– Kusisz – mruknął Drops nie całkiem jeszcze obudzony w kierunku nachalnego: Obejrzyj ponownie, widniejącego na ekranie komputera.
Potarł czoło obolałe od długiego, bezpośredniego kontaktu z bezlitośnie twardym blatem biurka i zaczął się zastanawiać, co go obudziło.
Wszystko wokół rozbłysło nagle zimnym, niebiesko-srebrnym błyskiem fleszu jakiegoś gigantycznego aparatu fotograficznego, a ciszę przerwał raniący uszy trzask jego migawki, grzmot przetaczający się nad budynkiem.
Drops przez moment zawstydził się, że niewidzialny ktoś dokumentuje moment jego przebudzenia, że przyłapał go w stanie całkowitej niemożności. Uznał, że niebo zapłakało nad nim, śląc na Pragę strugi wody w towarzystwie błyskawic i huku piorunów. Była to pierwsza samodzielna myśl od chwili otworzenia oczu, myśl przepędzająca poczucie wstydu.
Z mozołem i bardzo powoli wracał do rzeczywistości.
– Nic nie chce być proste – skonstatował usiłując bezskutecznie natrafić kursorem myszki na pasek z napisem: Wyłącz.
Po kilku nieudanych próbach udało się wreszcie. Zrezygnował z potwierdzenia operacji w osobnym okienku i widząc puste naczynie, coś pośredniego między kieliszkiem a szklanką, które czule nazywał miareczką, uświadomił sobie, że czeka go wyprawa do lodówki.
Ekran w międzyczasie wygasł, wyłaniając z szarości to rosnące, to kurczące się cyfry zegara: 2:30.
Pokonanie kilkunastu kroków dzielących biurko od lodówki, po rozkołysanej tajemniczym zrządzeniem losu podłodze, nie było łatwym zadaniem.
– Zgłaszam sprzeciw – Drops albo usłyszał, albo mu się zdawało, że słyszy głos swych własnych, wiotkich w kolanach nóg, które w ten sposób ogłaszały swą gotowość do wypowiedzenia posłuszeństwa.
– Sprzeciw oddalony.
Dzięki ścianie, o którą oparł dłoń, udało mu się stłumić bunt kończyn i dotrzeć do celu.
– Nic nie chce być proste – powtórzył zaglądając do wnętrza lodówki, w której było wszystko za wyjątkiem tego, czego akurat potrzebował.
Zamknął ją więc pospiesznie. A zaraz po niej także oczy, by po chwili szeptania zaklęć, otworzyć ponownie jedno i drugie. Jednak ani reset, ani zaklęcia nie pomogły. Jajka, parówki i pęczek zwiędłych rzodkiewek raziły oczy Dropsa swą bezużytecznością.
Siedząc na łóżku rozważał różne opcje. Wytrzyma, przecież jest dzielny. Położy się, uśnie i przetrwa. Nie, nie wytrzyma, nie przetrwa i nie uśnie. Potrzebuje koła ratunkowego. Pójdzie i zakupi. Albo lepiej najpierw wprowadzi dwie- trzy miareczki i dopiero wtedy uśnie.
Flesz rytmicznie wyłaniał z mroku bałagan w mieszkaniu. Trzeba tu będzie wreszcie zrobić porządek – pomyślał ponownie zawstydzony. Wstyd napełnił Dropsa animuszem, dodając odwagi do przetrwania. Może jednak wytrzymam; wytrzymam na pewno! Nie wytrzymam! Będąc prawie pewnym, że to słuszna konkluzja, zaczął zbierać siły. Spojrzał w okno, ale wątpliwości powróciły.
