Ostry sygnał karetki wjeżdżającej na OIOM, wyrywa mnie ze snu. Zapalam lampkę, lecz gaszę ją natychmiast, orientując się, że na ściennym zegarze dochodzi dopiero trzecia. Ciemność otacza mnie ze wszystkich stron. Leżę w szpitalnej izolatce i nie pamiętam, co mi się śniło. Wiem tylko, że dzisiaj czeka mnie operacja. Doktor zapewnił, że to rutynowy zabieg, a pielęgniarka oddziałowa stwierdziła, że nie ma się czego bać. Staram się na nowo zasnąć, ale sen nie wraca. Kiedy byłem małym chłopcem, przykładałem pięści do oczu, szeptałem jakieś zaklęcia, po których momentalnie zapadałem w sen. Próbuję znowu zastosować tę starą sztuczkę. Zaciskam palcami kciuki, przykładam je do powiek, lecz nie pamiętam zaklęć. Przez dłuższą chwilę nic się nie dzieje. Widzę tylko pod powiekami taniec pomarańczowych iskier, podobnych do tych, które wylatywały z komina starej odlewni żeliwa w Morągu. Oglądaliśmy je wiele razy z moim bratem Piotrkiem, nie mogąc się na nie napatrzeć. Teraz podobne iskry wirują w mojej głowie coraz szybciej i raptem gasną. Widzę po chwili małego chłopca wspinającego się po drewnianym płocie na drzewo morwy. Poznaję spodenki na szelkach, usmarowaną bawełnianą bluzkę i znoszone sandałki. To ja. Zginam gałąź, zwisam głową w dół i sięgam ręką po czarne owoce, które smakują jak dojrzałe jeżyny. Sok ścieka mi po policzkach, skleja rzęsy, ale wciąż mi mało. Jak głodny ptak, przeskakuję z gałęzi na gałąź, łykając soczyste morwy. Brat robi to samo. Bujamy się na gałęziach, lecz w końcu, obsztorcowani przez wychowawczynię, zeskakujemy na ziemię i dołączamy do dzieci bawiących się w berka.
Staram się przywołać najdawniejsze wspomnienia z dzieciństwa, jednak nie potrafię znaleźć pierwszego obrazu. Może był nim kasztan, którego gałęzie dotykały okien na drugim piętrze kamienicy, w której niegdyś mieszkałem. W maju przystrajały go gęste, białe kwiatostany. Gdy otwieram okno wyobraźni, znów wyczuwam ich intensywny zapach i słyszę brzęczenie pszczół oraz trzmieli, siadających na miododajnych wiechach. Dalej za rozłożystym drzewem rozpościerała się łąka, na której łaciata koza zapamiętale skubała trawę, kręcąc się wokół metalowego palika dotąd, aż nie potrafiła się uwolnić z łańcucha.
Moje wspomnienia przyspieszają. Widzę tę samą łąkę, lecz zamiast kozy, obok metalowego śmietnika, mój pies Mops płaszczy się na ziemi. Przestraszył się hycla, który go osaczył. Mężczyzna szybkim, wyćwiczonym ruchem zarzuca pętlę na szyję Mopsa i ciągnie go w stronę wozu. Nasz kundel charczy i sika pod siebie. Przerażeni krzyczymy z Piotrkiem przez okno, a naszym wołaniom wtórują bezpańskie psy zamknięte w klatkach. Zaalarmowany ojciec wpada do naszego pokoju, wychyla się i obrzuca rakarza stekiem wyzwisk. Bluźnierstwa odnoszą skutek. Hycel luzuje pętlę, uwalnia więźnia, po czym wsiada na wóz, zacina konia batem i odjeżdża, szukać w naszym miasteczku kolejnych ofiar.
Jakby było mało tych okropności, przed moimi oczami wyświetla się kolejne zdarzenie. Miałem wtedy nie więcej niż sześć lat, gdy zaciekawiony obserwowałem naszego sąsiada, siedzącego przy ognisku na odwróconej skrzynce i palącego papierosa. W pewnej chwili sąsiad wrzucił niedopałek do ognia i wyjął obcęgami spomiędzy szczap rozgrzany do czerwoności stalowy drut. Potem szybko nachylił się nad zamkniętym koszem i wyciągnął z niego małe, wijące się stworzenie – szczura. Przydeptał kaloszem jego głowę, a potem metodycznie wypalił mu oczy i wypuścił na wolność. Przeraźliwy pisk okaleczonego zwierzęcia dalej wwierca mi się w uszy. Nie mogłem ochłonąć, byłem sparaliżowany ze strachu, jak mój pies złapany przez rakarza. Chciałem odejść, lecz ojciec mojego kolegi wziął mnie delikatnie za rękę i uśmiechając się, powiedział, że to nauczka dla innych szczurów, a ślepak ma ich raz na zawsze wystraszyć.
