12/2025
Tańcząca z deszczem
Noc była szara beznadziejnie listopadowa
zgasło niebo i światła
czarna rozpacz stukała o parapet
zjawiła się nagle rozkołysana
zauroczony nie dowierzał własnym oczom
ty nie możesz być stąd szeptał bezgłośnie
nie widziałem cię takiej jeszcze
musiałaś spaść z nieba z deszczem
i zastygł przemoczony szczęściem
chciał patrzeć więcej i więcej
a ona lekko na palcach
między kroplami płynęła tańcząc
i zniknęły chmury
i szarość rumieńców nabrała
za oknem w kałużach fiołki zakwitały
rozpuściła włosy w półobrocie namiętnym
czarny jedwab nagie okrył ramiona
a on stał ciągle i płonął i z zachwytu konał
zmysły tracił zapatrzony
zatrzymała się w tańcu dziewczyna
choć wiatr wciąż szumiał do taktu
podbiegł chcąc na dłużej zatrzymać
wtedy ona rzekła znajomym szeptem
przecież dla ciebie każdej nocy tańczę
i jesienią wiosną jestem
Jest pięknie
Jabłoń za oknem
wystukuje morsem o parapet
szarą modlitwę na odejście
litanię konających liści
wiatr wespół z deszczem
jak wynajęte płaczki
zawodzą
Niebo rozpięło
ciemne nabrzmiałe parasole
Mogłabyś rozpaść się
na milion zrozpaczonych kawałków
stać się kałużą
łzawą plamą
zapaść się pod ciężarem smutku
A ty zapraszasz jesienny wieczór
na wieczór
przy świecach i lipowej herbacie
słuchacie starych miłości
na winylowych płytach
kołysząc się w rytmie spokojnego serca
na ścianach wirują szczęśliwe cienie
jest pięknie