+48 736-84-84-44

Z aktorem Arturem Barcisiem rozmawia Sylwester Kurowski


Obecnie jest Pan z pewnością jednym z najbardziej rozpoznawalnych i popularnych aktorów w Polsce, ale chciałbym zapytać, jakie były początki Pańskiej drogi zawodowej? Czy zechciałby Pan o nich opowiedzieć?

– Oczywiście. Początki były chyba nie najtrudniejsze, gdyż muszę przyznać, że do szkoły aktorskiej (w moim przypadku była to słynna łódzka filmówka) dostałem się za pierwszym razem, co było dla mnie sporym zaskoczeniem, gdyż warunki fizyczne miałem, że tak powiem, marne i obawiałem się, że mogę nie zostać przyjęty.

Dostałem się jednak i skończyłem tę szkołę z wynikiem bardzo dobrym, uzyskując tytuł  magistra sztuki.

            Potem nie zapowiadało się już tak dobrze, ponieważ nie otrzymałem propozycji angażu z żadnego teatru z całej Polski.

Wtedy to odbywało się w ten sposób, że graliśmy w sztukach dyplomowych, a dyrektorzy teatrów przyjeżdżali do teatru szkolnego na te przedstawienia i proponowali zatrudnienie. Ja byłem jednym z niewielu, albo może nawet jedynym, który nie dostał żadnej propozycji. Postanowiłem więc sam o siebie zawalczyć.  Pojechałem do Warszawy, co wzbudziło, że tak powiem, śmichy-chichy, bo wiadomo było, że Warszawę obsługuje szkoła warszawska i że nikt z Łodzi (kto w dodatku nie ma za sobą udanego debiutu w filmie albo jakichś referencji od kogoś znanego), tam się nie dostanie do teatru. Ale ja się dostałem! Do Teatru na Targówku, który zresztą bardzo mi się podobał, bo był teatrem muzycznym, a ja chciałem występować w musicalach, chciałem śpiewać, tańczyć. Bardzo mi ten gatunek odpowiadał. Pracę magisterską też pisałem o musicalu.

            Dostałem się tam i… potem zaczęły się schody, kiedy po dwóch latach pracy w tym teatrze wygrałem zdjęcia próbne do takiego czteroczęściowego miniserialu telewizyjnego pod tytułem ,,Odlot” w reżyserii Janusza Dymka. Była to główna rola. Bardzo ciekawy scenariusz opowiadający o Sierpniu 80 na Śląsku, akcja toczy się przez rok: pół roku przed Sierpniem, w Sierpniu i pół roku po nim, prezentując punkt widzenia takiego młodego chłopaka [Rafała Michalskiego], którego ta sprawa właściwie w ogóle nie interesowała. On się wtedy zakochał, miał pewne przygody w pracy, a ta historia była tylko gdzieś w tle. Dopiero pod koniec filmu zaczynało go to obchodzić. Ten scenariusz był nietypowy, bo wtedy Solidarność to było coś bardzo, bardzo wielkiego i ważnego, a nie marginalnego.

             Zagrałem tę główną rolę, ale niestety na dwa tygodnie przed końcem zdjęć wybuchł stan wojenny i wiedziałem, że tego filmu już nie dokończę. A żeby w nim zagrać, musiałem się zwolnić z teatru, ponieważ dyrektor nie zgodził się na mój udział. W tamtym momencie straciłem więc właściwie wszystko. Miałem jeszcze, co prawda, mieszkanie służbowe, a tak konkretnie to pokój w mieszkaniu służbowym teatru, za który płaciłem jakieś niewielkie pieniądze, ale i to straciłem, więc w sumie można powiedzieć, że zostałem kompletnie na lodzie i to w stanie wojennym.

            No, ale potem miałem dużo szczęścia. Jakieś dwa miesiące tak się popałętałem, nim dostałem angaż do Teatru Narodowego. Przyjął mnie Adam Hanuszkiewicz, który przygotowywał akurat spektakl będący inscenizacją Pana Tadeusza, ale w wersji oczywiście Hanuszkiewiczowskiej. Przygotowałem koncert Jankiela z punktu widzenia jego syna, który tam zginął, walcząc z Napoleonem o wolną Polskę. I ten chłopiec był jakby szalony na tle muzyki. Taka była interpretacja.

