12/2025
Idę w siebie
Kiedy schodzę na dół do mojej przyjaciółki siebie.
Wszystkie moje myśli jej zanoszę.
Wszystkie pytania jej zadaję i słucham odpowiedzi,
słucham, ich nie ma wcale, milczenie trwa,
rozważania…
Po co te pytania to nic nie da.
Kiedy schodzę do mojej przyjaciółki w głąb siebie.
Rozważamy wszystkie uczynki…
spowiadam się we własnej i do własnej mocy –
do pierwiastka mojego Boga.
Z uczynków dobrych i złych.
Bo te nikogo nie ominą.
Jedną nogą jak jedną myślą idę do mojego nieba silna.
Dałam radę wszystkiemu, co w życiu mogłam zrobić.
Jak musiałam walczyć o każde dziecko, o męża
nie poddając się nigdy i wygrywać.
Wszystko to całe piękne życie to pasmo, łańcuch gór co
każdy musi przejść,
by zdobyć szczyt drugą nogą.
Kiedy przyszło mi dotykać piekła musiałam szybko biec,
żeby buty
nie ugrzęzły. Tylko rzekłam – do diabła z tym czy
z tamtym
to nie jest warte mojego zachodu i zdrowia żal.
Kiedy schodzę sama w siebie wszystko we mnie jest.
Jestem swoim przyjacielem co nigdy
siebie nie zdradzi, a pomocy rozważnie udzieli.
Kiedy schodzę sama w siebie jestem sędzią swoich
spraw,
nauczycielem, marzycielem, miłością i mirażem,
kowalem i murarzem.
Jestem jednością z tą drugą sobą o jednej twarzy
odbijanej w lustrze.
Jasnością i nocą ciemną.
We mnie jestem ja sobą – co sobie wszystko wybaczy.
Jest uśmiech, radość i łzy co zmyją kurz z sandałów
kiedy przyjdzie przekroczyć „próg nadziei” i pójść
w inny wymiar.
Tam pójdę ja sama.
Tu dwie jesteśmy, a nawet trzy, ja, moje oblicze i moje
w lustrze odbicie.
Uśmiechamy się do siebie zgodne w każdym słowie
Mówię
Nie słyszę
nawet twojego szeptu…
Pustka krzyczy przez ocean
wspomnień niesionych
na skrzydłach życia…
Nie słyszę słów twoich
choć pytam
i dłoń twoją trzymam
w swojej dłoni…
dziwna rodzi się
przepaść,
bo słów twoich
nie słyszę
już nie rozumiem
co mówisz do mnie.
Czytam z ruchu warg…
podaję ci wodę
zaprawioną sokiem
wspólnego życia…
co przeminęło z wiatrem,
uniosło tyle dni
i nocy deszczem obmytych…
Tyle wspólnej troski
o życie udane…
Gdybym chciała
napisać wszystko,
nie byłoby to proste
bo z każdego życia,
które się spełnia
jest w sercu serial
tylko dla nas nagrany.
I kończy się film
zwany naszym szczęściem,
bo cię nie słyszę…
Nie mówisz nic
a zawsze mówiłeś
z miłością,
z szacunkiem,
mówiłeś pięknie.
Ja obmyta
deszczem łez
mówię Ci
dziękuję.
Dziękuję, że jesteś,
że zawsze będziesz
kiedy nawet w ciszy
za ocean życia
odejdziesz.
Już nie dla mnie
Już nie dla mnie ulice Mediolanu
I strome zbocza Himalajów
Jestem przyziemnym bytem na liściu
Przez wicher oderwanym
Co w zgodzie z naturą hasa po królestwie Homera
Wiszę nad przepaścią zmierzam do celu
Każdy dzień w pochodzie ocalenia
przybliża mnie do
gródki rozsypanej ziemi
Nie dla mnie ulice Mediolanu
Kiedy czas alchemik toczy wnętrze
Skórę obraca w pergamin coraz bielszy
Przeznaczenie słodkich narodzin układa mnie
do nieruchomej kołyski nadziei
W nieskończoną ciszę Hadesu zmierzam…
Jak każdy przechodzień idę
Nie dla mnie strome zbocza Himalajów
gdzie zaczyna się i
kończy tęcza co na dłoni
się kładzie i barwi życie…
Już nie dla mnie…
Pozostawię brzmienie moich myśli
Zawarte w okrzyku późnego wiatru
Może kiedyś mój sen wyśnisz…
Jednego aktora Niemego Teatru
Może tobie się uda
Sen mój wyśnić
Tobie się spodoba Mediolan
Zdobędziesz szczyt Himalajów i chwycisz tęczę
jak za
nogi Pana Boga…
I wszystkie siedem kolorów ze stromego szczytu
popłynie
Twoją melodią
Popłyną poezją i rozsypią Twoje słowa…
Nie dla mnie już wszystkie barwy tęczy
Niech zbocza gór rozsypią ze szczytów moje
słowa
nim skonam.