W międzyczasie

Od czego zacząć… na czym zakończyć… by poczuć inaczej… zobaczyć więcej… zrozumieć by pojąć, że nie o rozumienie chodzi… I o nic nie zabiegać… nie krążyć w koło gwiazdy z dala od ogniska w mroku niewoli… Od czego kończyć, by rozpocząć i mierzyć się z wolnością… ku niej wiatrem… nie kamieniem na rozstaju z laurem wieńczonym… jak, by niczego nie zaczynać i nic nie kończyć… by być tak lekkim, żeby nie opaść na dno.

Świat wylał dziś na mnie całe pomyje swoje. Śmierdząca, ociekająca brudem wlokłam się ulicami pomiędzy barami. Nie wiem kogo i czego szukałam…. A łapska jego brudne dotykały mnie i pociągały… I śmiał się ten świat, obłąkańczo i szyderczo. Ironią parskał. Złośliwe graffiti na murach nabazgrał i pierzchał donikąd. A przecież wyszłam dziś z siebie, by murale na ulicach miast malować. Murale pełne rajskich krajobrazów i kosmosu. I niebo miałam w zamiarze pod stopami stworzyć i w nim brodzić. Niczym ptak. A tu mrok z nagła skoczył zza rogu i porwał mnie. Oddech wyrwał z piersi skowytem…. I na wydechu zawodzę pieśni swoje… aż do pustki…. te pieśni. Skrywam się w czarnych zaułkach miasta. Ostatnie tchnienie oddaję kanałom i przywieram zsiniałymi ustami do kraty, i zamglonymi oczami światełko w tunelu widzę… Za późno… za późno. Rozpływam się w ściekach miasta. Znikam. Rano już nikt mnie nie znajdzie. Oniemiałam. Oślepłam. Znieruchomiałam. Posąg. Kamień. A legenda o mnie nie powstanie. Bo Nike nie jestem, ani Syrena ze mnie nigdy nie była, ani d’Arc Joanna. Matka Polka też ze mnie nie była, ani Siłaczka. Jeno lalka szklana. Przezroczysta, nieumalowana. Świat odbijał się we mnie, blask przenikał przeze mnie, mrok osiadał we wnętrzu moim. A i pryzmatem bywałam dla świata. O tak. Bywałam. Teraz spływam kanałami z oddechem wstrzymanym.

Znów noce bezsenne. Snów pod powiekami nie znajduję, gdy oczy zamykają się. Z półprzymknienia w mrok spoglądam. Myśli ich nie otwierają. I czerń dookoła. Nawet Księżyc nie zagląda przez okno, bo tu u mnie nie ma nic do ujrzenia. Gwiazdy pochowały się za chmurami, aby mrok nie odarł ich z blasku. Jestem teraz zapatrzeniem zastygłym z przerażenia. Już nie pamiętam jasności, ani światełka, które mruga w oddali w tunelu nadziei. Leżę nieruchoma. Ciężar przysiadł na sercu i z trudem wielkim oddycham. Nie wiem po co się tak trudzę z tym czerpaniem powietrza… zatrutego niepojęciem. Nie pamiętam już imienia. Gdzieś z boku, zza ściany woła mnie imię obce mi, choć walczące o przynależność do mnie. Znieruchomiałam. Niczym ryba z wody, duszę się, krztuszę. Zdechnę albo nie. Nicość mnie pochłonie albo w czarnej dziurze zniknę. Może wtedy Księżyc na parapecie przysiądzie. Gwiazdy mrugną do pustki mojej. I jasnością oświecą mrok. Może wtedy sny uwolnione moje pomkną i rozprysną się barwami i odcieniami szeptów przebudzonych moich. Może wtedy wszystkie zdrady i zabójstwa wyjdą na światło dzienne. I dogoni mnie śpiew Feniksa płonącego. Odnajdzie mnie odrodzony z popiołów i uniesie. A może nic się nie stanie i po prostu zniknę. I tyle po mnie. Nic. Nawet nie to, co kot napłakał. Bo tu kotów nie ma, bo dróg nie ma i nie da rady chodzić własnymi ścieżkami. A kocie oczy swoje głęboko ukryłam i teraz ich nie znajduję. Gęsta mgła osnuwa mnie odcieniami czerni. I nie słyszę nic poza pustki zawodzeniem. I czasu nie ma. Nie ściska mnie za gardło lękiem. Jestem tu sama i opuszczona. I sama nie wiem, kim jestem i gdzie jestem. A i strach też zdradził. Myśli otumanione, spowolnione… czyje… myśli… duszą usta moje.

