Wraz ze śniegiem stopniowo topnieją postanowienia noworoczne i asfalt. Dno dziur zasłania jeszcze ubity śnieg. Uliczna breja moczy buty, obciążając każdy krok. Sople płaczą. Świat posypany bielą, rozpada się w oczach. Pomniejszający się bałwan, tonie w kałuży własnej nietrwałości. Pety, popalone petardy, korki od szampana, psia kupa, to pierwsze miejskie przebiśniegi na zgniłej trawie lub wykrzywionym chodniku. Gasną chińskie lampeczki, plastikowe choinki i bublowate mikołaje. Rozmywa się sztuczna mgła z kominów, wyłaniają się ludzie, tańczący na lodzie. Pijacy z mokrymi plamami na plecach, staruszki idące tuż przy ścianie kamienic, asekuracyjnie łapiące się parapetów i krat w oknach. Wężykiem powolnie drepczą po cienkiej ścieżce, którą opuściła już zima. Wyłaniają się wady, niedoskonałości miasta, które tak pięknie na czas świąt zapakował lód.
Pijacki bełkot barwnie odbijający się echem w wąskich ulicach, towarzyszył mi codziennie. Tak samo, jak ciurkiem lecąca woda, uderzająca w ostatni zakręt rynny. Tonąłem w kałuży rozpuszczających się własnych postanowień jak bałwan. Szedłem ulicą wstydliwie, jakbym był nagi, a na sobie miał jedynie spojrzenia innych. Czy mogę się spodziewać, że początek roku łudząco przypominający każdy inny, będzie początkiem roku wyjątkowego? Może ktoś inny by mógł, ale na pewno nie ja. Mój wrodzony pesymizm nawet na minutę nie dał mi w to uwierzyć i summa summarum, jako jedyny nigdy nie byłem rozczarowany, odliczając ostatnie grudniowe dni. Już dawno nie życzyłem nikomu lepszego nowego roku, przecież nie miałem powodów, żeby życzyć komuś gorszego, a po drugie, po pijaku się nie liczy, zwłaszcza na kogoś.
Trzeciego stycznia przepaliłem jedno z postanowień. Zapaliłem pierwszego, noworocznego papierosa do postanowionej ostatniej setki w nowym roku, która znacząco łagodziła objawy zatrucia, opijania pasma sukcesów, które miały czekać na nas kolejnego dnia.
Następnego popołudnia omiatałem nieobecnym wzrokiem, czekającą na autobus grupę ludzi, drepczących kółka i kwadraty na przystanku. Rozgrzewali kończyny. Drzwi do początku mojego sukcesu miały się otworzyć na tym przystanku dziesięć minut przed szesnastą. Tymczasem patrzyłem na ludzi porządnie ubranych, zdrowych i bystrych oraz takich jak ja, którzy najchętniej stary rok odkreśliliby grubą kreską, ale jakoś nie potrafią. Zerknąłem na zegarek, autobus spóźniał się już dobrych kilka minut, a ja byłem umówiony na spotkanie o 16:20, które miało zmienić wszystkie kolejne miesiące.
Starałem się przypomnieć sobie fajerwerki, które oglądałem z najwyższego piętra wieżowca, a które oświetlały jej twarz, ale nie mogłem przywołać tego obrazu, mimo że go widziałem. Zza ronda dostrzegłem dach zbliżającego się wreszcie autobusu, który z wielkim rozmachem rozjeżdżał pośniegowe błoto. Wsiadając z tłumem, odnosiłem wrażenie, że nawet gdybym podniósł obie nogi, on i tak by mnie poniósł do busa, w którym zresztą miejsce skończyło się dwa przystanki temu. Szyby zaparowały od schnącej wilgoci. Otaczały mnie wiszące ręce, ocierające kurtki puchowe i co jakiś czas następujące przetasowanie, po którym widziałem inne ręce i inne kolory kurtek. Myślałem o niej, myślałem, że warto spróbować, a nawet, że trzeba. Na moim przystanku wysiada zawsze najwięcej ludzi. Zerkam na zegarek, jest 16:08. Powinienem zdążyć, najwyżej lekarz chwilę poczeka. Jakaś pani narysowała buźkę misia na szybie i zaraz z jego oczu, zaczęły płynąć łzy, odkrywając za sobą widok przydrożnego krawężnika. Myślę, czy nam się uda, jest przecież szansa, muszę tylko dziś wszyć ten Esperal i będzie dobrze. Już kolejny rok.
Autobus stanął, większość ludzi wycisnęła się już na zewnątrz, więc wychodzę za nimi. Wychodzę i jasność bieli mnie oślepia. Staję na przystanku, rozglądam się. Drzwi do autobusu się zamykają. Wyjmuję papierosa, drżącą ręką zapalam. Łzawią mi oczy.
To nie ten przystanek.