+48 736-84-84-44

Łabędzi śpiew

Myślę, że wszyscy moi znajomi uprawiają seks. Kochają się namiętnie i wyczyniają wszystkie te rzeczy, o których ja mogę jedynie poczytać. Widzę przecież nabrzmiałe od witalności ciała; na każdym kroku eksponujące dumę z bycia człowiekiem

Myślę, że coś tu jest nie w porządku. Pan Freud powiedział mi ostatnio, podczas naszej porannej kawy, że niezaspokojone potrzeby wpędzają w lęki, a trzęsące się dłonie i marznięcie w temperaturze pokojowej, spowodowane są rozczarowaniem oraz tęsknotą – organizm miałby w ten sposób komunikować swemu butnemu posiadaczowi, że błądzi on tam, gdzie nie należy.

Chciałabym jednak móc się wyrwać spod szczelnego uścisku własnych tkanek i stanąć przed światem jako świetna ja, byt absolutnie doskonały, niezezwierzęcony. Najbardziej bowiem obawiam się – obniżenia statusu  społecznego i wzięcia mnie za (do diabła z tym) burzę hormonów, ujętą w śmierdzący wór cielesny.

Trudno mi z tym, ale powinnam raczej się poddać i nie udowadniać swojej wybitności tam, gdzie jej nie chcą, gdzie jedna z drugą paplają sobie o tym, jak pięknie podnoszę wszystkim morale. I być może faktycznie coś podnoszę, ale nie innym, a sobie samej.

Po ucichnięciu większych afer, zwykle trudno jest mi się podnieść. Jeśli, dajmy na to, kopniesz piłkę, skubnie ona cząstkę niebiańskiego firmamentu, zadowoli się swą wyższością nad światem, po czym ostatecznie rozbije się o grunt. Ja jestem tą piłką: podlegam prostemu schematowi, w którym daję się wykopać, pozostaję na górze przez chwilę, a po przedstawieniu ląduję. 

Nie jesteś w stanie tego zobaczyć, ale śmieję się szeroko w odpowiedzi na tę genialną, pijacką metaforę… Aż trudno uwierzyć, że wymyśliłam to przed chwilą… Jest piękna w swojej postaci i nie pozwolę, jej sobie stąd wyciąć. Wierzę, że wypowiedzianego nie da się cofnąć, a jego moc niemal zawsze pozostaje sprawcza jak ten popiół, który przypala mi teraz spodnie.

Pojedyncze słowa są ulotne, to zdania nas zmieniają. Wiem też, że to powód, dla którego nikt nie poznał się na moim kochaniu. Po milczenie sięgam zwykle chętniej, ponieważ nie lubię odpowiedzialności ani za innych, ani za siebie. Będąc tu i chwiejąc się, mogę przynajmniej z pewnym poczuciem satysfakcji stwierdzić, że moje: kocham- nigdy nie zostało zmiażdżone. Moi znajomi nie mogliby powiedzieć tego samego, gdyż oni kochali głośno i zdobywali na pokaz, żeby móc potem mieć to, czego nie mogę mieć ja, byt absolutnie doskonały. Oni mieli macanki na przystankach, a moje palce muskały jasne grzbiety ksiąg pierwotnych. To wybór, to zawsze jest jakiś wybór, choć tamtego ranka te same palce zapragnęły Skóry. Ona była powłoką pergaminową; sądzę, że mogłybyśmy się polubić, gdyż czułam na sobie Jej nieustępliwość. Coś takiego rzadko się przytrafia i jestem przekonana, że podobnej sytuacji nie będzie można sprowokować, bo gwiazdy dają zielone światło wyłącznie raz. Czy czuję się spalona? Tak, zdecydowanie. I na nic zda się tłumaczenie, że zamknąwszy tamto drżące ciałko między ramionami, oszalałam.

Myślę, że moi znajomi mogą mieć rację, gdy biorą mnie za wybrakowany element rzeczywistości. Samej zdarza mi się tak uważać, bo ciężko jest znaleźć wyjście z sytuacji,  z której wyjścia nie ma. Rozumiesz? Nieuzasadniony głos wewnętrzny nakazuje, bym rozejrzała się po blokowiskach, wyrastających przede mną w poświacie marketowego neonu. Każe mi szukać. Połykam więc siwiznę dymu i szpieguję w nocnych oknach, ale tam czeka jedynie martwa nicość. Bodźców już nie będzie. Papieros się spalił.

