fbpx
+48 736-84-84-44
Zaznacz stronę

CIEPŁO, CIEPLEJ

Część I większej całości

Marzyłem, że kupię sobie: sztuczną trawę, małe kamyczki, garść odlanych z foremek znaków w kształcie krzyża i że później pomaluję je w kuchni akrylowymi farbkami i ułożę na parapecie do wyschnięcia, jak trofea z polowania. Królicze łapki. 

W tamtych dniach miałem naprawdę dużo wolnego czasu i wracałem wciąż do tego samego miejsca. Ukryta w szkielecie z żelbetonu komnata, pełna małych światów. Wchodząc do salki pachnącej jak wnętrze starej książki telefonicznej, wodziłem wzrokiem za małymi kolorowymi smokami. Powycinane z matowych blaszek trybiki, silniczki o napędzie z karbidu i siarki. Dziwne wehikuły wędrowały po makietach przedstawiających nieprzyjazną tundrę z plastikowego igliwia i wyrytą w piankowej skale rzeczną dolinę, przyprószone na dachach śniegiem z drobnego styropianu. W ich cieniu niknęły drogi z plastikowymi fiatami i polonezami. Również zasypane białym cukrem-pudrem, jak pączki pieczone przed tłustym czwartkiem. Z daleka przypominały pasmo śnieżenia na naszym wysłużonym telewizorze. 

W tamtych dniach dużo myślałem o pieniądzach. Chciałem mieć pieniądze. A później wydać je na wszystkie małe, niezbędne elementy, które w moich rękach stworzyłyby idealną kopię naszego, dużego świata. Jelenie wielkości młodych kasztanów i chmarę podróżnych wielkości kamyczków, upchniętych na plastikowych peronach. Godzinami siedziałbym w ciszy i samotności, składając piękną układankę. A później, spragniony ludzi i ludzkiej uwagi, zapraszałbym gości. 

Dzień dobry, dzień dobry, to moje skromne progi, proszę nie ściągać butów. Przyjaciele i obcy wchodziliby do salonu, a na stole, tuż obok zaserwowanej herbaty, sunęłaby lokomotywa wielkości świnki morskiej; niewielka, a z daleka podobna do komety w jasną noc. Ich usta rozszerzałyby się w niemym zdumieniu. Później padałyby słowa:

Doskonale pan dostrzegł te detale. I jaka precyzja.

 J a k   ż y w a!

Złożyłeś ją z ponad tysiąca elementów? Ledwo widzę poszczególne części gołym okiem, a tobie nie zadrżała ręka przy sklejaniu. 

N i e s a m o w i t e !

Zaciskałem powieki najmocniej, jak się da, aż do momentu, gdy zupełna ciemność ustępowała miejsca tańczącym kropkom, a wtedy widziałem już wszystko, w najdrobniejszych szczegółach. Przy wieczornej kawie odgłos małych metalowych kółek sunących po szynach szerokości małego palca. Gdy na nowo otwierałem oczy, mój wzrok napotykał zniecierpliwione spojrzenie sprzedawcy. Zazwyczaj robiłem to, co zrobiłby każdy dzieciak. Uśmiech. Bez odwzajemnienia. Wreszcie łyk powietrza, nabrany jeszcze raz w płuca głęboko, i bieg przed siebie. Dźwięk dzwonka poruszonego otwarciem drzwi.

Dalej doskonale znana droga. W dół od pawilonu, wzdłuż monopolowego, gdzie nie wolno mi było włóczyć się wieczorami i później na drugą stronę ulicy do warzywniaka. Na wymiętej kartce z kleksem atramentu, doskonale znana lista zakupów: seler, dwie marchewki na zupę i trzydzieści deka salcesonu. Myślałem o tym wszystkim, czego nie mogę nikomu powiedzieć i czego nie mogę mieć, a ręce wkładały rzeczy do koszyka z napisem: Dobra nasza, dobre nasze!. Automatycznie. Potem wystarczyło oddać się nogom, one prowadziły same, jeszcze niżej po schodach, na stary pas startowy i na koniec do domu, posłusznie, po obiad. Od progu słyszałem krzyk mamy, bo okazywało się, że spędziłem w sklepie ponad trzy godziny. Skąd mogłem wiedzieć? Nie było nas stać na zegarek na rękę. Na komunię dostałem żelki i czekoladę pomarańczową. 

