fbpx
Zaznacz stronę

Poezja Anny Marszewskiej

02/2020

Zakwitłe ptakami

Pierwsza umarła pamięć słów – prostych, codziennych.
– Narodziła zdziwienie zamkniętych szuflad
inspiracji… maskowane żartem: dziwosłów

Drugi umilkł czas gubiąc się w koronkach zdarzeń.   
Wskazówki zegarów przylgnęły do ziemi.
– Narodził się strach jaki czują ptaki bez gwiazd.

Wkrótce odeszła pamięć miejsc. Mapy powrotów.
Ślad ścieżek wydeptanych w księdze przeszłości.
– Narodziła dławiący ciężar wycofania.

Zginęła pamięć twarzy syconych czułością rąk.
Teraz rozmytych nierozpoznaniem.
– Narodziła agresję karmioną obcością.

W końcu skonał dotyk… osiadł w bezdechu ciała.      
– Narodził stupor. Otępieniem zamykając
bliskość w niepojętym gwarze smugi splątania.

Umierałam ostatnia, między kroplami bezradnego czasu
wpatrzona w nagi błękit oczu rozwartych odchodzeniem.
Milkłam drżeniem palców. Ciszą dłoni w dłoni.

– Zrodziła się pewność:
Miłość nie odchodzi… trwa drzewem zakwitłym ptakami.

I boję się snów

Wyłonił się z załomu sennego labiryntu zamkniętych synaps.
Podpływa.
Olbrzymieje niewiadomym.
Zarzuca ciasny sznur cienia.
Zaciska oddech.
Tępą stroną bólu otwiera żyły
tłocząc spienioną krew w lodowaty dół żołądka.

–Spokojnie moje serce!-  to tylko człowiek.
Spójrz… uśmiechnął się
i przeminął.

Zrównane szale

zakończona rozmowa ze Steinbeckiem
kładzie na otwartych stronach milczące przerażenie
ścinkami niestrawionych myśli 
rozsypuje niepokoje
niech nie zalegają w sumieniu

przyjaźń i litość
nieposegregowane oczekują
w kontenerach niezrozumienia

niespełnione obietnice
w szczelnie zamkniętych słojach  
stoją na półkach w nieistniejącej farmie

teraz można pociągnąć spust
czyż nie dobija się koni?
i tak zatańczą po śmierć
nikomu niepotrzebne

śmierć myszy – śmierć człowieka
zrównane szale…
gaśnie najważniejsze

___

01/2020

W drodze

Wychodzę z czasu…
Tańcem błędnego ognika
kalendarze lat przekładam.
Przemierzam daty zmarszczkami gniazd
w posiwiałych źdźbłach kartek,
budząc niepokój śniących ptaków.

Zasłaniam dziury w sumieniu.
Przytulam blizny minionych zdarzeń,
co znowu bolą osadem matowym…
szeroko tak… bezbrzeżnie.

Tęsknotą dotykam myśli.
Latem na ustach wciągam ich zapach.
Trącając nuty składam frazę
chcąc oddać wszystko, co mieszczę.
Pieśnią szamanki zaklinam
spłowiałe wonie, dźwięki, kolory.

To czego szukam ma imię… Życie.  
Co trwa… Oddycha wszystkimi zmysłami.
Brzęczy, jak iskry w jasności ogniska
uwodząc nową kartą kalendarza.

Zrównane szale

zakończona rozmowa ze Steinbeckiem
kładzie na otwartych stronach milczące przerażenie  
ścinkami niestrawionych myśli
rozsypuje niepokoje
niech nie zalegają w sumieniu

przyjaźń i litość
nieposegregowane oczekują
w kontenerach niezrozumienia

niespełnione obietnice
w szczelnie zamkniętych słojach  
stoją na półkach w nieistniejącej farmie

teraz można pociągnąć spust
czyż nie dobija się koni?
i tak zatańczą po śmierć
nikomu niepotrzebne

śmierć myszy – śmierć człowieka
zrównane szale…
gaśnie najważniejsze

Bez żalu

weszła
usiadła obok
bezpowiekie oko zatopiła w cierpieniu
z ufnością podałeś dłoń
na poduszce 
w kostkę złożony ostatni oddech ulgi
bez żalu…
jeszcze tylko garść ziemi

Skip to content