
Z aktorem Mirosławem Baką rozmawia Sylwester Kurowski
Często przyznaje Pan w wywiadach, że został aktorem, żeby walczyć ze swoją wstydliwością, czy ta walka została zakończona zwycięsko raz na zawsze, czy też jest to proces, w którym każdorazowo przed występem trzeba staczać tę walkę na nowo?
– Nie, ta walka się nie zakończyła i podejrzewam, że nigdy się nie skończy, bo to we mnie tkwi. Chociaż oczywiście lata pracy, doświadczenia, różnych sytuacji w filmie i teatrze spowodowały, że musiałem oswoić tę swoją nieśmiałość. Może ona przesunęła się trochę w stronę ochrony własnej intymności albo dbania o swoją przestrzeń, do której, poza najbliższymi, staram się nikogo nie wpuszczać.
A jeśli chodzi o to, co nazywamy tremą, to ona wcale nie maleje. Myślę nawet, że czasami jest większa, bo z biegiem czasu, kiedy człowiek próbuje stworzyć swoją pozycję w świecie aktorskim, to równocześnie z drugiej strony ten wektor przechyla się i oczekiwania, którym trzeba sprostać są coraz większe. Za każdym razem przed premierą filmu czy premierą teatralną jest jakaś obawa, czy udało mi się stworzyć coś dobrego, nowego, czy powiedzą: E! to poniżej naszych oczekiwań.
A jak ocenia Pan najnowszą produkcję komedii ,,Sami swoi. Początek”, w której brał Pan udział? Widział Pan już ten film?
– Widziałem, widziałem.
Jako że zazwyczaj doszukuje się Pan w swoich rolach minusów i niuansów, zapytam: czy tu również?
– To nie było jakieś wielkie wyzwanie aktorskie, ale była to przygoda i przyjemność znalezienia się w kultowej opowieści o Kargulach i Pawlakach. Nie mam tam sobie wiele do zarzucenia, ale zawsze coś by się znalazło.
Dobrze się pracowało z Arturem [Żmijewskim] jako reżyserem oraz z Adasiem Bobikiem, który moim zdaniem jest doskonałym, wielkim aktorem, jak również z resztą znakomitych kolegów. Takie spotkania z Zamachowskim czy Chabiorem, z którymi znam się od lat, są czymś bardzo przyjemnym.
Używa Pan sformułowania: w mojej filmografii, podczas gdy większość artystów mówi: w mojej karierze, czy to wynika z tak dużej dozy skromności, jaką Pan w sobie niesie, czy z dbałości o język, czy może z potrzebny indywidualizacji, bycia osobnym?
– Wie pan, słowo: kariera, jest takie trochę ulotne. Nie lubię tego określenia, bo zaczęło mi się bardziej kojarzyć z karierowiczostwem wszelkiego rodzaju niż z prawdziwą, autentyczną sztuką. Czyjaś kariera może istnieć w social mediach, być oparta na tym całym celebryctwie, ktoś może zrobić karierę i ona może się nagle urwać, bez względu na to, co zrobił, bo opinia publiczna przestanie się nim interesować. I koniec kariery. Natomiast jakieś dokonania zawodowe, to już jest coś utrwalonego na nośnikach, zapisanego w historii filmu czy teatru i tego się tak łatwo: skreślić, wymazać, zapomnieć, nie da. Dlatego może używam pojęcia filmografia.
Jeśli aktor debiutuje u Kieślowskiego i to główną rolą [mowa oczywiście o ,,Krótkim filmie o zabijaniu”], jest w Cannes, osiąga rozpoznawalność i sukces nie tylko w kraju, ale i za granicą, to jak mu się udaje pozostać nadal tym samym człowiekiem? Czy był taki moment, kiedy mówiąc kolokwialnie: uderzyła Panu sodówka?
– Gdy patrzę na swoje dokonania zawodowe, to wszystko wydaje mi się dość stonowane i umiarkowane. Osiągnąłem bardzo wiele na początku swojej drogi aktorskiej, czyli zagrałem w filmie, który zyskał pierwszą europejską nagrodę filmową (Felixa) i był doceniony na wielu światowych festiwalach począwszy od Cannes. Może nawet był bardziej ceniony na świecie niż w Polsce. Ale w związku z tym wszystko co robiłem później, było właściwie potwierdzaniem swojej pozycji zawodowej. Dostawałem najróżniejsze propozycje, grałem w różnych krajach i wciąż istotne było to, żeby nie zejść poniżej tej wysoko postawionej, już na samym początku, poprzeczki. Jak przyjrzeć się mojej filmografii, to wszystko tak przebiega… nie chcę powiedzieć równo, bo oczywiście są lepsze i gorsze momenty, ale harmonijnie.