Nie da rady. Nie ma siły, by tak zdemolowany podjąć kolejną wyprawę. Trudniejszą niż podróż do lodówki. W dodatku najeżoną szeregiem niebezpieczeństw i pułapek, przed którymi ostrzegała go zmęczona wyobraźnia. Puste ulice. Deszcz ograniczający widoczność do tego stopnia, że ledwo rozpoznaje siebie, brnącego w wodzie sięgającej kolan. Światła reflektorów nie wskazujących kierowcom właściwego kierunku. Wycie klaksonów przeganiających go z miejsca na miejsce, a żadnego, w którym mógłby poczuć się bezpiecznie.
Okropności na miarę upiornego snu czyhającego na sposobność, by zburzyć nocną ciszę wypełnioną słodką błogością.
Żeby tak trafił się ktoś, kto jego problem ogarnie.
Przestań śnić i zejdź na ziemię. Znowu się oszukujesz. To twój rytuał. Przecież podjąłeś decyzję, zanim usiadłeś na łóżku. Ruszaj, uzupełnij braki. Uprościsz to, co proste być nie chciało.
Drops wbił stopy w trampki, ręce w rękawy kurtki, naciągnął kaptur i poczłapał do drzwi.
Kilkaset metrów dzielących jego kamienicę od 24h zapowiadało się, jako koszmar niemający końca.
Przemókł, gdy tylko wynurzył się z mdłego światła bramy na oświetloną neonowym logiem Carrfoura, Białostocką. Ruszył w kierunku Markowskiej, w którą skręcił. Zostawiając po prawej stację benzynową z udanym logo CPN, zdyszany i przemoczony dotarł do kapliczki Maryi Loretańskiej strzegącej skrzyżowania. Bezwiednie przeżegnał się, skręcił w Ząbkowską i znieruchomiał.
– Jezu mój – wyszeptał.
Bezsilny wobec własnego zachwytu Drops nie był w stanie postawić jednej stopy przed drugą.
Oto przed nim wodna kurtyna odgradzająca go od niewytłumaczalnego zjawiska. Błyskawice rozświetlające grafitowe niebo odbijały swe światło od chodnika, którego prozę krople deszczu pokrywały wodnym dywanem w kolorze rtęci. Zdawało się, jakby chodnik stał się symetrycznym odbiciem fragmentu nieba, bowiem zygzaki wyładowań odbiwszy swą jasność od ziemi, powracały do nieba i ginęły pochłaniane przez noc, minąwszy po drodze następne zmierzające w dół ku chodnikowi.
Odwagi Drops. Nie był pewien, czy wypowiedział te słowa, czy tylko pomyślał. Znasz tę drogę, każdy jej cal, naprzód zatem.
Ostrożnie zanurzył się w wodnej kurtynie i przy akompaniamencie grzmotów, czując powołanie jako ten wybrany przez los, ruszył w stronę plątaniny świetlnych zygzaków.
Nie każdemu przecież dane jest takie doznanie.
Myśl ta, powtarzana raz za razem, doprowadziła Dropsa do rezygnacji z własnej woli, owej kolebki lęków i niepewności, dodając śmiałości do poddania się nieuniknionemu.
Rtęciowy dywan okazał się ciepłą, miłą substancją, która od razu wypełniła jego niezasznurowane trampki. Drops sunął naprzód krokiem panczenisty, nie odrywając trampek od chodnika w obawie by ich nie zgubić. Zachwycony feerią błyskawic, ogłuszony hukiem grzmotów parł metr po metrze przepełniony wdzięcznością za samotność w jego drodze, za brak konieczności dzielenia się z kimkolwiek nocną przygodą. Dostrzegł wprawdzie kilka postaci przyglądających mu się z okien domów po drugiej stronie ulicy, ale ignorował ich pozorną obecność.
To byli świadkowie, widzowie oglądający spektakl. Dalecy od braw i spontanicznego aplauzu. Oczekujący za to sensacyjnego wypadku, czyhający na upadek wybrańca. To usprawiedliwi ich nieobecność i pozwoli drwiąco skomentować wariata, spacerującego bez sensu nocą podczas burzy.
Dla emocji, które są im obce i na zawsze takimi pozostaną.
