10/2024
angina
zachowawczo
ulegając stereotypowi
delikatności kobiecego podniebienia
podałeś słodkiego drinka
dla podbicia wrażeń estetycznych
słomka i parasolka
a ja jak w ciąży urojonej
roję patyczek lekarski
do obserwacji stanu zapalenia migdałów
bez wezwania wyrywa się aaaa aaa
odkrztuszone wyrafinowaniem
wraz z odruchem wymiotnym
konfetti oblepia oczy
majacząc
osuwam się z nurtem potu
poobijana drutem parasolki
zaplątanym w gąszcz włosów
pęka kieliszek
a ja roję twój ciepły język
śliniący ranę
może wolisz wytrawne? – pytasz
gdybyś tylko wiedział
jakim wyuzdaniem sączy się we mnie merlot
od razu zaproponowałbyś byczą krew
świta
już nie roję
motyle mają ruję
topię je w palcach
gorączka spadła
***
choć lubię spać na brzuchu
współżyję z sufitem
częściej niż z podłogą
przygniata mnie albo podnosi
dostarcza rozrywek
w głowie się kręci jak na karuzeli
unoszę się i wiruję
pod nim z nim
to w niego oczy moje wpatrzone
jak w obrazek
często wychodzimy na spacer
z kąta w kąt
zwiedzamy pragnienia
zawsze kończąc pięćdziesiątką łez
trzyma mnie kurczowo za rękę
jakby się bał że któregoś dnia
ucieknę
odwrócę się
do podłogi
nocą nie pozwala mi zasnąć
łobuz
trwam z nim
od ściany do ściany
podobrazie
pochylam się nad pomidorową
wrze
zastygam
w oparach tamtego świtu
tuż przed żarem słońca
w którym dojrzewaliśmy
malinowo podłużnie
przetwarzając czas
skoncentrowanych ciał
zabielonych
wysokoprocentową śmietaną
w której nitki włosów
dwujajecznych
kończyły swój żywot
pochylam się
nad pomidorową
łyżka na sztorc
zachłysnęłam się
bawolim sercem
plamiąc marne tło
wiersza
lubię cię wąchać
jak po deszczu powietrze
jak włosy w słońcu skąpane
i dłonie
w swej miękkości zanurzone
jak oddech
szyję zdobiący ciepłym ust koralem
jak pościel przemoczoną zmysłem
i wino na stole rozlane
jak iskry zapałek
nadzieję ognia wzniecając
jak półsłowo
wypowiedziane nad ranem
w pocałunku schowane
chwilą pachniesz
wciągam cię na pamięć
byś był
kiedy tęsknię