12/2025
chłód
z krawędzi dachu zwisają sople lodu
na ulicach piach i pośniegowe błoto
próbuję zamknąć ten przeklęty rozdział
i nagle ty
miły
dzień coraz dłuższy a ty znów
rozliczasz nas z ubytków i narośli
zanim kur zapieje po raz pierwszy
zamartwiasz nas mchem na dachu
skrzypiącym oknem zmurszałym tynkiem
patrzysz jakbyś przekonywał siebie
że wzloty i upadki służą odnawianiu
gniazd corocznemu kwileniu piskląt
nasza skóra której smak i zapach
przypomina lata pełne wzruszeń zmienia kolor
traci jędrność a ciebie niezmiennie zachwyca
jej ciepło delikatność dotyku zmarszczka
i każdy kolejny ubytek
bez zmian
miły mój na naszą jedyną drogę spadł śnieg
a ty cierpliwie sprawdzasz poziom wody w studni
jakby od niego zależał kolor szadzi na liściach
a przecież na mrozie skrzy się zwykły kamień
podnosisz z ziemi bryłki lodu a gdy roztopią się
w dłoni rozgrzewasz zastygającą krew i łzy
zadziwiające jak szybko powstają sople lodu
pobierają ciepło zmieniają stan skupienia
widziałam jak ukradkiem masujesz obolałe kolana
marszczysz brwi by objąć wzrokiem miejsca które
od lat leczy zabezpiecza przezroczysta żywica
i znów chcesz podarować nam wiosnę
dotykasz
jesień już a ty
nieostrożnie pamiętasz o iskrach
w moich snach lato –
coraz trudniej odchodzić
coraz łatwiej wracać