Obserwowanie jej było przyjemnością. Najbardziej lubiłem, gdy wieszała pranie. Wychodziła na balkon, trzymając miskę opartą na biodrze, i przez minutę, może dwie, rozglądała się wokół.
Byłem widoczny jak na dłoni.
Chciałem, żeby mnie zauważyła i jednocześnie nie wiedziałem, co wtedy zrobię. Może wytrzymam jej spojrzenie, skłonię głowę, a może ucieknę niczym onieśmielony smarkacz… Ale ona nigdy nie zawiesiła na mnie wzroku. Najdłużej patrzyła w dół, po czym nagle podnosiła głowę i potrząsała nią, jak rozbrykany na łące koń potrząsa łbem, faluje grzywą. Włosy kobiety były ujarzmione. Nie zastanawiałem się, ile może mieć lat. Była piękna w każdym wieku.
Stawiała miskę na betonowej posadzce, dokładnie rozprostowywała każdą rzecz i rozpościerała na oślepiająco białych prętach suszarki. Pochylenie pleców, ruchy ramion, dłonie układające się jak na klawiszach fortepianu. Słyszałem muzykę, jednak strach nie pozwolił mi na zatracenie się w dźwiękach; strach, że za parę minut koncert dobiegnie końca. Nigdy nie czekałem na moment, kiedy miska będzie pusta. We wnętrzu mojego mieszkania panowała cisza, która powoli wpływała do myśli, umilała oczekiwanie na kolejne spotkanie.
Zobaczę ją… Wieczorem z kieliszkiem wina w ręce, ze światłem za plecami niedbale opartą o balustradę, rano — pijącą kawę z wyszczerbionego kubka (tak, kubek musi być wyszczerbiony, dotknięty czasem), obserwującą wirujące pod obskurną latarnią płatki śniegu, wsłuchaną w deszcz, trzymającą dłoń na książce, z której zawsze w tym samym miejscu wystaje zakładka (zatrzymana treść, jeszcze tylko kilka kartek do końca).
Pierwsza zniknęła suszarka.