– Stań się drzewem – powtarzał przed snem małej Ewie dziadek. – Kiedy codzienność cię przytłacza, stań się drzewem. 

        Ewa siedziała wpatrzona w rozłożysty dąb, rosnący na wprost jej okien. Szukała w nim sensu słów dziadka. Na ulice powolnie opadał wieczór.

– Jutro – wyszeptała – skończę czterdzieści jeden lat. 

       Ostatni rok był przełomowy. Nie tylko przełamał ją, wręcz połamał, poszarpał, rozdrobnił na miał. Podrzucił kilka zmarszczek, gorszą cerę, przywłaszczył za to pięć kilogramów i Marka. Tak, Marka. Mężczyznę jej życia, przyjaciela z liceum, tego, z którym zamierzała zestarzeć się w bujanym fotelu. A on… on zostawił ją dla innej. Ponoć tamta go rozumiała. Według Ewy było to równoznaczne z podziwiała. 

        Przez jakiś czas stanowili całkiem udane małżeństwo. Potem coś zazgrzytało. Może brak dzieci? Najpierw ich nie chcieli, potem się nie składało, a później nie było już sensu mieszać osób trzecich w dwa odległe światy. A może zwyczajnie rozminęli się w wędrówce? Tak daleko, że marsz powrotny kosztowałby ich niewspółmiernie wiele; więc i łatwiej, i przyjemniej było kroczyć osobnymi drogami. 

         Nie miała jednak do niego żalu. To znaczy miała, ale to był inny rodzaj ciernia. Nie taki powszechny, widywany wśród ludzi obwiniających się o pochmurne niebo podczas urlopu, zgubioną skarpetkę, czy za mało słodki cukier. Ten był obcy, zamaskowany, bez namacalnych granic i wyjść ewakuacyjnych; po prostu inny, jej, osobisty. 

       Noc miała niespokojną. Wciąż wracały obrazy: matura, ślub, rozwód, pustka. Po trzeciej usnęła. Ujrzała ogród. Majowy. Drzewka owocowe w białych, kipiących od ruchu kapeluszach, niestrudzone roznoszeniem życia pszczoły. Zamiast jazgotu: ptaki, szmer liści, i on. Zdążyła już zapomnieć barwę jego głosu. Odwróciła się. Ciemność. Znowu pustka, ale tym razem inna. Coś się w niej czaiło; wątły znak zapytania i dobrze znane słowa. „Być drzewem” powtarzała: miękko, w zwolnionym tempie, aż słowa nabrały płynnego rytmu. Stały się melodią. 

       Budzik zadzwonił o siódmej. Normalny porządek dnia – papieros, kawa, drugi papieros, wskazówki biegnące bez przeszkód. Telefon. Matka i pięć minut wyrwane z kalendarza. Kolejny papieros, kolejna kawa. I jeszcze upominek w postaci deja vu. Dziadek. Ponoć umarli przychodzą tuż przed… Śmierć nie jest końcem, jest wybawieniem. „Stań się drzewem” przebiegło jej przez głowę. 

– Drzewem, czyli kim? 

       Podeszła do okna. Miała wrażenie, że stary dąb na nią patrzy. Obserwuje jej smutek, a kilkadziesiąt rozpostartych na niebie ramion gotowych jest ją pocieszyć. Przymknęła lekko powieki. 

– Stań się drzewem – usłyszała głos skryty gdzieś w ciele; i nagle ogarnęła ją ciemność.

        Mężczyzna wydawał się wyczerpany. „To ta praca – pomyślała Ewa. – Każdy wyglądałby podobnie, przekazując dziennie po kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt wyroków”. Zanim słowo stało się ciałem, ciało już było tym słowem. Jej ciało i jego słowo spotkały się, odtąd stanowią jedno. 

        Poszukując pokarmu, rak chodzi do przodu. Póki się nie nasyci, bywa nad wyraz inwazyjny. Gdy wyczuje jednak zagrożenie, cofa się samoistnie. 

           Chemioterapia to koszmar. Niemniej pozwala uporządkować nabrzmiałości. Zmusza do postawienia grubej kreski między tym, co narosło wczoraj, a wątpliwą przyszłością. Wycisza. Milczenie zaś wspomaga przedzieranie do prawdy. 

 – Drzewo – powiedziała na wpółprzytomna Ewa. – Mieć jego powagę, odporność na ból, pokorę. Być niezachwianym, wiernym sobie, bez względu na otoczenie i to, co dzieje się wokół. Mnożyć łagodność i ciepło. Zielenieć. W myślach stwarzać schronienie słabym, wsłuchiwać się w ich podszepty, delektować pieśnią. Pozwolić im odetchnąć, a tym, którzy zechcą, pozwolić osiąść na dłużej. Dbać o nich, nie bacząc na przeciwności; w dni wietrzne, deszczowe tulić, w spiekocie częstować cieniem.

       Ma czterdzieści jeden lat, a czuje, jakby weszła w jesień życia. Tę późną jesień, kiedy kolory stopione w jednolitość odpychają. Zniechęcają do wychylania na zewnątrz. A drzewa? Gdy przychodzi czas krótszych dni, drzewo usycha z tęsknoty. Roni łzy, oczyszcza się z nadmiaru warstw, ubiera w nagość. Ale dzięki temu rozumie: bez Boga-Słońce nie ma życia. I nawet, kiedy pojawia się biel, ta biel przykrywająca odsłonięte rany, to jedynie imitacja światła. Chwilowe odpocznienie. Ona nigdy nie stanie się dawcą.

       Białe ściany, biały fartuch, białe słowa. Przezroczyste treny w ustach lekarza: agresor wycofał roszczenia. Po miesiącach grzebania i rozkopywania wspomnień, dłubania w zrostach, Ewa już wie. Sekret drzewa to sekret jednej z wielu możliwych dróg. Być drzewem, znaczy być istotą mocno zakorzenioną w ziemi i jednocześnie sięgającą nieba. Żyć wśród życzliwych i tych pogubionych według tego samego prawa. Zostać jednym z cichych. Posłusznie przyjmować los, jego perłowe i granitowe wcielenia. Roztaczać ramiona nad chwiejnymi. Na języku nosić wdzięczność, gromadzić spokój i mądrość. Promieniować nimi. 

      A kiedy nastąpi moment rozstania, zebranym ofiarować płomień – doskonałej i czystej miłości; i odejść…  niepostrzeżenie.