Patrzyłam i nie widziałam… bo świata już nie miałam… siebie nie rozpoznawałam… jakaś obca we mnie zasiadła i gapiła się bezczelnie… wlepiała gały swoje rozwarte kołem czasu… a ja przecież na linie czasu zawisłam… Nic już nie wiedziałam… nic nie pamiętałam… I tylko na tym kole się kręciłam… do mdłości i do nieprzytomności… i o tej linie myślałam, i jak mantrę słowa o zawiśnięciu na linie powtarzałam…. A obca wstrząsnęła mną. Jakieś obrazy pokazywała. Pieśniami przyzywała. Most linowy budowała. Splatała makatki. Kosze przeplatała. Wianki wiła. Korale nanizała. Owoce zbierała. Kwiaty i zioła pielęgnowała. Pośród lasów jak łania mknęła. Obca. Po drugiej stronie. Ku mnie. Ona. Widziałam, choć nie patrzyłam. Słyszałam, choć nie słuchałam. Bez pamięci upadłam… nie powstałam. I tylko o linie myślałam i jak mantrę słowa o zawiśnięciu na linie powtarzałam…. A obca kołem czasu pętlę wokół mnie splotła… tylko rękę wyciągnąć… tylko głowę pochylić… tylko serce ścisnąć… oczy zamknąć i pomknąć…. Gdyby nie myśl o kole… I czas zatrzymał się we mnie… koło zawirowało… a lina zwisa z koła… przez pętlę świat przemknął… lina kołysze się… wiatr w oczach.

Ty na świeczniku, na firmamencie… Pierwszy. Z laurem zwycięstwa. W glorii chwały. Zabijasz wielkością. Wciskasz w błoto. Zdeptana nie unoszę głowy. Ty z wyżyn swoich nie widzisz nic poza chmurami sunącymi po niebie, chmurami przemienionymi kształtem wizji twoich. Złotem oślepiony nie czujesz jak stapiasz się woskiem ze świecznika i rozpływasz bezkształtnie w dół… I nie widzisz, że wizje wiatr rozwiewa… A niebo choć wkoło, to dotknąć go nie możesz… A ja w rezygnacji… niczego dla siebie nie pragnę… uwolniona już i wolna… i niebo dotyka mnie, a ja dotykam nieba… Noc dookoła i gwiazdy proszą do tańca… zdeptana i zabita nie mam siły wstać pomimo wszystko… i choć w niebie wciąż, to spojrzeniem tkwię w ziemi ciała twego… a ty rozlany, bezkształtny na piedestale pląsy swoje wodzisz za nos… ślepy i nieczuły znikasz… a noc wokół mnie i zorza przenika i z nią uwalniam się w kalejdoskop barw… w jasność… w niebo.

Zdradę w koszu słodkości i rozkoszy ukryłeś. Wystarczyło zanurzyć się i ujrzeć ją przebraną na Halloween. Stałeś twarzą w twarz, uśmiechem szerokim ściąłeś mnie z ust moich. I rewolucja dotknęła nas. Gilotyna nie poradziła życiu, więc szafot… Lecz oczyszczona ze złudzeń stanęłam niezapominajką… niebieskością spłynęłam w drodze twojej. I odtąd w niebo spoglądając patrzysz w oczy moje jasne… i odtąd w nieba spojrzeniu widzisz kwiat mój… A ja już chabrem gwiaździstym mrugam w oka mgnieniu… i tam szafirem mienię się, lecz nie tu…

Kosz na cmentarzu porzuciłeś. Potoczył się alejami i nie zatrzymał… rozsypał… Ty w bramie zastygły… przez dziady zgarnięty, spijasz resztki z nagrobka i gusła prawisz… Na nic czary mary i abrakadabra… Na nic alchemii przetaczanie…

Zanurzony we łzie jednej unosisz się i przemieniasz. Metamorfozą w szranki ze zdradą stajesz… zadurzony w kwieciu…

A ja wiankiem splecionym tęsknotą i nadzieją… w miłość wplecionym… wiankiem w głowie twojej.