Teraz żyjemy w czasach, gdy ludzi zbyt często nazywa się gwiazdami, gwiazda: serialu, programu, czy czegoś tam. I paparazzi biegają za nim, a ja właściwie nie wiem, kim ten człowiek jest, co on zrobił? I muszę sobie dopiero wygooglać. Dlatego ukłułem powiedzenie, że w Polsce bardzo łatwo jest zostać gwiazdą, natomiast znacznie trudniej jest nią pozostać.
Jeśli chodzi o świat filmowy to [Humphrey] Bogart był gwiazdą, Merlin Monroe była gwiazdą-i to są określenia, które zostały trochę przylepione, przyswojone z hollywoodzkiej tradycji, natomiast u nas gwiazdorstwo w PRL-u, to właściwie co oznaczało? Później dopiero coś się zaczęło, nastąpił okres lansowania ludzi na gwiazdę i tej całej otoczki wokół tego. Nie chcę umniejszać…
Na gwiazdę, ale taką właśnie ogólnoświatową, to dopiero wyrasta nam Marcin Dorociński. Natomiast ja starałem się pozostawać na pewnym poziomie i nie znikać ze świata filmowego, bo świat teatralny, który jest w moim życiu zawodowym równoległą drogą, to jest coś zupełnie innego i tam nie mam takich obaw i wątpliwości. Natomiast świat filmowy jest dosyć kapryśny i często bywa tak, że aktor jest po prostu modny albo w obsadzie są ludzie, którzy mają więcej lajków w mediach społecznościowych. Ja nie mam ani Instagrama, ani TikToka, ani Facebooka, więc nie istnieję. Moja obecność w świecie filmowym polega wyłącznie na tym, że swoją pracą udowadniam, czy jestem tam potrzebny, czy nie.
Jak w ogóle do tego doszło, że zadebiutował Pan na dużym ekranie będąc jeszcze studentem Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej we Wrocławiu? Krążą legendy, że wtedy władze uczelni artystycznych niechętnie, o ile w ogóle, zgadzały się na to, by studenci występowali. Zatem jak się to Panu udało i czy trudno było przekonać rektora/dziekana?
– Dekalog [,,Krótki film o zabijaniu”] nie był moim debiutem, byłem już wtedy na trzecim roku, a zgodę na granie, uzyskałem będąc na pierwszym. Zagrałem wówczas w filmie, jak to się wtedy określało: telewizyjnym, pt.,,Daleki dystans”. Wtedy był taki wyraźny podział na film telewizyjny i film fabularny- kinowy. Już na pierwszym roku udało mi się więc zagrać za zgodą dziekanatu, ale chyba tylko dlatego, że główne sceny w filmie miałem ze swoim pedagogiem, więc on zagwarantował, że ja jestem pod jego opieką, co miało oznaczać: nie odbije mu szajba i będzie to część nauki aktorskiej. Później, na drugim roku, zagrałem w serialu: ,,Ballada o Januszku”, bo może już się nie obawiano, że mi się przewróci w głowie. A na trzecim roku, to już oparło się o rektora krakowskiej szkoły, bo ja studiowałem we Wrocławiu, a to była filia zamiejscowa szkoły krakowskiej, i wiem, że Krzysiek Kieślowski porozumiał się w tej sprawie z Jurkiem Trelą, który wtedy był rektorem i jakoś się udało mnie umieścić w kalendarzu zdjęciowym. Chociaż wiązało się to z ciągłym lataniem samolotami pomiędzy Warszawą a Wrocławiem i były to bardzo męczące dni. Przylatywałem po zdjęciach do Wrocławia, żeby nie zawalić kolegom próbowania scen do egzaminu, pracowałem do drugiej nad ranem, kładłem się na krótką drzemkę i rano pierwszym samolotem leciałem do Warszawy. Anegdotyczna była sytuacja, gdy ja tak często wtedy latający na krajowych liniach, chciałem się zdrzemnąć, a ostatnie siedzenie w tych naszych Antkach (AN – samolot), które wtedy latały, zajmowało dwóch zomowców. I pamiętam, jak ja taki zmarnowany wsiadałem rano do samolotu, a oni znajdowali taki pretekst, mówili: chłopak leci znowu zmęczony, to dajmy mu się kimnąć, i szli podrywać stewardessy. Człowiek był wtedy młody, więc tyle snu nie potrzebował, i tak udawało się pogodzić film i egzaminy we Wrocławiu.