Na każdym przedstawieniu, po tym monologu, dostawałem brawa od widowni. Nawet Tomasz Raczek, który pisał wtedy recenzje teatralne w Polityce, o przedstawieniu jako takim napisał niepochlebnie, ale w ps. napisał, że jednego nie można Hanuszkiewiczowi odmówić, a mianowicie, że ma talent, dar do odkrywania nowych talentów, i że Artur Barciś monolog koncertu Jankiela powiedział wspaniale.

I tak się właściwie ta droga zaczęła.

            A wracając do ,,Odlotu”, to potem ten film jednak dokończyliśmy. Tyle że cenzura usunęła wszystkie sceny strajków, sceny manifestacji i takich rzeczy. Nie był to może jakiś wybitny serial, ale zaowocował tym, że zobaczył go, zupełnie przypadkowo zresztą, na Dworcu Centralnym w Warszawie, spóźniony na pociąg Krzysztof Kieślowski, któremu spodobało się, jak gram i zaangażował mnie do swojego filmu pod tytułem ,,Bez końca”, a potem do ,,Dekalogu”.

I dalej to już się potoczyło.

Czyli to prawda, że kiedy przyjechał Pan do Warszawy, to przypinał pineski do mapy, żeby odwiedzić wszystkie teatry w poszukiwaniu angażu?! Konsekwencja godna podziwu.

            A jak doszło do tego, że zagrał Pan w ,,Znachorze”? Rewelacyjna rola i rewelacyjny film, który do dziś jest zresztą bardzo chętnie oglądany.

– Nie miałem zdjęć próbnych do ,,Znachora”, dlatego, że będąc jeszcze na czwartym roku studiów zagrałem mały epizodzik w filmie Jerzego Hoffmana pod tytułem ,,Do krwi ostatniej”. To był film wojenny o bitwie pod Lenino. Jego rozszerzona telewizyjna wersja, była w formie czteroczęściowego miniserialu i zawierała więcej wątków. Jednym z nich była opowieść o rannym żołnierzu radzieckim, który leży w szpitalu, gdy do jego sali trafia główny bohater filmu, którego grał Jerzy Trela. Ten chłopak prosi żołnierza, żeby zagrał z nim w szachy. Zaczynają tę grę, ale nie kończą, ponieważ chłopak umiera. No i widocznie dość ładnie umierałem, skoro Jerzy Hoffman mnie zapamiętał i dwa lata później zaproponował mi rolę Wasylki w ,,Znachorze”.

 

Czy wtedy poczuł Pan, że oto otwierają się już przed Panem drzwi do wielkiego polskiego kina?

 

– Tak, wydawało mi się, że zostałem odkryty. Tyle że stan wojenny wszystko zniweczył, a to dlatego, że przez dwa lata właściwie nie kręciło się filmów, albo nie brało w nich udziału, ponieważ był bojkot. Więc choć ten mój start był bardzo obiecujący, to już na samym początku, został mocno przygaszony właśnie stanem wojennym. Potem, kiedy bojkot się skończył, dostawałem różne propozycje i grałem w bardzo wielu różnych filmach i serialach.

Wiedziałem, że z moimi warunkami muszę sobie tę drogę  wydeptać tymi (drugoplanowymi) rolami, które mi proponują. Głównych raczej nie dostawałem, co nie znaczy, że nie umiałbym ich zagrać.

            Wreszcie wystąpiłem u Wojciecha Marczewskiego w ,,Ucieczce z kina Wolność” czy u Krzysztofa Zanussiego w ,,Życiu po życiu” i to było coś wyjątkowego. Znalazłem się też w kręgu zainteresowania tych wybitnych reżyserów, a wszystko to dzięki Kieślowskiemu.

Wydawało mi się, że może zaowocuje to jakimiś większymi rolami; ale nie zaowocowało.            Pracowałem więc cały czas w teatrze, potem był to już Teatr Ateneum.

Miałem małe dziecko i przyjąłem propozycję udziału w takim programie dla dzieci pod tytułem ,,Okienko Pankracego”, w którym co tydzień rozmawiałem z tym psem. Dało mi to ogromną rozpoznawalność, no bo jak się co tydzień było w telewizji, to stawało się popularnym, ale jednocześnie zamknęło mi to drogę do filmów, do nazwijmy to, poważnych projektów, no bo stałem się aktorem dziecięcym, czyli takim, no nie do końca poważnym.