Łąką roztaczam się i rozprzestrzeniam… w tobie rozkwitam i ulatuję wiatrem… pomiędzy jestem… w międzyczasie się snuję… powiewem… nie ma mnie bez światła i jasności… oczywistością w kole wiruję…

I choć z tęsknoty umarłam, to w miłości żyję. Niezapominajkami mnie na polach znajdujesz… i w rowach przydrożnych, i na polanach niespodzianych pośrodku lasu … Łąkami pomiędzy drogami… niezapominajkami jestem. Gdy oczy zanurzasz we mnie, to splatam się pomiędzy spojrzeniami i powojem snuję, i pokrzywą kwitnę, i rzepem zaczepiam w pamięci… a trawą wyrastam i sianem kuszę…

W brzasku ma miedzy dnia i nocy znajdujesz… mnie znajdujesz. Horyzontem jaśnieję w każdym zapatrzeniu twoim… wiatrem przywołuję.

Nocą smutek hulał we mnie. I przewiał mnie na wszystkie strony. Na drugą stronę też palto moje zwiewne przewrócił i porwał przebranie moje. Ten smutek skąd? Niechciany, choć zaproszony. Halnym we mnie ten smutek. I tornadem. Wirował i wszystko zgarniał, wszystko to, co mu na drodze stanęło. A gdy oswoić go chciałem zwiał nagle. Odarty z przebrania stałem w oknie świata mego… Nagi… choć nie goły. Patrzyłem w okno. Twarz świata nie spojrzała na mnie. Tylko gęba obca pustką zionęła w usta moje splątane i w oczy moje strwożone. Wciskała się nachalnie w zapatrzenie moje. Oczodołami ze spojrzenia nie schodziła. Zębami klapała. I zgnilizną ściekała pomiędzy ramami okna mego. I wszystko opluła. Nie pominęła niczego. I teraz już nie tylko odarty, ale i opluty, splugawiony i nagi dyszałem do ratunku swego. A czasu wtedy już nie było. Serce w klatce uwięzione panicznie waliło w płuca moje nieruchome. I taki odarty z szat plecionych misternie… palcami świata plecionych.. świata niepojętego… taki nagi… zatrzymałem się w oknie i zastygłem… obrazem… między ciemnością a pustką… Wtedy ona pokazała mi twarz i strój w katakumbach życia ukryte…. Przede mną…. Przeze mnie tam schowane…. A czasu wtedy już nie było…. Zapatrzeniem zastygłem…. na bezdechu pochwycony.

Obudziłem się i nie ujrzałem człowieka. Wilków wataha skryta w gąszczu miasta świeciła ślipiami przed brzaskiem horyzontu. W ciszy, bez zawodzenia, obserwowała teren. Nie chciałem być ofiarą. Zwłaszcza, gdy krwią ociekałem w schronie swoim. Wilczy selekcjonerzy instynktem wyczują słabych. Krew zmysły ich poprowadzi bezbłędnie. I choć byłem poraniony cały, potłuczony, spragniony, i bezsilny, to trzymałem się życia. Nadzieją moją był świt i wiatr wiejący do mnie, a nie ode mnie. Byle pod wiatr. Na półmartwy, jednak nie umarły, zastygłem w oczekiwaniu na nadzieję moją, którą czas miał mi podać. Nie śmiałem drgnąć, by nie zdradzić swojej obecności. Czekałem wypatrując światła na horyzoncie nieba. Cała moja nadzieja w wilczym śnie i w strumieniu, który nieopodal szemrał cicho przeciw śmierci.

Zmęczeniem obezwładniony ległem w rowie przydrożnym. W cieniu się zapadłem. Ani drgnąłem. Zapatrzony w dal we mnie. Bez czucia zastygłem. Bez zmysłów osuwałem się, sforsowany spadałem na dno. Potok płynący z nieba otulał i ochładzał, studził rozgorączkowanie moje przemęczone. Zapadałem się w nurcie. A łąki, te baletnice natury, bezwstydnie zawirowały przed nosem moim i pokazując wdzięki swoje uwodzą na pokuszenie. Oparłem się w półśnie niezatrzymany. A ty, skąd i dlaczego, musnęłaś spojrzenie moje i uniosłaś. Choć nieprzenikniona i oderwana, zerwana może nawet… urwałaś się z ziemi… ulotna i kroplą w oku… mgnieniem obmyłaś… A jednak zostałem tu na poboczu drogi sam… z niezapominajką ukrytą pośród kwiecia na widnokręgu… zapatrzony drżę.