Nigdy zegarków nie lubiłem. Szpeciły ludzi i zabierały im czas. Obiecałem sobie, że czego jak czego, ale zegarka nigdy nie kupię.

*

Przelewałem wodę z jednej strony wanny na drugą i zamieniałem skórę w pomarszczony pergamin. Była niedziela. Miałem trzynaście lat i wstydziłem się. To uczucie wypełniało mnie, jak kłęby wodnej pary i osiadało na zimnych, niebieskich kafelkach z akcentem wzorzystego grzyba. Nie mogłem powiedzieć chłopakom z klasy, że wolałbym godzinami siedzieć w ciszy i składać uparcie mój własny, mały pociąg, niż grać z nimi w piłkę. Nie chciałem powiedzieć mamie, że bardziej cieszyłbym się z farbki w kolorze brudnej rzeki, niż z wełnianych rękawiczek. A może to tylko wymówka? Było wiele takich spraw, o których lepiej po prostu milczeć. I tyle. Żeby nie spotkać się ze ścianą śmiechu, albo co gorsza krzywym spojrzeniem. Chyba o to w tym chodzi. Nie mówić nic. A krople wody ściekały po lustrze w swoim rytmie, rysując coś na kształt rozkładu miejskich tramwajów. 

Woda podstępnie stawała się chłodniejsza niż ciało. Wyjmowałem odmoknięte ręce o zapachu szarego mydła. Drżały. Zimno. Pod bladą skórą czułem, że nie chcę wychodzić, ani iść nazajutrz gdziekolwiek indziej, niż do sklepu z częściami innych światów. Innych niż ten.

Trzeba poczekać. Kilka minut, potem tydzień i kilka lat. Nawet bez zegarka. Potem będę większy i z kieszeniami wypchanymi pieniędzmi. A wtedy te wszystkie problemy stracą na znaczeniu. Wystarczy, że nauczę się krzyczeć. Tak, raz, a porządnie. Głośniej niż gwizdek parowozu.

***

Czasem zdarza się, że boli za bardzo. Że kilka ketonali przepitych rano mlekiem, przygląda się z daleka, jak krew w nogach płonie i nie robi zupełnie nic, stoi z założonymi na piersiach rękoma, jakby nie opłacało się biec po wodę. Stopy stają się wtedy dwoma rozgrzanymi polanami, spod których dawno temu, w innym świecie, wyciągało się szare ziemniaki. Jest źle, a jednak żyjemy. Myślę sobie, że to dlatego, że nasze ciało zna ogień lepiej, niż samego siebie. Gorączki, róże, rumieńce, odbicie lipcowego słońca. Jest tego pełno, odbijają się, jak promienie światła na każdym załamku codzienności, niezależnie od tego jak wysoko na niebie zawieszone jest słońce. Cała paleta rzeczy stworzonych tylko po to, by palić. Wypalać. A my wciąż uparcie i chyba na złość, żyjemy. 

Tamtego dnia robiłam placki ziemniaczane.

Ze starego głośnika charczała jakaś muzyka ze słowami, których nie warto pamiętać. Wbijałam jajko do żółtawej masy, mieszając energicznie łyżką. Melodia płynęła, telewizor w salonie rzucał nowinami o starej, jak zaropiała rana, wojnie. Łyżka mieliła ziemniaczaną papkę z odgłosem chłeptania wody przez spragnionego psa. 

Słowem, w naszym domu panowała cisza. Słowa poukrywały się głęboko jak choroba, która każdego dnia pozwala oddychać trochę krócej i zostawia nieco więcej włosów na poduszce. Potem przychodzi dzień, w którym robi się placki na obiad, a chwilę później leży na podłodze ze śmietaną na koszuli i bardzo głupią miną, bo żadne słowo sprzeciwu jak na złość, i tym razem, do głowy nie przychodzi.

