+48 736-84-84-44

Andrzej Fronczak

rozmawia: Grzegorz Misiak

Andrzej Fronczak – malarz, urodzony 01.10.1959 r. w Brześciu Kujawskim. Uprawia malarstwo sztalugowe i rysunek.

Udział w 48. wystawach indywidualnych między innymi w Lubaniu Śląskim, Koszalinie, Słupsku, Włocławku, Ciechocinku, Warszawie, Toruniu oraz w Chicago, Detroit  i Paryżu. Członek Związku Polskich Artystów Plastyków Okręg Warszawski.

Udział w ponad 100. plenerach malarskich: regionalnych, ogólnopolskich i międzynarodowych.

W 2009 r. i 2016 r. Nagroda Prezydenta Miasta Włocławek w dziedzinie Kultury, a w 2012 r. wyróżnienie. W 2010 r. odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi za działalność kulturalną.

Udział w ponad 200. wystawach zbiorowych i konkursach w tym w 9. o randze międzynarodowej. Laureat nagród i wyróżnień w konkursach regionalnych i ogólnopolskich.

Jego prace wystawiane były w Polce, Niemczech, Danii, Holandii, Francji, Serbii, USA, Włoszech, Ukrainie, Czechach i Słowacji.

Obrazy znajdują się w zbiorach muzealnych, instytucjach państwowych, galeriach i kolekcjach prywatnych w kraju i za granicą.

 

Jakie były początki przygody z malarstwem?

– Nie będę oryginalny, jeśli powiem, że maluję od zawsze, ale taka właśnie jest prawda. Miałem szczęście, że nauczycielką plastyki w szkole podstawowej w Smólniku skąd pochodzę, była pani Jadwiga Tuszyńska. Nie rysowaliśmy ani nie malowaliśmy domków i drzew o brązowych pniach, tylko były nam stawiane zadania w formie wyzwań np. trzeba było zaprojektować wzory tkaniny albo ruszyć wyobraźnię i przedstawić, co jest za chmurami itp. Były to bardzo kreatywne zajęcia, które bardzo mnie inspirowały. To był ten impuls, który nie pozwalał mi zapomnieć o malarstwie. A przecież naukę rozpoczynałem w 1966 r ., więc takie podejście do zajęć plastycznych, w tamtym czasie, można uznać za nowatorskie.

Czy nastąpiła kontynuacja nauki malarstwa?

– Tak… I myślę nawet, że ona trwa nadal. Ale nie kończyłem żadnej uczelni artystycznej. Pociągnęło mnie w kierunku zagadnień prawnych. Przez wiele lat pracowałem dla Poczty Polskiej w charakterze radcy. A uczyłem się sam, obłożony fachową lekturą, albumami malarstwa. Nie miałem żadnego nauczyciela. Obowiązki zawodowe nie bardzo mi też pozwalały na kontakt z profesjonalnymi artystami. Uczyłem się więc na własnych błędach, ale z perspektywy lat myślę, że to dobrze, bo wypracowane umiejętności i technika- teraz procentują.

W roku 2004, decyzją komisji kwalifikacyjnej na podstawie przedstawionych prac i dorobku twórczego, zostałem przyjęty do Związku Polskich Artystów Plastyków. To mi pozwoliło otwierać drzwi, które wcześniej były przede mną zamknięte.

Połączenie pasji artystycznej i pracy zawodowej nie było chyba łatwe?

– No nie było. Popołudnia, wieczory i noce przeznaczałem na malowanie. Ale byłem wtedy młodszy, bardziej wytrwały. I chciałem to robić. Niemniej z pracy zawodowej zrezygnowałem 15 lat temu i od tamtej pory poświęciłem się już tylko malarstwu.

Życie artysty to także wystawy, plenery, udziały w konkursach…

– … i organizowanie plenerów (śmiech). Skoro zdecydowałem się na takie życie, to robię to już z pełną odpowiedzialnością. Przez 9 lat organizowałem i byłem kuratorem Międzynarodowego Pleneru Malarskiego Agro-Art w Gołaszewie. To miało swoje przełożenie na wystawę poplenerową w Centrum Kultury Browar B we Włocławku. Fajna sprawa…. bo co roku we Włocławku można było zobaczyć prace wielu artystów, nie tylko polskich.

Organizowałem też niedawno plener w Austeria Krokus w Górach Sowich z udziałem naprawdę wybitnych artystów.