Zdarza się aktorom bardzo długo (nawet jeszcze po zakończeniu zdjęć do filmu czy gry w teatrze) pozostawać w roli. Pan mówi, że kiedy wychodzi po spektaklu do ukłonów jest już znów sobą, nie postacią, którą przed chwilą grał. Czy to znaczy, że łatwo przychodzi Panu wyjście z roli? I czy zdarzyła się kiedykolwiek taka rola, która nie pozwoliła na to, by ją tak szybko pożegnać?
– Jest troszkę inaczej. W momencie pracy nad rolą, przygotowania jej, prób w teatrze czy czasu realizacji filmu, to ja faktycznie noszę tę rolę ze sobą, bo człowiek co chwila o tym myśli, nie przestaje o tym myśleć i stara się swoje myśli w ten sposób poukładać jak bohater, którego gra. To wtedy jest taki okres, kiedy się tę rolę nosi ze sobą, natomiast jak ta postać zostanie już stworzona i jest po premierze teatralnej, to wtedy ja wykonuję swój zawód: idę do teatru wieczorem, gram to i już nie jest to taki czas, kiedy ja wychodzę i wciąż jestem tą postacią. Nie, myślę, że to już jest z latami nabyta umiejętność takiej higieny psychicznej. Ja muszę wyjść, wyjść z teatru, otrzepać się, zająć się codziennymi sprawami: życiem, dziećmi, wnukiem, domem, ogrodem. Podobnie w filmie, kiedy się kończą zdjęcia, to człowiek zaczyna myśleć o następnym projekcie, o innych rzeczach i tę postać już gdzieś się zostawia za sobą. To wszystko mieści się w rozdziale pt. higieniczne wychodzenie z roli, którego aktor uczy się zazwyczaj z powodzeniem.
Lubi Pan grać z Dorotą Kolak i nawet zdarzyło się, że przyjął Pan rolę właśnie ze względu na jej obecność na planie. Zatem jakie cechy powinien mieć aktorka czy aktor, żeby współpraca na planie czy na scenie dobrze się układała? I czy ważniejszym kryterium doboru roli jest dobry scenariusz czy dobra obsada?
– Jakie cechy, to ja nie wiem, na to pytanie nie umiem odpowiedzieć, bo to będzie takie mądrowanie się, w moim przypadku będą ważne te cechy, w przypadku innego aktora inne cechy. Na pewno trzeba być otwartym na partnera, to jest najważniejsze, ufać partnerowi. Mówi się o nas, że pracujemy na tych samych częstotliwościach, o aktorstwie myślimy w podobny sposób, to ułatwia. Są aktorzy doświadczeni, z którymi się spotykam w pracy i okazuje się, że jakoś nie mogę się z nimi porozumieć. Z Dorotą udało nam się od pierwszego zawodowego spotkania, czyli po raz pierwszy stanęliśmy obok siebie na scenie teatralnej w 1988 roku. Proszę policzyć ile to już lat, nie zliczę, ile ról zagraliśmy jako: małżeństwo, rodzeństwo, wrogowie, przyjaciele, wszelkie możliwe konfiguracje.
Myślę, że ważniejszy jest jednak scenariusz, bo kiedy dostaję propozycję, to pierwszym co mam przed podjęciem decyzji, jest scenariusz, a dopiero później dowiaduję się z kim zagram: co to będą za aktorzy, czy ich znam, czy pracowałem z nimi, czy nie. Oczywiście fajnie jest, kiedy można spotkać starych przyjaciół, z którymi już się pracowało i sprawdziło w różnych filmowych warunkach. Chociaż muszę uczciwie przyznać, że zdarzają się też takie sytuacje, kiedy wiedząc, kto będzie reżyserem i, że ten reżyser nie bardzo mi leży, obsada też raczej średnio, to sobie tak po cichu myślę: a co ja się będę męczył. Mam swoje lata, nie muszę w to wchodzić. Takie rzeczy w moim wieku też już trzeba brać pod uwagę, żeby się przyjemnie pracowało.
