Poezja Agnieszki Wiktorowskiej-Chmielewskiej

Les Arts i Gaston

Pachnie świeżo pieczonym chlebem,
przelewa się i wpada do kamiennej misy
z ośmioma dyszami krystaliczna woda.
Zniknął brud z ulic, brud z tawern,
świat biedy i artystów. Nie ma już
kobiet z wiadrami. Pod kopią fontanny
w dziewiętnastowiecznym stylu
studenci i turyści przegryzają frytki.
Na placu Contrescarpe wśród bruku
jak dawniej pną się
szczebioczące drzewa.

Nieuchwytne

Coś głębiej, coś z samego dna,
płynnego wnętrza ziemi. Tam
gdzie ogień i wszystko się rodzi.
Gdzie kształty są przechodnie.
Ta lawina jest stąd i tutaj
korzenię twoje imię.

Zamiast rannego wychodzenia

Do snu układałeś wierszami Tuwima,
dzień żegnać uczyłeś piosenką.
W inny wymiar wciągałeś opowieścią
o chłopcu, co ganiał po lasach
z psami, polując na dziki i wiatr.
Spróbuj więc zrozumieć – naprawdę
staram się wejść w nurt codzienności,
wywołać normalność. Rytm dnia
dostosować do rubryk w kalendarzu.
Ale to wraca. Samo. Nie chce odejść,
pozwolić mi decydować.
Odsuń ciernisty żal na bok i pomyśl:
jak niby mam przestać pisać,
płynąć przez wersy poezji,
na podniebieniu nie szukać więcej
smaków słowa. Jak? Skoro oboje
pochodzimy z rodu gawędziarzy.