Maciek znalazł mnie po odgłosach jęczenia. Jego stukpukszurpuk rozpoznałabym nawet pośród kotłowaniny metra w gorących, popołudniowych godzinach szczytu. Najpierw laska lądowała na matowej powierzchni kafelków, zaraz potem próbowała nadążyć na nią lewa noga, a prawa dowlekała się zazwyczaj ostatnia z cichym szurnięciem kapci. Robił to niespiesznie, ale z wyczuwalnym napięciem, jakby każdy mięsień rozciągał się do granic możliwości, by tylko nadrobić to, co zabrał mu malutki farfocel, który zabłądził do głowy i został tam nieco za długo. 

Nie krzyczał. Zawsze tłumaczyłam to sobie w jeden sposób. Jedyny, który pomagał. Przecież rozumieliśmy się bez słów. I nawet było lepiej bez tego całego jezusmaria, magdawstawaj i kurwacosiędzieje, przeplatanych, jak trzy części jednego warkocza. Czytałam wyraźnie między wierszami z ruchów jego brwi, grymasów, falowania mięśni na policzkach. Chwyciłam go za rękę, a oszalały puls zaczął łupać mi po skórze – mały owad zamknięty w pięści. 

– Telefon, Maciek – powiedziałam za niego. – Chciałeś zadzwonić po pogotowie, tak?

Chciał. Przeszurał podłogę w swoim dziwacznym chodzie i dopadł komórkę zostawioną na komodzie, w salonie. Wystukał numer, a w słuchawce odezwał się męski głos. Powtórzył formułkę. Potem jeszcze raz, lecz tym razem nieco zniecierpliwionym tonem. Maciek otwierał usta i zamykał, jakby próbował wejść do wrzącej wody, zmusić ciało do kolejnego ruchu wbrew naturalnym oporom. Ale wychodził z niego tylko odgłos szumiącego komputera. Jednostajny i niezrozumiały. Jęknął.

– Kurwa, daj mi ten telefon – wysyczałam między kolejnymi podmuchami bólu. – Daj, zanim się rozłączą.

Patrzył bezradnie, jak sama wzywam sobie karetkę. Tkwił pośrodku kuchni, dorosły, duży i obserwował bez cienia sprzeciwu, a obcy mężczyźni wynosili jego żonę z domu i pakowali do samochodu, którym on nie może się poruszać od czterech lat. Stał w progu, podpierając się o barierkę, wciąż otwierając i zamykając usta. Obłoczki pary wydobywały się spomiędzy jego drżących warg, jak z komina pędzącego przed siebie parowozu. Cienie słów. Uśmiechnęłam się do niego. Nie zareagował. Wyciągnęłam rękę do góry i machnęłam dwa razy w górę i w dół, wydając z siebie głośnie: ciuf ciuf. Ratownicy zasunęli drzwi dostawczaka przerobionego na karetkę, a wtedy Maciek zniknął za szybą i odwróconym w lustrzanym odbiciu napisem: AMBULANS. Chyba stał tam na progu jeszcze jakiś czas. Albo wszedł do domu ogrzać się i pomyśleć. Nieważne. Wiedziałam, że tym razem też się zrozumiemy.