Wpadłam być może w megalomanię i z przesadą wczuwam się w odgrywanie roli gawędziarza… Jestem jednak szlachetna – czemu nie miałabym się opiewać? Poza tym wiem, że mnie rozumiesz i nie trzeba ci tłumaczyć, co i jak. Śledzisz bacznie to, co do ciebie mówię,  to takie niesamowite, wręcz niespotykane. Rzadko się wcześniej zdarzało, żeby ktokolwiek rozumiał moje motywacje. Zwykłam zwracać się do ściany, ponieważ nie miałam nikogo, kto umiałby widzieć jak ja. Kiedy raz doszło do momentu, w którym… A zresztą. Zawsze znajdą się przeszkody, nie mamy o co walczyć; nie ma idei, w imię których warto byłoby istnieć.

Znajomi pielęgnujący cieleśnie swe związki, znajdują sens w popołudniach piątkowych, tuż po zniknięciu z horyzontu rodziców. Ja w piątki przebywam zwykle sama ze sobą, i z książką, więc moje dni zasadniczo nie różnią się od siebie. W zależności od okoliczności, mogłabym nawet przyjąć, że moje funkcjonowanie w takim cyrku, ma absolutny sens lub też – nie ma go wcale. Niezłe, co? Nie wiem, czy w piramidzie Pico della Mirandoli zbliżam się ku zwierzęciu, czy ku istocie boskiej? Trudno powiedzieć, choć jedna z ostatnich moich przyjaciółek zasugerowała mi, że jestem przyjebana. Może ona wie, kim ja jestem.

Upiłam się, a tu na zewnątrz jest wybitnie zimno. Odwracam się na stopie, żeby wyobrazić sobie, iż mam przed sobą gmach szkolny. Błyszczę, świecę, bawię się kolorami. Rozszczepiam się na tyle, na ile potrzebują. Siemaaa, Cześć!, Hej!, Dzień dobry; inaczej przed budynkiem, na parterze, na piętrze i półpiętrze. Za dużo wymagań, jak na jeden byt absolutnie doskonały, lecz nadal się parzę, bo serio czuję, że ten ekosystem mógłby się beze mnie posypać. To iluzja, ale jakże pociągająca! I to poczucie splendoru, chwały jakiejś, ale tylko na tak długo, jak długo się mówi. Potem chcą mnie jedynie zjeść, a podczas uścisków pragną oderwać zębami kawał mięsa z przedramienia. A przecież nie jestem apetyczna, bo gdybym była, nie dzieliłabym świata.

Sortuję jednostki, ponieważ gdzieś mi powiedziano, że jestem mądra. Będąc także głupią, uwierzyłam. My i tamci– brzmiało tak kusząco, że od tamtego czasu zdążyłam zapuścić w łóżku korzenie (wcale nie dlatego, że imaginuję sobie różne rzeczy), przestałam czytać i pozwoliłam tamtym mnie wyprzedzić. Oni w ogóle mają jakby więcej książek na swoich półkach, co uważam za smutne. Byłoby miło mieć tu ekskluzywną biblioteczkę, w której dzieła sortowałabym kolorystycznie. Byłabym infantylną snobką, i tak – chciałabym właśnie takiego życia. Wszyscy myśleliby, że jestem szalenie inteligentna, ponieważ na jednym ze zdjęć dostrzeżono by na półce Kunderę. Nie przeczytałam go co prawda, ale kto o tym wie? Z pewnością byłabym dzięki niemu lepszym człowiekiem. Może nawet nie byłabym taka żałosna.

Gospodyni rautu zapukała w okno, żeby mnie przywołać. Gestem ręki wskazałam, że zaraz do niej przyjdę, tylko skończę papierosa. Palę jednego za drugim, mając nadzieję na to, że paczka nigdy się nie wyczerpie. Po powrocie do środka już nigdy nie będzie tak samo, a mnie nie uda się dokończyć prywatnej improwizacji. Za oknem balkonowym trwa bowiem impreza, a mnie się nie widzi, wtłaczać w te kręgi na nowo. Zmęczyłam się. Ludzie często tego nie rozumieją. 

Alkohol daje mi siłę bycia niewidzialną; mogę zespolić się z najmniejszą rzeczą, znajdującą się w pobliżu. Obserwatorka – oto kim jestem, kiedy piję. A potem o was śpiewam.

Przejdź do treści