Niechciany obrazek pamięci znika, gdy przejeżdża kolejna karetka na sygnale. Zastygam, nasłuchuję. Ze szpitalnego korytarza dobiegają czyjeś kroki. Ktoś wsiada do windy. Słyszę zgrzyt zamykanych drzwi. Winda odjeżdża. Gapię się w okno. Pada deszcz. Na rozmazanej szybie pulsują rozmyte światła telewizyjnej wieży. Oddycham ciężko. Kręci mi się w głowie, czuję tępy ból w kręgosłupie i może stąd biorą się te przerażające wspomnienia, których nie umiem wymazać z pamięci. Czyżbym nigdy nie mógł się ich pozbyć? Przecież w moim dzieciństwie nie brakowało miłych chwil. Dobrze pamiętam furmankę ciągnioną przez gniadego perszerona. Podkowy kląskały na bruku, krzesząc iskry. Na koźle siedział nabzdryngolony furman i krzyczał na cały głos, że stare szmaty i butelki skupuje. Gdy wóz zatrzymał się na wprost naszej kamienicy przy Pułaskiego, ja z moim bratem obejrzeliśmy klejnoty ogiera zwisające mu do kolan, a potem jak na komendę pobiegliśmy do domu po stare ubrania oraz kilkanaście butelek po oleju i wódce. Woźnica oglądał nasz towar. Kręcił głową, upierał się, że to za mało, lecz w końcu dał nam na odczepnego czerwoną piłeczkę wypchaną trocinami i blaszanego kapiszonowca, z którego zrobiliśmy użytek, bawiąc się z chłopakami w wojnę.
Nie miałem więcej niż siedem lat, gdy przed naszą dwupiętrową kamienicą zatrzymała się garbata warszawa. Samochody były wtedy w moim mieście rzadkością, więc nie zastanawiając się długo, zakradłem się od tyłu do auta i, niezauważony przez kierowcę, wskoczyłem na zderzak. Chciałem się tylko kawałek przejechać. Samochód ruszył, a ja jechałem uczepiony zderzaka, upajając się prędkością. Moja radość szybko się skończyła. Byłem przerażony. Samochód pędził coraz szybciej, a gdy na łuku nieco zwolnił, zeskoczyłem, uderzając kolanami o bruk. Leżałem na ulicy, otrzymując kolejną bolesną lekcję. Do tej porażki nie mogłem się nikomu przyznać – ani rodzicom, ani bratu, ani siostrze Maryli.
Na naszym podwórku nie brakowało ekscytujących zabaw, a prowodyrów było wielu. Pamiętam, chociażby nasze zimowe polowanie. Każdy z naszej paczki zabrał ze sobą własnoręcznie zrobiony łuk oraz pęk strzał z gwoździami. Mieliśmy zamiar ustrzelić zająca albo kuropatwę i pochwalić się łupami przed rodzicami. Wyszliśmy w tajemnicy ścieżką między chlewikami i skierowaliśmy się za tory kolejowe. Brnęliśmy przez śnieżne zaspy, sięgające kolan. Rozglądaliśmy się, lecz na polu zasypanym śniegiem nie było widać szaraków ani kuropatw – ich ślady zasypał śnieg. Kierowaliśmy się w stronę lasu widocznego na horyzoncie, bo tylko tam mogły się kryć szaraki. Szliśmy coraz wolniej, mocno już przemarznięci, lecz żaden z nas nie chciał okazać się tchórzem i pierwszy się poddać. Zmierzchało. Mróz tężał. Kiedy las był już niemal na wyciągnięcie ręki, usłyszeliśmy za sobą głośne wołania. Obróciliśmy się. Od strony miasta zbliżała się do nas grupka dorosłych. Pobłyskiwały światła latarek. Byliśmy zawiedzeni, że nasi rodzice przerwali naszą zimową wyprawę, a jeszcze większą pretensję mieliśmy z bratem do siostry, Marysi, że zdradziła im tajemnicę, gdzie poszliśmy.
Była noc, gdy wróciliśmy do domu. Ledwie przekroczyliśmy próg, mama nalała do miski zimnej wody i kazała nam zanurzyć w niej przemarznięte nogi. Pamiętam, że zimna woda z kranu parzyła nas w stopy i że syczeliśmy z Piotrkiem, a Marysia mówiła, że to za karę. Potem mama natarła smalcem nasze ciała, przebrała nas w ciepłe piżamki, a ojciec nagrzał kołdrę o kaflowy piec, przykrył nas i momentalnie zapadliśmy w sen.
