fbpx
+48 736-84-84-44
Zaznacz stronę

I tak już dawno ubyłem o siebie

Jestem, jak buty ze zdartymi podeszwami. Przez dziury wnika we mnie chłód. Jestem, jak za duże buty z rozwiązanymi sznurówkami. Potykam się, szuram lub człapię. Gdy próbuję przyspieszyć, wypadam z gry. Jestem jak za ciasne buty. 

Kuleję.

Nie jestem parą butów, które już dawno dopasowały się do stóp, dając im wygodę i stabilność. Nie są już nowe, ale jeszcze na tyle dobre, że mogą długo posłużyć. Nie jestem parą butów, o które ktoś dba: czyści, pastuje, poleruje. Przecież dużo przed nimi wycieczek, spacerów, może nawet zatańczą, będą trzaskać obcasami energicznie i wesoło. Na pewno nie jestem takimi butami. Nigdy nie tańczyłem.

Ktoś, nie pamiętam kto, powiedział, że mam dwie lewe nogi, ale to nieprawda.

Mam nogę lewą i prawą, jak każdy człowiek. Mam też dwie ręce i inne części ciała. To mnie pociesza, daje poczucie normalności, a jednocześnie doprowadza do szaleństwa, kiedy patrzę w lustro. Niby jak inni, a jednak zdarty, dziurawy, rozklapany, niedopasowany. Dziwacznie się czuję, wiedząc, że nie umiem wykorzystać w pełni tego, co mam. Nie wiem, kto mógłby mnie tego nauczyć. Dla innych to proste. Tak myślę, patrząc na nich, kiedy idą ulicą, szybko, energicznie i zdecydowanie. Owszem czasem widzę podobnych do mnie, wtedy odwracam wzrok, tak bardzo ich żałuję. Nie chcę, aby to dostrzegli. Nienawidzę litości i wiem, że oni też nie. 

Najbezpieczniej patrzeć pod nogi.

Lubię być sam. Ciszę od czasu do czasu przerywa szczekanie psa sąsiadów. Szczekanie też lubię, lubię psy. Kiedyś miałem czarnego kundelka ze szpiczastymi uszami. Dawał się głaskać, karmić, wyprowadzać na spacer, pozwalał, żebym spał z nim w jednym łóżku. Wiedziałem, że jestem potrzebny, wygodny i solidny jak para butów do górskiej wspinaczki. Było mi dobrze z tym uczuciem. Nie wiem, czy inny pies zaakceptowałby mnie jak tamten kundelek ze szpiczastymi uszami i zakręconym ogonem. Boję się przekonać, ale najwięcej boję się cierpienia. A ktoś na pewno będzie cierpiał. On albo ja. Zaoszczędzę nam tego. Cierpienie nie jest nikomu potrzebne, więc po co go sobie przysparzać samemu…

Ktoś, nie pamiętam kto, powiedział, że cierpienie prowadzi do zbawienia.

Ja tak nie uważam, ale nie mówię o tym głośno. Ogólnie mało mówię, a raczej wcale się nie odzywam. Słucham.

Wczoraj kupiłem nowe buty. Dużo mnie to kosztowało. Do domu wróciłem na trzęsących się nogach, zzułem stare buty, ale ich nie wyrzuciłem. Stoją w przedpokoju i opowiadają swoją historię nowym. Przysłuchuję się, uspokajam, szlocham, śmieję – zdziwiony: aż tyle w nich przeszedłem? Naprawdę? Powłócząc nogami, potykając się, wykoślawiając je do granic możliwości? A jednak. Dlaczego miałyby kłamać? W tym momencie czuję, że jestem parą wyglancowanych oficerków albo eleganckich trzewików założonych na niezwykle ważną uroczystość. Prostuję plecy, aż trzeszczą stawy. Uzmysławiam sobie, że od lat nie unosiłem głowy. Dawno powinna spaść, ale jakimś cudem nadal jest na karku.

Ktoś kiedyś powiedział, nie pamiętam kto, że cuda się zdarzają. Jak widać miał rację.

Zatem wciąż z głową na karku, nienaturalnie wyprostowany, podchodzę do butów; na lewą nogę zakładam nowy, na prawą stary. Idę do pokoju, przez chwilę chodzę od ściany do ściany, po czym stwierdzam, że oba są wygodne, jednak stary bardziej. Chciałbym się w nim zmieścić. Cały.

Ktoś kiedyś powiedział, nie pamiętam już kto, że jeśli bardzo się czegoś chce, można to osiągnąć.

Jeśli to prawda, jestem winny, winny tego, że nie pragnąłem czegoś wystarczająco mocno. Do teraz. Siadam i wiem, że już nigdy nie zrobię kroku. 

***

Dziś śniło mi się, że udusiłam czarnego kota

Są takie sny, które uciekają z pamięci prawie w tym samym momencie, kiedy się budzimy. Pozostaje tylko wrażenie, że były piękne i dobre. Tak bardzo chcielibyśmy, żeby z nami zostały na dłużej, a tu… nic z tego.

Musi nam wystarczyć tylko to miłe wrażenie i nadzieja, że zapamiętamy następny – pełen radości, ciepła, po prostu błogi sen.

