12/2025
BRZEG NADZIEI
Ubrana w samotność
stoję na brzegu świtu
przywołuję słońce
i wiatr też
niech osuszą to morze
niepotrzebnie wylanych łez
Suchą stopą przemierzę
ten rozległy ląd
naprzeciwległym brzegu
w kolorze nadziei
zbuduję solidny dom
z czerwonych kawałków
złamanych serc
Pozawieszam firanki z motyli
postawię ogromny stół
na nim – taki luksus-
chleb i sól
dzbany gliniane ponapełniam
życiodajną wodą
ze źródła mocy
Ogień miłości rozniecę
niech się niesie po świecie
w dżungli ludzkości
blaskiem swym
niech ogrzewa
mroki samotności
Transkrypcja
Stoję tu jak
słoń w składzie porcelany
gapię się w puste okno
(słonia w niczym nie przypominam)
a porcelana w składzie świata
dawno wytłukła się w drobny mak
z góry skorup wystaje ucho filiżanki
niczego nie słyszy
w medialnym szumie
A u mnie
w transkrypcji genów
krążących autostradami kości
płynących tunelami naczyń
odbijanych od ściany do ściany
napiętej skóry
nakazują się jednoczyć
z mikrobem przez człowieka do Boga
i na odwrót
w tę i z powrotem
i tak w kółko
a tu już listopad minął
zaraz zima mnie pochłonie
a ziemia wchłonie i rozłoży…