Leżę teraz w szpitalnym łóżku i, gdy bezskutecznie próbuję zasnąć, w mojej pamięci ożywa inna scena z dzieciństwa. Jest ciepły jesienny dzień, gdy siedzimy przy ognisku na łące i pieczemy w żarze kartofle. Wyciągamy je z popiołu patykami i zajadamy się nimi, chociaż są jeszcze twarde. Nagle z sąsiedniego podwórka przybiega jakiś chłopak i pyta nas, czy wiemy, że na torach do Żabiego Rogu pociąg rozjechał krowę. Gasimy ognisko, sikając do niego, a potem biegniemy za barakami, obok stawu, w którym topi się małe kocięta, zobaczyć, co się stało. Gdy docieramy do semafora, naszym oczom ukazuje się makabryczny widok: zwłoki krowy są rozciągnięte na długości kilkuset metrów. Podkłady kolejowe, tłuczeń i chwasty pokrywała czerwona maź. Krowia głowa z ułamanym rogiem leży w rowie, a nogi są obcięte i porozrzucane po skarpach. Dorośli przeganiają nas. Właścicielka krowy płacze. Pojawia się służba ochrony kolei i każe nam zmykać. Wracamy na podwórko, komentując zdarzenie. Przechwalamy się, kto widział więcej flaków i krwi. Po drodze zrywamy gałęzie głogu. Siadamy na murku przed kamienicą. Jemy cierpkie owoce i plujemy pestkami na trawę.
Niespodziewanie slajd z rozjechaną krową znika i pojawia się następny. Idę na pierwszomajowy pochód na cmentarz żołnierzy radzieckich. Widzę, jak łopoczą czerwone sztandary. Gra wojskowa orkiestra, ludzie śpiewają patriotyczne pieśni. Nudzimy się z bratem, a na dodatek bolą nas nogi. Obietnica lodów waniliowych, które ma nam kupić ojciec, na krótko studzi nasze narzekania. W końcu męcząca uroczystość kończy się pod trybuną honorową. Tłum śpiewa:
Wyklęty, powstań ludu ziemi!
Powstańcie, których dręczy głód!
Myśl nowa blaski promiennemi
Dziś wiedzie nas na bój, na trud.
Pieśń cichnie. Pytamy ojca, dlaczego lud ziemi jest wyklęty, ale odpowiada nam jakoś wykrętnie i nic z tego nie rozumiemy. Dostajemy w końcu obiecane lody, lecz zamiast do domu idziemy jeszcze dalej, na ludowy festyn na drugi koniec miasta, na stadion Huraganu. Tam zabawa trwa w najlepsze. Jedni skaczą w workach na wyścigi, inni przeciągają linę. Ktoś próbuje się wspiąć po butelkę wina na drewniany słup wysmarowany smalcem. Na rzutni dla dyskoboli ustawiła się długa kolejka przy ciężarówce z brezentową budą. Sprzedawczyni w białym fartuchu i czepku na głowie sprzedaje kiełbasę, bułki, piwo i oranżadę.
Obraz majowego święta rozpływa się, a klatki wspomnień znowu mieszają się w mojej głowie, jak pocięta filmowa klisza. Nic nie pamiętam z pierwszego dnia w szkole, widocznie byłem zaaferowany tą podniosłą uroczystością. Przypominam sobie za to boisko przed szkołą, bieżnię i skocznię do skoków w dal i wzwyż, na której niefortunnie skacząc przez sznurek, zaplątałem się i przewróciłem stalowy słup, który złamał mi nogę. Pamiętam jeszcze wielką aulę ze sceną teatralną na ostatnim piętrze. W auli przeciskałem się między drewnianymi schodami i wchodziłem pod scenę, gdzie mleczne światło wpadało przez niewielkie okienka pokryte pajęczynami. Tam była moja kryjówka, w której słuchałem deklamowanych wierszy, podniesionych głosów nauczycieli, dudnienia drewnianej podłogi, gdy deski uginały się pod rówieśnikami tańczącymi krakowiaka. Czasem wydaje mi się, że wciąż tkwię pod tą sceną w starej auli poniemieckiej szkoły i nasłuchuję odgłosów dzwonka na lekcję oraz rozmów kolegów i koleżanek, których nazwisk już nie pamiętam.
Niedługo zacznie się obchód. Przekręcam się na drugi bok bezskutecznie próbując zasnąć i wtedy pod powiekami pojawia się cel moich dziecięcych wypraw na rowerze – droga do Raju. Jest wrześniowe, a może październikowe popołudnie. Kasztany w brązowych łupinkach leżą na popękanym asfalcie. Hamuję, zsiadam z rowerka i opieram go o pień drzewa. Napełniam kieszenie, połyskującymi w słońcu skarbami. Mogę już wracać do domu, ale coś mnie zatrzymuje. Słyszę metaliczny odgłos – to posiwiały na skroniach mężczyzna klepie na polnym kamieniu kosę. Nie potrafię się ruszyć. Zbliżam się do niego ostrożnie. Mężczyzna nie zauważa mnie, wciąż jest pochłonięty swoją pracą. Po kilku minutach przestaje klepać kosę. Podnosi głowę, spogląda na mnie. „Chcesz spróbować?” – pyta, wyciągając rękę z młotkiem. Nie wiem, dlaczego odmawiam. Wystraszony wsiadam na rowerek i pędzę, ile sił w nogach, do domu.