Współorganizuję również cykliczny międzynarodowy plener malarsko-rzeźbiarski na terenie Uniwersytetu Ludowego w Radawnicy. Bardzo lubię te spotkania plenerowe. Co roku jestem na około dziesięciu w Polsce i za granicą. Te spotkania z artystami niezwykle motywują do dalszej pracy, a wymiana doświadczeń i zawarte przyjaźnie są nie do przecenienia. No i zwiedzanie wielu miejsc… To są kolejne tematy malarskie.

Jeżeli chodzi o konkursy, to teraz biorę udział tylko w tych włocławskich, inne  pozostawiam  już młodszym artystom.

Jaki okres w swojej twórczości uważasz za najważniejszy?

– Uważam, że każdy był dla mnie ważny. Wydarzało się to, co mnie wtedy zajmowało, co było istotne w moim ówczesnym myśleniu, pracy i poszukiwaniach. Z jednego etapu rodził się następny. Potrafiłem często skakać z tematu na temat. Dotyczyło to też techniki. Taki okres trwał jednak zwykle nie dłużej niż 2 lata. Tak było z fascynacją malowaniem pastelami olejnymi. Przy czym już dwa lata później zacząłem dłuższą serię obrazów ciężkich, strukturalnych.

Natomiast największą rozpoznawalność dał mi ten okres szary, który trwał około 10 lat. Malowałem wtedy obrazy tylko trzema kolorami: białym, czarnym i niebieskim. Inspiracją były ,,Trzy kolory” Krzysztofa Kieślowskiego. Ten tytuł chodził za mną kilka lat, aż zacząłem malować wspomnianymi trzema kolorami. Tylko czerwony zastąpiłem czarnym. Tak powstała cała seria, która liczy ponad 400 obrazów. Teraz mozolnie powracam do kolorów, chociaż kolorystą nadal trudno by mnie było nazwać.

 

Co jest inspiracją do powstania obrazów?

 

– W twórczości zawsze frapuje mnie ciągłe poszukiwanie. Dotyczy to zarówno tematu, jak i rozwiązań technicznych. Pozwoliło mi to wypracować własną technikę malowania z użyciem różnych materiałów, które sam opracowałem. W swojej pracy zawsze podświadomie czekam na jakiś przypadek, który sam, w sposób niezamierzony, wyłoni się na płótnie. Bardzo lubię takie chwile, gdy kilka plam każe mi diametralnie przebudować kompozycję obrazu lub wymusza zmianę kolorystyki. Staram się używać w procesie tworzenia jak najmniejszej gamy kolorów. Chcę poprzez minimalizm kolorystyczny, pokazać jak najwięcej emocji. Dotyczy to zwłaszcza moich malarskich wędrówek po nieznanych metropoliach.

Czy miasta z Twoich obrazów istnieją w rzeczywistości?

– To są miasta i pojedyncze budowle wymyślone przeze mnie. Nie maluję konkretnych, istniejących miejsc. Wolę takie malarstwo nie do końca określone, niedopowiedziane.

Zapewne można dostrzec w moich pracach miejsca, które odbiorcy mogą się kojarzyć z tymi, które zna i gdzieś widział, bowiem jest teraz tak wiele miejsc podobnych do siebie, że to jest naturalne. Ja zaczynając obraz, nigdy nie wiem, jaki będzie efekt końcowy. Nie robię na płótnie dokładnego szkicu. Wolę spontaniczne malowanie. Nigdy w malarstwie (ale i w życiu) nie byłem ukierunkowany od kreski do kreski.

Niektóre z Twoich obrazów, zwłaszcza te miasta lewitujące w przestworzach, noszą tytuły, w których jest słowo ucieczka. Czy to coś oznacza?

– Sądzę, że wielu ludzi myśli o ucieczce… od czegoś, od kogoś. I nie mam na myśli takiej ucieczki docelowej, chodzi raczej o krótszy bądź dłuższy czas, żeby pobyć sam na sam ze sobą, ze swoimi myślami, czy problemami. To takie symboliczne oderwanie się od tego samego otoczenia. Stąd też moje fragmenty miast odrywają się od całości aglomeracji, by sobie trochę samotnie polewitować.

A czy też w najbliższym czasie zamierzasz gdzieś uciec?

– Oczywiście 🙂 … Moje ucieczki to plenery. Najbliższy będzie w Lipanach na Słowacji, a kolejny w Jaworniku Polskim na Podkarpaciu. I, jak co roku, pewnie będzie z 10. takich ucieczek, które mnie nakręcają i do malowania i do tych wspaniałych spotkań z artystami. Wtedy, mimo swego wieku, nadal jestem młody (śmiech).

Plan jest jeden: malować, malować, malować…

Dziękuję za rozmowę.

Przejdź do treści