej, proszę przestać ją brać.
  • Może być gorzej?

Wieczorek spojrzał na niego, poprawił okulary i usiadł przy biurku.

  • Nawet pan sobie nie wyobraża.

***

  • Jak się czujesz?

 

Podniósł się z łóżka i popatrzył na Agnieszkę, która właśnie skończyła usypiać Józia. Większość dnia spędził w półśnie. Swędziało go całe ciało, a maść pomogła mniej więcej tak, jak benzyna przy gaszeniu pożaru. Kiedy Aga odbierała Józia z przedszkola, zepsuł się samochód. Przejechał sto metrów i zgasł. Przegląd zrobili niecały miesiąc temu, chcąc wyjechać na wakacje ze spokojną głową.

 

  • Mocny kandydat do najgorszego dnia w życiu. A wy?
  • Jak jeszcze raz będę musiała czytać skrzata, to zwariuję. Ale przynajmniej szybko zasnął. Potrzebujesz czegoś? Prześpię się dziś na kanapie.
  • Co stało się z ,,w zdrowiu i chorobie”?
  • Wszystko zależy od choroby. Wołaj mnie, jakbyś czegoś potrzebował.

 

Tej nocy obudził go Józio. Agnieszka miała mocny sen, więc wstawanie do małego było jego zajęciem. Wołał jak zawsze, przeciągłym, zlanym w jedno słowo: MAMATATAAAA. Wstał, poszedł do syna i przysiadł w nogach łóżka.

 

  • Co tam, mały?
  • Nie żartuj, nie będę czytał w środku nocy.
  • Jest tutaj – szepnął. Wyciągnął rękę i palcem wskazał na szafę.

 

Adam podniósł wzrok, ale nic nie zobaczył. Zapalił stojącą na szafce lampkę. Nic. Na podłodze leżała książka, otwarta na ilustracji ze skrzatem opierającym się o łóżko nad śpiącym dzieckiem.

 

Skrzat podchodzi na palcach do łóżek dzieci, długo tam stoi i patrzy.

 

O, gdyby tak zbudzić się chciały,

rozmawiałbym z nimi po skrzaciemu,

szepcząc w języku, który by rozumiały.

Ale dzieci nocą tylko śpią…

 

I skrzat wymyka się po cichu, ostrożnie stawiając stopy.

 

Nie znosił tej książki.

 

  • Chodź, zaprowadzę cię do mamy. Zobacz, nic tu nie ma – powiedział Adam, całkiem już rozbudzony. Otworzył szafę, przesunął wiszące kurtki. Mała dłoń zacisnęła się mocniej na jego palcach.

 

Józio poczłapał do salonu, położył się obok Agnieszki, przytulił się i zamknął oczy. Adam wrócił do łóżka, schował się pod kołdrą i zasnął. Śniło mu się, że leży przysypany ziemią, czuł, jak słońce ogrzewa mu nogi, ale kiedy tam spojrzał, zobaczył korzenie. Kolana trupa. Przebudził się. Gdzieś na ulicy szczekał pies. Ktoś wpisał kod do domofonu, a potem wjechał windą na górę. Lodówka szumiała usypiająco. Za oknem zerwał się wiatr. Gdzieś daleko przejechała karetka. W pokoju Józia bardzo cicho zaskrzypiały drzwi szafy.

 

***

Apokaliptyczny tydzień trwał. Nie było tak, że nie udawały się rzeczy, które mogły się nie udać. W ruinę obracało się wszystko, czego dotknął. Jątrzące się rany swędziały nieznośnie, dokuczał mu brzuch, ćmiła głowa, jakby coś znalazło się w środku i rozpychało czaszkę od środka. Listę dolegliwości uzupełniał ukruszony ząb i przytrzaśnięte drzwiami palce. Starał się trzymać z dala od noży i innych niebezpiecznych narzędzi.