A że tych propozycji do poważnych filmów nie było, to zgodziłem się zagrać w sitcomie ,,Miodowe lata”.

I to już jest następny rozdział tej mojej kariery, no bo wtedy ,,Miodowe lata” okazały się wielkim sukcesem frekwencyjnym. O tym serialu mówi się w tej chwili – kultowy.

A potem było ,,Ranczo” także określane jako serial kultowy. Zostałem więc aktorem komediowym.

Zatrzymajmy się na chwilę przy ,,Dekalogu”, w którym zagrał Pan wprawdzie epizodyczną, ale jednak bardzo symboliczną postać. Czy reżyser tłumaczył Panu tę rolę?

– Nie tłumaczył (śmiech). Właśnie o to chodziło, żeby była to postać tajemnicza. Krzysztof nie chciał nawet wiedzieć, kto to jest. To była postać stojąca pod znakiem zapytania. On nawet nie potrafił mi wytłumaczyć, jaką ona właściwie pełni funkcję. Czy to postać, która łączy dwa światy: ten realny, w którym żyjemy i ten, którego dotyczy Dekalog, czyli tych dziesięć prawd, przykazań przekazanych przez Boga?! Żeby więc połączyć te światy, trzeba było stworzyć taką postać, w sumie metafizyczną, o której nie do końca wiadomo, kim jest. Zamiar był taki, żeby widz sam sobie odpowiedział na to pytanie, żeby mu nie dawać gotowej odpowiedzi, żeby mu nie stawiać kropki nad i. A także, żeby ta postać budziła kontrowersje i zainteresowanie. Dokładnie tak się zresztą stało.

Pracował Pan z wieloma wybitnymi reżyserami. Przypomnijmy: Wajdą, Kieślowskim, Zanussim, Hoffmanem, Bareją, Holland… każde z nich miało zapewne swój unikalny styl pracy. Czy któryś z tych reżyserów miał szczególny wpływ na Pana?

– U Wajdy w ,,Człowieku z żelaza” zagrałem epizod studenta, który właściwie niemal w całości został wycięty i pojawiam się na ekranie zaledwie na kilka sekund. Potem zagrałem jeszcze raz, również epizod, polskiego faszystę w filmie ,,Wielki Tydzień”, ale więcej już z Wajdą nie miałem do czynienia, więc trudno mi powiedzieć coś o jego stylu pracy. Wiem, że Wajda słuchał wszystkich dookoła i liczył się z uwagami ludzi, oświetlaczy i innych osób z ekipy technicznej. W związku z tym byłem nawet trochę rozczarowany, widziałem, że jakby wszyscy reżyserują ten film. Potem się jednak okazało, że Wajda owszem słuchał, ale i tak ostatecznie sam decydował.

            Zanussi z kolei ma styl człowieka, który dokładnie wie, czego chce i ma wszystko opisane, rozpisane i zapisane w scenariuszu. Ten film właściwie już widzi. To znaczy on ma, jak w matematyce, precyzyjnie wszystko obmyślone, co mi się zresztą bardzo podobało.       Wojtek Malczewski podobnie, to był taki reżyser, któremu się ufa, zupełnie jak Kieślowski, o którym ja wiem, że on wie. On wie wszystko i odpowie na każde pytanie. Bardzo to cenię u reżyserów.

            Bareja natomiast się bawił, po prostu. Bawił się kinem. A cała zabawa polegała na tym, jak przechytrzyć cenzurę, żeby jakiejś tam sceny nie wycięła i jak opowiedzieć prawdę o Polsce w zabawny sposób. To przechodziło w komedii, bo gdyby było serio, to by nie

przeszło.

Bareja był uroczym, wspaniałym reżyserem. Wspominam go z rozrzewnieniem.

            U Agnieszki Holland  zagrałem epizodzik w filmie ,,Europa, Europa”. I to też jest reżyserka, która wie, czego chce. Bardzo ją podziwiam. Jest z tej grupy reżyserów, którzy mają coś do powiedzenia i nie kręcą filmów nie tylko po to, żeby opowiedzieć jakąś historię. Chcą przekazać coś od siebie, jakąś ideę albo jakąś głębszą myśl.