Zazwyczaj trudno nam się otrząsnąć z koszmaru. Próbujemy myśleć o czymś innym, ale on co rusz wraca, czai się i atakuje znienacka. Ta walka trwa raz dłużej, raz krócej, ale niestety nie zawsze kończy się naszym zwycięstwem. Są koszmary, od których nigdy nie uciekniemy.


Tej nocy udusiłam czarnego kota. Nie wiem, dlaczego to zrobiłam. Nie czułam złości. On się nie bronił. Zacisnęłam dłonie na jego delikatnej szyi i po chwili było po wszystkim. Jedno oko zwierzęcia pozostało otwarte – wielkie, błyszczące i piękne. Zamknęłam je, a z drugiego otarłam jakąś maź, która wypłynęła, gdy go dusiłam. Trzymając nieżywego już kota na rękach, nie czułam wyrzutów sumienia, ale smutek. Żadnych łez. Dużo smutku. Cisza. 

Przeżywałam żałobę po istocie, którą zabiłam.

Martwiłam się tym, co teraz zrobię z truchłem. Nie chciałam kota wrzucić do śmietnika czy porzucić gdziekolwiek indziej, chciałam go pochować. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam padający śnieg, jego grube i wielkie płaty tworzyły zasłonę, przez którą nie mogłam się przebić wzrokiem. Zamknęłam oczy i zrobiłam krok, pragnąc, żeby za tą zasłoną nastąpiło zmartwychwstanie.

Niestety, obudziłam się z myślą, że popełniłam zbrodnię na niewinnej istocie. To uczucie jest ze mną cały dzień. Zbliża się noc. Pada śnieg. Niedługo kolejne sny…

Kocham koty.

***

Kobietozbiór

Nareszcie znalazłem pracę, która mnie uszczęśliwia. Nareszcie wstaję rano bez ociągania; nie muszę pić kilku filiżanek diabelsko mocnej kawy, aby pobudzić się do działania. Nareszcie mogę zapomnieć, że istniałem wcześniej – w życiu, gdzie tylko musiałem.

Teraz już nic nie jest dla mnie przymusem, a wyłącznie przyjemnością. Odkryłem swoje powołanie, misję, pasję, która rozświetla, dotąd czarną jak smoła, przyszłość. Teraz wiem, co stanie się kolejnego dnia, planuję wszystko w najmniejszym szczególe, tak jakbym pisał scenariusz. Ode mnie zależy, jak potoczy się akcja. Czasem ją spowalniam, wiele obiecuję, aby po chwili się wycofać i nieoczekiwanie powrócić. Czasem prę do przodu – nieubłagany, wzbudzający podniecenie i strach.

Ale najpierw… najpierw muszą przekroczyć próg. Lubię wszystkie, jednak najbardziej te nieśmiałe, ciche, stąpające prawie na palcach. Jeszcze nie wiedzą, czego pragną. Szukają. Obserwuję, upajając się ich niezdecydowaniem. Przedłużam chwilę, nim podejdę; ślę obojętne spojrzenia, delikatne uśmiechy, takie zwykłe, uprzejmie i chłodne zarazem. Na inny uśmiech przyjdzie czas. Jestem tego pewien i ta pewność podoba mi się coraz bardziej,

 sprawia, że oddycham pełną piersią.


W końcu podchodzę i biorę sprawy w swoje dłonie, z których, te nieśmiałe, wygłodniałe kobiety, łakomie jedzą, a przed wyjściem dziękują.


– Do widzenia – mówię.

– Do widzenia – odpowiadają, nie wiedząc, że spotkanie nastąpi wcześniej, niż myślą.

Gdy przychodzą kolejne, energiczne, zmierzające pewnym, prawie żołnierskim krokiem do miejsca, gdzie muszą dostać to, czego chcą, udaję obojętność. Jestem zimny i profesjonalny. Obserwuję i widzę ich pragnienie emocji, widzę, jak rozpalają się z zaciekawienia, z ekscytacji. Lubią okrucieństwo i oczekiwania – podszyte bólem i strachem. Dam im to wszystko.

Rozczulają mnie te szukające idealnej miłości, romantyczne, zasnute marzeniami jak mgłą, eteryczne i słodkie. Muszę wejść w ich życie, aby dodać do niego pieprzu. Zapraszają rozchyleniem warg, później ud. Wchodzę powoli, delikatnie, by w końcu zamienić się w

żądną krwi bestię.

Są też kobiety zagadkowe, na pozór niedostępne. Długo o nich myślę; nie rozgryzam od razu, ale patrzę, wącham, czuję smaki na języku i nim połknę, długo się delektuję ich różnorodnością. Nie ma pośpiechu, bo na końcu zawsze jest przyjemność. Dla mnie.

I wiem, że będę miał je zawsze pod ręką; nigdy ich nie zabraknie, więc nie tęsknię za tymi, które zniknęły z mojego życia. Były ważne, ale tylko na krótko. Wyrzucam z pamięci wszystkie nieczytelne – szkoda na nie czasu, bo przecież jutro próg przekroczą kolejne. Umieszczę je w scenariuszu, każda zagra rolę – idealną i ostatnią.

Odnalazłem swoje powołanie.

Skip to content