Samochód był w naprawie, ale mechanik nie potrafił dokładnie powiedzieć, co właściwie się stało. W rowerze trzeba było wymienić koło, w mieszkaniu pralkę, która odmówiła posłuszeństwa. Po prezentacji, którą przygotowywał do pracy, nie został nawet ślad. Przedłużył zwolnienie i zrobił to, co zrobiłby każdy odpowiedzialny człowiek w jego sytuacji – przestał odbierać telefony i czytać maile. Wydawało mu się, że utknął w jednym, koszmarnym dniu.

W piątkowy wieczór otworzył piwo, wziął łyka, resztę nalał do szklanki. Miał zapytać Agnieszkę, czy też chce, ale w tym momencie szkło pękło mu w dłoni. Wyrzucił wszystko do zlewu, opłukał rękę pod kranem i owinął ją ścierką. Szybko przeszła czerwienią.

  • Jestem przeklęty – stwierdził. – Aga, serio. Można mieć zły dzień. Dwa dni, może trzy – w porządku. Ale to, co się dzieje, to coś więcej niż pech. Wyglądam, jakbym przeniósł się w czasie z epidemii czarnej śmierci, wszystko wali się w gruzy. Jakby w każdej sekundzie coś nade mną wisiało. Rower, samochód, pralka, portfel, który zgubiłem, dokumenty i karty, znikające dokumenty z komputera? Wiem, że miałem to zrobione, wiem, gdzie było. Boję się wyjść z domu, ale boję się też w nim być. Jakbym cały czas czuł czyjś oddech na plecach. Wszystko, czego dotknę, zamienia się w gówno. Jak dodasz dwa do dwóch, wyjdzie książkowa definicja klątwy. Ty tego nie czujesz, Aga?
  • Czuję, że coś się wydarzyło. Widzę, że coś złego się z tobą dzieje, Adam. Może…
  • To te obsrane kręgi. Przecież to się idealnie zgadza. Coś musiało się stać. Chryste, jeszcze to, pieprzona wisienka na torcie.

Kopnął leżący na ziemi plecak, o który się potknął. Zabolało tak, że prawie krzyknął, łapiąc się za stopę. Przedmiot trafił w piekarnik, na grubym szkle pojawiło się niewielkie pęknięcie. Z plecaka, który leżał teraz na podłodze, wypadł kamień. Niewielki, płaski kamień. Nie musieli długo patrzeć, żeby zrozumieć, skąd go znają.

  • Adam, zabrałeś go stamtąd?
  • Ja? A niby po co miałbym przywozić do domu kamienie?

Aga schowała twarz w dłoniach i powiedziała coś przez palce. Adam nie usłyszał, ale nie musiał. Jeśli nie zrobiło tego żadne z nich, podejrzany był tylko jeden.

***

  • Nie czytałem nic głupszego, od kiedy wyrzucili mnie z grupy totalnej biologii na fejsie. W sumie, gdybym opisał tę sytuację, na pewno znaleźliby niezły konflikt…
  • Myślałam, że widziałeś ją już tam, wisiała na drzewie. Dziwiłam się, że nie skomentowałeś.
  • Znasz mnie. Na pewno bym sobie tego nie odmówił.

 

Patrzyli razem w telefon. Znaleźli zdjęcie kartki, która była przyczepiona do jednego z drzew przy kręgach. Po tym, jak zabrała stamtąd jeden kamień, jej życie zaczęło walić się w gruzy, co było dość dokładnie opisane.

  • Ona zrobiła to świadomie. A ja… przecież to nawet nie ja go wziąłem.
  • Wolałbyś, żeby to stało się Józiowi? – piorunowała go wzrokiem.
  • Jezu, nie, ale… no nie powiedziałbym, że to sprawiedliwe.
  • Przynajmniej wiesz, co musisz zrobić.

 

***

 

Wszystko było tak absurdalne, że Adam miał wrażenie, że zwariuje. Pożyczył samochód od teścia, a kamień położył na siedzeniu pasażera. Miał wrażenie, że noc zapadła, kiedy tylko znalazł się na trasie. W radiu przeskakiwał ze stacji na stację, szukając czegokolwiek, co mogło go zająć chociaż na chwilę. Choć lubił jeździć sam, tym razem było inaczej.