Czym według Pana charakteryzuje się ciekawy scenariusz, którego się nie odrzuca? Czy to taki, w którym są ciekawe dialogi, intrygująco nakreślona postać, czy też może po prostu taki, który wciąga jak kawał dobrej literatury? Czym się Pan kieruje w swoim wyborze?
– Wybieram w najnaturalniejszy, organiczny, intuicyjny sposób. Czytam coś i albo mi się podoba, albo nie. Albo budzi moje zainteresowanie i widzę w tym ciekawy materiał, albo nie. To działa na podobnej zasadzie, jak wybieranie filmu w kinie. Wybieramy spośród różnych filmów i nagle jakiś nas wciągnie, zainteresuje przez swoją formę, treść. Sztukę trudno zdefiniować. Jednemu podoba się realizm, drugiemu surrealizm, trzeciemu impresjonizm. Nie ma na to reguł. Lubię różne malarstwo, różną sztukę, różne scenariusze. Musi być to coś, co sprawi, że chcę w tym uczestniczyć, chcę być częścią tego projektu.
Czy to prawda, że jest Pan osobą, która, jak Edith Piaff, niczego nie żałuje i nie rozpamiętuje? I czy w związku z tym również nigdy nie żałował Pan wyboru swojej drogi zawodowej? Oraz czy stojąc dziś przed jej wyborem, ponownie wybrałby Pan aktorstwo?
– Gdy byłem jeszcze w licem, myślałem o reżyserii, ale stwierdziłem, że muszę najpierw skończyć jakiś inny wydział, żeby spróbować szans na reżyserii, bo ona była wtedy w formie studiów podyplomowych. Zdecydowałem, że najlepiej skończyć wydział aktorski, gdyż wtedy będę znał materię, z którą miałbym pracować, czyli świat teatru i filmu od strony aktora. Ale jak się potem okazało, zaczęło mi się udawać to aktorstwo, więc reżyseria pozostała w kwestii niezrealizowanych planów.
Kiedyś Kieślowski, gdy mu się zwierzyłem z tych planów, powiedział: Ty się chłopaku zajmij tym, co ci dzisiaj całkiem dobrze idzie, czyli aktorstwem. Reżyserem możesz w każdym wieku zostać, jak ci się znudzi aktorstwo. I często są takie przykłady, że aktorzy po jakimś czasie zaczynają reżyserować. Ja się od tego oddaliłem, dlatego że bardzo uważnie przyjrzałem się temu i zobaczyłem na czym polega ogrom trudności reżyserii: to praca z aktorami, pozyskiwanie pieniędzy, przekonywanie ludzi do swojego pomysłu. A teraz nie mam na to ani siły ani ochoty. Raz spróbowałem czegoś na kształt reżyserii teatralnej i byłem tym zagadnieniem okropnie zmęczony, bo oczywiście chciałem za wszystkich aktorów zagrać wszystkie role, wiedząc, jak sobie je wyobrażam; ale tak nie może funkcjonować reżyser. Jak się okazało, nie mam predyspozycji pozwalających mi z powodzeniem wykonywać zawód reżysera, natomiast mam do zawodu aktora. I już pozostanę w tym do końca.
W ,,Demonach wojny” zagrał Pan Cichego, rolę kultową czy jak kto woli legendarną, choć podobnie mówi się też o Szajbie z ,,Fali zbrodni”, ale co ciekawe, obie te postaci to milczący, introwertyczni bohaterowie, oscylujący gdzieś blisko Pańskich osobistych cech. Przyznawał Pan, że właśnie dlatego tak lubił Pan ich grać. Czy rzeczywiście tak jest, że łatwiej czy chętniej gra się postać osoby podobnej niż tej będącej przeciwieństwem nas?