Dywanowe zjawisko ustąpiło prozie chodnika, gdy tylko Drops dotarł do przejścia dla pieszych przy Tarchomińskiej. Latarnie nie świecą, sygnalizacja sygnalizuje na czarno. Jedyny jasny punkt to sklepowy neon: W&L Delikatesy 24h.
No Drops, widzisz to światełko po drugiej stronie? To twój cel i koniec męczarni. Już widać ulgę nadciągającą z odsieczą. Jeszcze odrobina wysiłku. Pikuś w porównaniu z tym, co masz za sobą. Naprzód!
Dzielnie pokonał odległość dzielącą zatopione krawężniki obydwu stron Ząbkowskiej. Rzucił krótkie: –Siema Felek w stronę osobnika z papierosem w długiej cygarniczce, którego wyciągnięta do przodu głowa pod skórzaną maciejówką świadczyła o obojętności właściciela, skrywającej czujność praskiego cwaniaka, nieprzepuszczającego żadnej okazji do pokątnego zarobku.
Nie spodziewał się odpowiedzi od postaci z fotografii, która obok innych, niemniej malowniczych wypełniała witrynę jego Mekki.
Energicznie otworzył drzwi. Wszedł do środka i natychmiast odrzucił kaptur, racząc podłogę grzebieniem deszczówki. Nie zdążył dojść do lady. Nie zdążył jeszcze powiedzieć: dzień dobry, a już sympatyczna dziewczyna za ladą, której imienia Drops nie był nigdy w stanie zapamiętać, powitała go niesympatycznym:
– Nie ma mowy Drops. Nie sprzedam ci.
– Nie bądź jędzą – warknął.
– Właśnie, że będę, spójrz tylko na siebie.
Jej słowa zraniły Dropsa, zanim jeszcze je usłyszał.
– Auć – zasygnalizował swój ból –ty lepiej spójrz na mnie. Czy ty wiesz milutka, ile wysiłku mnie kosztowało, by tu dobrnąć, będąc ściganym przez pioruny? Wiesz, ile smoków musiałem pokonać po drodze, żeby ciebie zobaczyć moja księżniczko? Stawiaj o tu, dwie flaszki Ostoi. Czystej jak sumienie noworodka i zimnej jak twoje serce. I zapakuj z łaski swojej. Tylko nieprzemakalnie poproszę. Zero eko!
Słowa wypełzały z szelestem z jego ust, z olbrzymim wysiłkiem wypychane krótkimi, nerwowymi oddechami, a każdemu z nich spieszył ze wsparciem jego wskazujący palec, którym Drops wystukiwał złowieszczy rytm, pukając w stuzłotowy banknot przyklejony do sklepowej lady. Obdarował przy tym dziewczynę czułym spojrzeniem.
Dziewczyna najwyraźniej zaczęła mięknąć, bo odezwała się zupełnie innym tonem.
– Drops, jesteś fantastycznym, przemiłym facetem. Kiedy nie pijesz.
Drops milczał śledząc każdy ruch dziewczyny, a jego palec znieruchomiał dopiero w momencie, kiedy za ladą odbyła się oczekiwana ceremonia celebracji bioder rozkołysanych kilkoma krokami w stronę przeszklonej skarbnicy.
– Ale kiedy pijesz, jakiś diabeł w ciebie wstępuje. Zachowujesz się jak opętany. Zrób coś z tym.
– Pomyślę o tym na pewno.
– Sam se zapakuj – ton dziewczyny wrócił do poprzedniej szorstkości.
Stawiając na ladzie obok plastikowej siatki dwie doskonale zamrożone butelki- dodała rozkazującym tonem, paradoksalnie do czynności: i wytrzeźwiej!
Chwilę później Drops przytulony do mokrego słupka wygaszonej sygnalizacji świetlnej, pociągnął z butelki spory łyk. Potem następny.
– Rób swoją robotę – szepnął i troskliwie zakręcił butelkę.