Niecodzienny pasażer wypełniał sobą przestrzeń. Adamowi zdawało się, że jeśli tylko spojrzy w lusterko, spotka się wzrokiem… z kimś. Z czymś. Nie chciał tego sprawdzać. Czekał na moment, w którym samochód rozkraczy się na środku autostrady albo zatrzyma go policja. Ale nic się nie działo. Prowadził spokojnie, auto połykało kolejne kilometry. Uczucie niepokoju było gdzieś z tyłu, towarzyszyło mu jak wierny, ale natarczywy przyjaciel.

Podkręcił radio i docisnął gaz. Mógł powtarzać sobie, że jest dorosłym typem, który nie wierzy w te bzdury, ale był tutaj, wioząc dwieście kilometrów przez noc kawałek skały. Trudno było z tym polemizować.

Zaczął denerwować się dopiero, kiedy skręcił z głównej drogi. Pamiętał, że dojazd był fatalny, ale jazda w nocy przez wertepy i piach przebiła najgorsze obawy. Musiało mocno padać i dwa razy prawie zakopał się w błocie. Jakieś zwierzę przebiegło mu kilka metrów przed maską i zniknęło między drzewami. Parking był pusty, a niewielkie stoisko, przy którym można było kupić pamiątki, zamknięte na cztery spusty. Nie chciał tu być.

Zgarnął kamień do plecaka, włączył latarkę w telefonie i wyszedł. Ciepłe letnie noce się skończyły, było chłodno i nieprzyjemnie, z każdym oddechem w powietrze leciał kłąb pary. Starał się nie myśleć. W ogóle. Gdyby był z Agnieszką, rzuciłby, że to jego naturalny stan. Gdyby był z Agnieszką i Józefem, mówiłby różne głupie rzeczy. I nie bałby się, choćby tylko po to, żeby oni się nie bali. Wiedział, że jest tchórzem, a otaczająca go ciemność, dojmująca cisza i nieprzyjemny ciężar w plecaku – uświadomiły mu to jeszcze mocniej. Gdzieś z boku, w gęstwinie, trzasnęła gałąź. Chciał tylko jednego – odwrócić się i biec, ale wyobraził sobie, jak drzewa za jego plecami zamykają mu drogę. Bał się obejrzeć.

Przed oczami zamajaczył mu pierwszy krąg. Nie musiałby nawet używać latarki – na polance było zdecydowanie jaśniej, ale to wcale go nie uspokajało. Światło księżyca sprawiało, że kamienie błyszczały upiornie. Nie było sensu iść dalej. Zdjął plecak z ramion, otworzył go i poczuł w dłoniach ciężar, którego nigdy nie powinien czuć, który nie był stworzony do tego, by trzymały go ludzkie ręce. Uklęknął na brzegu kręgu i odłożył go.

Pach, pach – dobiegł go głos gdzieś spośród drzew za jego plecami. Przypominał głos Józia, ale było w nim coś obcego. Po plecach Adama przebiegł dreszcz. Za bardzo się bał, żeby się odwrócić.

Telefon padł. Las ożył. Adam słyszał kroki, słyszał, jak ruszają się drzewa, jak grzechoczą kamienie, a korzenie przesuwają się pod nim. Nie potrzebował już światła, nie potrzebował drogi powrotnej.

Pach, pach – usłyszał znowu. To i jeszcze śmiech, na który inne głosy odpowiedziały jak echo. Nieprzyzwyczajone do tego, by mówić tym językiem, który ludzie rozumieją.

Adam rozumiał. I zrozumiał też, że kamień, który teraz leżał przed nim, nie był jedynym, który stąd zabrali. Pach, pach – jak mówił Józio, rzucając go do Wisły z mostu. Pewnie ważył z milion ton, pomyślał, kiedy wszystko wokół gasło i rozpływało się.

Przejdź do treści