Wokół mnie step i gorączka. Rozpływam się i strużkami sunę pod stopy twoje. Ty tak obca i daleka siedzisz obok, dotykasz… dotyk twój boli … okalecza… orze strugi moje… Nasyć proszę serce moje ciebie spragnione…. Rozkwieć nas łąkami swymi ukrytymi… Lecz ty pustynią białą, pustynią soli, wiejesz we mnie i pali mnie wnętrze moje. A przecież jeszcze w pierwszym brzasku kwiatem paproci rozkwitałaś i blaskiem horyzontu dla mnie byłaś… a przecież nocą unosiłaś ponad mrok i skrami z ognia nie parzyłaś…

Wokół mnie pustynia i żar nieugaszony… a we mnie rozlewiska krwi… Fatamorgany złakniony całuję stopy twoje na wszystkie strony świata wykręcone… a ty pieścisz usta moje spalone… Cała jesteś łąką… kwieciem i ziołem… wonnościami roztaczasz się i otulasz sny… dlaczego kochasz mnie tylko w moim śnie… Ty, która cała jesteś polaną w lesie ukrytą… we mnie. I zabłądziłem w snach swoich.

Wokół mnie nic i ty… ty, która spojrzeniem niezapominajki otwierasz się… płatkami rozchylasz i wabisz… ty wolna… rozkwitasz stokrotkami i w lubczyku skrywasz usta swoje… pyłkiem kwiecia osiadasz i umykasz w tchnieniu…

Wokół mnie krew… kwiat karminowy

Mroczny wiatr chwilą osiadł na powiekach moich. I już nie wiem teraz jak żyć. Bo deszcz grawitacji uziemił mnie i na nic skrzydła moje.

A ty wirujesz w zapatrzeniu moim. Mkniesz. Lekka. Nieujarzmiona. Chwilą uwolniona. Choć nieskrzydlata, to jednak lecisz w spojrzeniu… W przestrzeń nieskończoną ty nieskończona…

Nie zdążyłem namalować cię w oddechu swoim… ani palcami dotykać… Nie zdążyłem wyryć codziennej w pamięci. Niepotrzebnie portret farbami i ołówkami… pieśniami i peanami… nie zdążyłem i uleciałaś…

I jestem tu sam. W ziemi swojej pogrzebany. Na nic skrzydła moje, gdy grawitacja w powoju kwitnie i okala sny już niewyśnione. I ciemność wokół, a wiatr w perzynę rozwiewa spojrzenie moje. Samotność rośnie i wyrasta strzałą w niebo moje w glebie zanurzone.

Cała jesteś w powiewie łąki. Pośrodku polany jestem i nie dowierzam zmysłom. Otulasz mnie, dotykasz… cała jesteś pieszczotą… wspomnieniem pierwszego brzasku dnia po nocy nieprzespanej… kuszącej powabem kochanki… Rosą… rosą spływasz w serce moje czarne… Od spojrzenia do spojrzenia… jesteś aromatem ukryta w kielichu spełnienia… rozsiewasz smak pragnienia…

I znikasz znienacka z powiewem wiatru. Teraz w poranku mroku wiatru słucham… jemu się żalę i wygaduję, jemu złorzeczę za wszystkie bóle moje i ciemności moje… i żale moje niewymowne… I pierzcha brzask, i mrok pogłębia się z każdym powiewem wspomnienia łąki, z każdą łzą cicho ze źródła uczuć płynącą ku pamięci rosy…

Czernieje serce moje.. twardnieje… jedna połowa agatem druga onyksem… a ty powabna… ulotna… lekka i zmysłowa… czemu nie zostajesz jako akwamaryn czy szafir wieloodcieniami pomiędzy trawami… czasem jedynie rubinem czerwonym zatrzymujesz toczące się w dół serce moje ciężkie…

Na poły szlachetnym mnie uczyniłaś, sama szlachetna cała, promieniejesz w ogrodzie świata… na wzgórze się wzniosłem i rozpostarłem cały… byś mnie zgarnęła… lekka, rześka, aromatyczna… abyś mnie zagarnęła, bym nie zaginął… nie zbłądził, bo po omacku przedświtu wypatruję, a ty cała jesteś światłem… ty cała jesteś powiewem świata.

… na czym zakończyć… od czego zacząć… by poczuć inaczej… zobaczyć więcej… by niczego nie zaczynać i nic nie kończyć… by żyć… by życiem być… w międzyczasie…