To samo dotyczy zresztą  Kieślowskiego.

Grał pan w produkcjach, które oglądały różne pokolenia, jak choćby we wspomnianych wcześniej ,,Miodowych latach” czy serialu ,,Siedem życzeń” oraz w spektaklach teatralnych. Czy dostrzega Pan zmieniające się oczekiwania widzów?

– No tak, te oczekiwania i gusta się zmieniają. Myślę, że spora w tym wina takich bardzo nowoczesnych twórców teatru, których właściwie nie obchodzi publiczność. Oni robią spektakle dla siebie. I bardzo wielu ludzi po prostu odchodzi od teatru, bo nie chcą czegoś takiego oglądać. Nagich facetów, którzy chodzą przez pół godziny z genitaliami na wierzchu. Nie wiem, czemu miałoby to służyć, natomiast wiem na pewno, że wielu ludzi to po prostu od teatru odpycha, zniechęca.

            Ale wiem też, że i taki teatr ma swoich zwolenników, więc ja z tym nie walczę i po prostu przyjmuję to jako pewną alternatywę. Czasem mi się to nawet podoba, bo pamiętam spektakl ,,Klątwa” [Olivera] Frljicia, który mną wstrząsnął i był wspaniały.

Czy myślał Pan kiedyś o tym, by zostać wykładowcą i uczyć młodych ludzi aktorskiego rzemiosła albo nawet założyć własną szkołę aktorską?

– To byłoby zbyt pracochłonne, a ja po prostu nie mam na to czasu. Gdybym się podjął czegoś takiego, musiałbym z bardzo wielu rzeczy zrezygnować, a na razie nie chcę z niczego rezygnować.

 To jest zbyt odpowiedzialne zadanie tworzyć taką szkołę i być jej szefem. Mógłbym pewnie być wykładowcą, ale nie dostaję takich propozycji, więc się nad nimi nie zastanawiam.

A jak to wygląda w przedstawieniach, które Pan reżyseruje. Udziela Pan rad?

– Tam jestem panem profesorem przedstawienia, które reżyseruje, bo często po prostu mam do czynienia z młodymi ludźmi, którzy nie mają zielonego pojęcia o komedii. Nie wiem, kto ich uczy, że w komedii trzeba się wygłupiać i że w komedii musi być śmiesznie. Ja ich pytam: Śmiesznie? To co to właściwie znaczy? Śmiać się mają ludzie na widowni, a my mamy zagrać najprawdziwiej to, co jest do zagrania. Kontekst będzie śmieszny, a nie my. Naszym zadaniem nie jest rozśmieszanie ludzi. Zadaniem spektaklu jest rozśmieszanie ludzi, ale nie naszym jako aktorów. Oni na początku robią wtedy wielkie oczy i nie rozumieją, o czym ja mówię. No, ale potem już zaczynają rozumieć.

Jak Pan się odnajduje w nowych technologiach, social mediach?

– Wszyscy mi pomagają, gdy chcę coś zamieszczać. Ja nie mam pojęcia, czym się różni relacja od posta, czy wiadomość od rolki. Nie mogę się tego w ogóle nauczyć. Natomiast na Facebooku już się nauczyłem, poza tym mam ogromną rzeszę obserwujących na Instagramie, chyba jakieś cztery tysiące.

To jest chwilami nawet trochę przerażające. Kiedyś, w czasie finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, zamieściłem na Facebooku swoje zdjęcie z kubkiem kawy z Orlenu z logo Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, co wywołało jakiś gigantyczny oddźwięk. Pod tym postem pojawiło się dwa tysiące komentarzy. Połowa bardzo nieprzychylnych. Dostałem nawet groźby karalne, ale nie chcę tego rozdmuchiwać, nie chcę o tym jakoś szeroko opowiadać, bo nie chcę skupiać na sobie tego rodzaju uwagi. Takie jest życie.

– Niestety media mają też tę swoją ciemną stronę. Nie unikniemy tego, choć możemy zachęcać i apelować, by ludzie nauczyli się przekłuwać własne opinie w konstruktywną krytykę czy po prostu recenzję, a nie w hejt.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Przejdź do treści