– Nigdy nie dobieram ról, nie przyjmuję propozycji pod kątem takiego kryterium: czy będzie łatwo, czy będzie trudno, tylko przede wszystkim: czy będzie ciekawie i czy scenariusz daje mi jakieś pole do popisu. Chociaż owszem zdarza mi się podchodzić do scenariusza z taką chęcią podniesienia sobie poprzeczki i znalezienia czegoś, co sprawi mi pewną trudność aktorską, rzemieślniczą, żeby nie dać się uśpić. Wiem, że reżyserzy chętnie obsadzaliby mnie w rolach, w których się sprawdziłem, ale ja cenię nowe propozycje i jestem otwarty na te, które pozwalają mi poszukać troszkę inaczej, gdzie indziej, coś pokombinować. Oczywiście teatr daje mi większą różnorodność ról i w teatrze grałem najróżniejsze postaci. Natomiast w filmie rzadko który reżyser odważa się obsadzać na przekór charakterowi aktora, jego predyspozycjom czy emploi. Amanci to amanci, twardziele to twardziele, a komicy to komicy. I leci się tym schematem. Cudownie jeśli ktoś, mimo wszystko, zechce od aktora czegoś innego, odmiennego, bo to jest moment kiedy trzeba troszkę inaczej pomyśleć i to jest zawsze ekscytujące.
Niektórzy aktorzy mają swoje techniki uczenia się tekstu, budowania postaci. Czy Pan również?
– Zdaje się, że mam.
Od początku nauki aktorstwa zdarzało mi się czytać dzieła Stanisławskiego czy Czechowa, teorie aktorstwa, ale zawodowe życie nauczyło mnie słuchać swojej intuicji albo uczyć się od różnych ludzi, natomiast nie tworzyć jakiegoś schematu pracy, bo za chwilę, przy kolejnej roli, podczas pracy z kolejnym reżyserem, może się okazać, że ten schemat pójdzie w diabły, w ogóle się nie sprawdzi. Jestem otwarty i całe życie się uczę, więc dopóki będę uprawiał ten zawód, to będę się uczył od różnych ludzi. Staram się zachować – co jest przydatne w tym zawodzie – świeżość dziecka, które wciąż z otwartymi oczami dziwi się i mówi: można i tak.
Pisze Pan jeszcze wiersze?
– Nie. Wiersze pisałem w młodości.
Dla siatkarek?
– Dla siatkarek, dla dziewczyn z którymi chodziłem. To są poniewierające się na strychu stare zeszyciki, w których coś tam gryzmoliłem. Nie mam już chyba duszy poety, chociaż to nie znaczy, że nie cenię poezji. Bardzo ją cenię i bardzo lubię czytać dobrą poezję, ale przez to, że przeczytałem jej tak dużo, zdaję sobie sprawę z tego, że ktoś może być poetą, a ktoś inny powinien być aktorem.
Ma dla Pana znaczenie kontakt z publicznością?
– Mówimy o teatrze? Tak, ma ogromne znaczenie. Dlatego, że to właśnie kontakt z publicznością stanowi w dużej mierze o tej wspomnianej świeżości. Jak to się zamyka wyłącznie w świecie filmu, to jest oko kamery i opinia jedynego najważniejszego widza czyli reżysera. Natomiast każdy wieczór spędzony na graniu przedstawienia w teatrze, to wieczór kolejnego egzaminu, bo widownia tu i teraz w każdym momencie, na bieżąco daje odpowiedź: czy pięknie kłamiesz, czy nie, czy jesteś dobry w tym co robisz, czy nie.
A czy jest taka postać historyczna, którą chciałby Pan zagrać?
– Nie. W całym moim aktorskim życiu nie projektowałem sobie marzeń, które by stwarzały przestrzeń do rozczarowania, że się nie spełniły. Nie. Brałem to, co przynosił los, czas i dzięki temu wyzbyłem się choćby cienia frustracji. Zagrałem Hamleta, Ryszarda, mnóstwo ról w teatrze, zapamiętane role filmowe. Marzyć to ja mogę o wielu innych dziedzinach życia: o podróżach, spotkaniach.
Czeka Pan każdego roku z niecierpliwością czy niechęcią na listopad, kiedy wyjeżdża Pan odpocząć?
– To jest nie tylko czekanie, to jest też przygotowywanie się, logistyka podróży. Osobny rozdział mojego życia, który powoli staje się ważniejszy od wszystkiego innego, bo to jest coś, co kocham, uwielbiam. Oboje z żoną bardzo lubimy planować podróże. Zresztą planujemy nie tylko ten listopad, ale nawet już następny. Jest tyle wspaniałych rzeczy do zobaczenia na świecie. Życia nie wystarczy na to wszystko, więc trzeba to dokładnie zaplanować.
Dziękuję za spotkanie.