***

Z Magdą poznaliśmy się w pociągu. Był sierpień, nie było klimatyzacji, osobowy zmierzał do Łodzi z opóźnieniem. Nic z czego można by się cieszyć. Siedziała w przedziale, na końcu siedzenia, wtulona w okno, jakby wstydziła się zająć więcej miejsca niż podręczna walizka, czy znudzony podróżą jamnik. Na kolanach trzymała zeszyt, twarda okładka, poplamione czerwonym sosem kartki, tekst na pierwszy rzut oka w obcym języku. Na drugi rzut oka zresztą również. Po drugiej stronie wiły się polskie wyrazy, pokreślone, poznaczone kleksami. W oparach światła zza brudnej roletki czerniały, jak starcze plamy na wysłużonym ciele. Tłumaczka. Albo nadgorliwa polonistka. Cholera raczy wiedzieć, co gorsze… 

Zająłem miejsce obok i oparłem głowę o filcowe obicie fotela. W przyciemnianych okularach mogłem bez przeszkód ślizgać się po literach, udając, że śpię, a stara angielszczyzna zmuszała mój mózg do pracy na wysokich obrotach. Taka poezja jest jak krzyżówka – pomyślałem. Denerwuje, nogi cierpną, ale siedzi się, dopóki człowiek nie zapełni wszystkich pól. Więc siedziałem i myślałem. Na wysokich obrotach. Głowę daję, że z uszu musiała mi iść para.

Przecież to proste.

Nie no, nie tak. Za długo, zbyt naokoło, po bocznych torach.

W zasadzie miała bardzo ładną spódnicę w biało-czarną kratę. 

Ale po co tak… Aj, to boli.

W zasadzie to nie moja sprawa.

– Dzięki tobie mam wszystko, czego mi trzeba – powiedziałem bez zapowiedzi.

– Słucham? – podniosła wzrok znad wymiętych wyrazów. Pióro puszczone samopas, wypluło kolejnego kleksa.

Odchrząknąłem i zdjąłem okulary. Teraz spokojnie. Słowo się rzekło, idziemy dalej. Nerwowo zacząłem przecierać szkła o brzeg koszuli.

– Przedostatni wers – wyjaśniłem niepewnie. – Brzmi lepiej niż: To czego sięga wzrok moich pragnień, posiadłem już we władanie, dzięki twojej łaskawości – dodałem w ramach usprawiedliwienia.

Skrzywiła się, jakby tłumaczone przez nią dzieło było ciastem, którego nie dotyka się przed końcem procesu wypiekania, a ja złamałem tę świętą zasadę i teraz wyjdzie zakalec. 

– Yhm. Powędrowała wzrokiem wraz z linijką tekstu. – Chyba nie do końca rozumie pan, co chcieli nam przekazać barokowi twórcy – odburknęła, jakby to wszystko tłumaczyło i wróciła do pracy.

Sprawa wydawała się przegrana i nadchodziła znajoma fala wstydu. Po cholerę się odzywałem. Po cholerę…

– Może i ma pani rację, ale jak dla mnie, to jeśli ktoś nie potrafi krótko wyjaśnić, co mu chodzi po głowie, to znaczy, że coś ukrywa – powiedziałem, sam zdziwiony swoją zuchwałością. 

Spodziewałem się najgorszego. Śmiechu. Albo nawet ciszy.

– Tak sądzę – dorzuciłem, aby podsycić rozmowę.

Spojrzałem na nią. Chyba się udało. Nie zgasła.

Dziewczyna uśmiechnęła się i wytarła czoło chusteczką. Sierpień pasował idealnie do gorącego, przypominającego żeliwny garniec przedziału. Rozmawialiśmy jeszcze dłuższą chwilę. Mówiła pięknie, ja znajdywałem proste słowa, by wyjaśnić to, co miałem na końcu języka. A język, o dziwo, nie plątał się, nie zawiązywał na supeł. Jestem mu za to wdzięczny do dzisiaj. 

Miałem wrażenie, jakbyśmy umówili się w tym przedziale, a ja zapomniałem o tym z roztargnienia. Zanim wysiadła, przekreśliła jedną z linijek mocnym pociągnięciem i naskrobała coś pospiesznie, bez zastanowienia, krótko. Ścisnąłem w dłoni i tak wymiętą już kartkę z adresem kawiarni, gdzie mieliśmy się spotkać nazajutrz wieczorem. Pod palcami przypominała doskonale znaną listę zakupów. I miała trzy kleksy na rogach.

Tym razem nie zapomnę. Obiecuję.

Skip to content