Niemniej troskliwie ulokował ją w plastikowej siatce i już prawie spokojny, w strugach deszczu czekał na spodziewany rezultat.
Od strony Markowskiej, niczym para jarzących się oczu, światła reflektorów samochodu, który, jak zdawać się mogło, płynął, przebijając wodną kurtynę. Oczy rosły powoli, lecz nieuchronnie. Drops świadomie nie cofnął się ani o krok, odważnie czekając na oddolny prysznic z kałuży. Zaraz potem z satysfakcją obserwował grudki błota, które deszcz miarowo i skutecznie zmywał z jego ubrania.
Ablucja ablucji w tak zwanym międzyczasie – pomyślał.
UWAGA WYRĘCZYCIEL!!!
WYRĘCZAM WE WSZYSTKIM!!!
W świetle błyskawicy dostrzegł zielone ogłoszenie, naklejone na gładką powierzchnię słupka. Początkowo uznał to za złudzenie. Jednak tkwiąca głęboko w podświadomości Dropsa, a niewydobyta na powierzchnię, potrzeba wsparcia sprawiła, że sięgnął po telefon i w świetle latarki przekonał się, że to, co widzi, widzi naprawdę.
– Deus provi debit – zawołał przypomniawszy sobie, że jeszcze przed kwadransem zaklinał opatrzność w potrzebie. Właśnie znalazł kogoś, kto w przyszłości ogarnie jego problemy z niemocą i brakiem wyrozumiałości sklepowej obsługi.
Oderwał ostatni nieoderwany pasek z numerem telefonu. Schowawszy go w najbezpieczniejsze miejsce, czyli tam gdzie butelki, głośno się zaśmiał. Posłał całusa w stronę drzwi sklepu, a potem zaciśniętą pięść.
Powoli, nie bez nonszalancji, wyprostował środkowy palec.
Z postanowieniem okazania dzikiej radości z każdego grzmotu, tanecznym krokiem ruszył w kierunku rtęciowego dywanu.
Wódka zaczęła robić to, co do niej należało.
Deszcz przestał padać dokładnie w chwili, kiedy Drops wystukał kod wejściowy do bramy kamienicy.
Już w mieszkaniu, wyżymając nad wanną przemoczone ubranie, śmiał się sam z siebie, że taki niecierpliwy, że gdyby odczekał, uniknąłby deszczowej kąpieli. Jednak wtedy ominąłby go udział w niecodziennym zjawisku i towarzyszące temu doświadczenie. Znowu poczuł się wybrańcem. Bez wątpienia było to zjawisko przeznaczone dla niego. Namacalny i widzialny, choć nie w pełni zrozumiały, sygnał z niewidzialnego świata.
Całkiem nagi wyszedł z łazienki i znacząc podłogę śladami mokrych stóp, rozpoczął rytualną krzątaninę. Precyzyjnie napełnił miareczkę, pospiesznie ją opróżnił, po czym napełnił ponownie. Umieściwszy butelki w lodówce, rozsiadł się w fotelu.
Długo przyglądał się zielonemu paskowi z wydrukowanymi cyframi, szukając w nim odpowiedzi, co to dla niego oznacza. Do czego los go zachęcał lub przed czym ostrzegał? Postanowił sprawdzić to jeszcze tego samego dnia.
Wspomniał rtęciowe ciepło zalewające mu stopy. Przypomniał sobie udowodnione twierdzenie, że czas na wysokości stóp płynie wolniej niż na wysokości głowy i bezwiednie myśli wkroczyły w obszary grawitacji kwantowej. Czas to ciepło, ciepło to czas. Tylko, co z tym ma wspólnego zielony pasek?
Ach, dlaczego nie pamiętamy przyszłości.
Zza okna dobiegał coraz śmielszy świergot ptaków. Świtało. Drops nie spodziewał się niczego szczególnego po nastającym poranku, więc uciął wewnętrzne rozważania i z pustą miareczką w dłoni zasnął w fotelu.