Rozmowa z cieniem

Ulica Spokojna

          Zapadał mrok a właściwie niespotykana o tej porze ciemność. Nawet widoczny na niebie fragment księżyca nie był w stanie jej rozjaśnić. Nisko wiszące chmury o kolorze policyjnych mundurów, zdawały się  dotykać, a nawet obłapiać gałęzie starych drzew tworzących szpaler po obu stronach ulicy. Silny wiatr w dziwny sposób podnosił z powrotem krople deszczu kręcąc nimi piruety, jakby całkowicie nie przejmował się prawami fizyki, o których dzieci uczą się w szkole. 

       Latarnie, których było zaledwie kilka, dawno już temu przestały świecić, czy z powodu swojej starości, czy zaniedbań magistratu, nikt już nawet z najstarszych mieszkańców tego nie pamiętał. Nie miało to i tak większego znaczenia, gdyż gęstniejąca mgła  owinęła je wszystkie, jak troskliwy ogrodnik krzewy na zimę. Wyłaniające się gałęzie drzew unosiły się i opadały jak kije podrzucane przez cyrkowca, który do perfekcji opanował sztukę żonglerki. Panowała przy tym zadziwiająca  cisza, która na ogół nie zwiastuje nic dobrego. 

     Nagle pojawił się dźwięk, który nie przypominał tych dotychczasowych. Był jakiś inny, tajemniczy. Podobny do mlaskania psa pijącego wodę lub dźwięku wbijanego wielokrotnie w miękką powłokę noża. Wynurzająca się z ciemności postać wyglądała, jakby spłynęła
z deszczem i mgłą. Mokry prochowiec nie przypominał już  eleganckiego płaszcza, a rondo kapelusza zamieniło się  w rynnę tryskającą wodą. Jego buty wyglądały, jak dwie łodzie  prujące fale rzeki, a machająca w takt kroków prawa ręka, jak rozpięty na wietrze żagiel.  

     Za mężczyzną podążał jego cień, który wyglądał jak pełzający wąż.  Budynki przy ulicy Spokojnej dawno już straciły kolory. Ich kontury, podobne  do tych na rysunkach małych dzieci, gdzieniegdzie wysyłały jak latarnie morskie wiązki bladego światła. Jego przebłyski wyłaniające się zza szczelnie zasuniętych firanek przypominały gasnące oczy. To pewnie za przyczyną tej mgły i deszczu pomyślał mężczyzna i przyspieszył kroku zaciskając palce na drewnianej kolbie rewolweru. Po chwili zwolnił i zatrzymał się przed  dużymi drzwiami starej kamienicy.

Mieszkanie na czwartym piętrze

        W poszarzałym od starości domu czynszowym jakich jest wiele w tej okolicy, poświata sączyła się tylko z jednego zasłoniętego firankami okna na czwartym piętrze. W mieszkaniu świeciła tylko mała lampka stojąca na biurku obok maszyny do pisania.  Siedzący  przy nim w fotelu  mężczyzna był odwrócony plecami do drzwi swojego niewielkiego gabinetu i zdawał się tkwić w bezruchu.  Jego cień  malował  się na jednym z trzech regałów z książkami i zahaczał o oparcie stojącego w kącie krzesła, na którym wisiało kilka nieuprasowanych koszul. 

      Wyglądało, że mężczyzna wpatruje się w kartkę papieru leżącą na biurku, a jego cień czyta okładki książek, próbując przy tym zasłaniać wiszące koszule. Nagle cień się poruszył, a chwilę potem wraz z nim mężczyzna.  Wziął w ręce kartkę papieru, zgniótł ją i rzucił na ziemię. Nie, to nie tak – pomyślał. Jego cień  znowu zajął się czytaniem okładek książek z regału. 

     Głośne stukanie do drzwi mieszkania przez chwilę, nie zmieniło niczego. Cień nadal czytał okładki, a mężczyzna tkwił w bezruchu w fotelu. Trudno powiedzieć, kto pierwszy zareagował: cień czy mężczyzna?! A może ich reakcja była jednoczesna. Mężczyzna  wstał z fotela, rozejrzał się wokoło i szybkim krokiem podszedł do drzwi. Chwilę nadsłuchiwał, a potem zdecydowanym ruchem przekręcił klucz znajdujący się w zamku. Cień pozostał w gabinecie, jakby się czegoś obawiając lub lekceważąc sobie całą sytuację.

Schody

        Stojący przed wejściem do kamienicy mężczyzna, jakby się zawahał. Chwilę później jednak zdecydowanym ruchem złapał za klamkę i otworzył stare, ciężkie drzwi. Jego cień, który do tej pory pełzał za nim, pozostał na zewnątrz. Mężczyzna spojrzał w górę i zobaczył drewniane schody. Mnóstwo drewnianych schodów. Postawił stopę na pierwszym z nich pochylając się do przodu i wówczas z ronda jego naciśniętego głęboko na oczy kapelusza, spłynęła strużka wody rozpryskując się wokoło, a przy okazji obmywając zabłocony lewy but. 

      Cholera – mruknął mężczyzna. Wiedział, że jednak nie może się cofnąć. Musi dokończyć to, co zaplanował wiele lat temu. Ruszył więc po schodach do góry starając się stawiać kroki co drugi stopień. Skrzypienie drewnianych schodów przypominało mu dźwięk, jaki wydaje strojąca instrumenty symfoniczna orkiestra. Im był wyżej, tym dźwięki stawały się coraz bardziej zrozumiałe, tak jakby  drewno desek chciało mu coś za wszelką cenę przekazać.

      Mężczyzna nie zwracał jednak na to uwagi i przyspieszył kroku. Zatrzymał się dopiero na czwartym piętrze. To tu pomyślał i westchnął głęboko. Wolno podszedł do drzwi, na których widniała zakurzona tabliczka. Mężczyzna przetarł ją rękawem mokrego płaszcza, a jego oczom ukazał się wyryty, ale niewyraźny napis: twoje przeznaczenie. Tak przynajmniej mu się wydawało, gdyż na klatce schodowej panowała przejmująca ciemność.

Nic nie jest tak, jak myślisz

       Mężczyzna w mieszkaniu przyłożył ucho do drzwi. Był przekonany, że słyszy za nimi jakiś szelest. A więc  już jest – pomyślał. Nareszcie. Ujął klamkę i powolnym ruchem otworzył drzwi. Wejdź proszę – powiedział, długo na ciebie czekałem. Potem nastąpiła długa cisza.

       Nad ranem wypogodziło się, a zza chmur wyjrzały pierwsze, nieśmiałe promienie słońca, które przywróciły kolory starego budynku. Kolory to może zbyt dużo powiedziane, szarość bowiem zamieniła się w barwy brunatnej cegły, gdzieniegdzie popękanej i wyżłobionej ręką czasu.

      Siedzący w fotelu mężczyzna wyglądał, jakby spał z otwartymi oczami. Był nieruchomy, a jego nocny cień gdzieś zniknął. Oczy mężczyzny były utkwione w dal, zapisaną kartkę papieru trzymał w ułożonej wzdłuż ciała prawej ręce. Lewa spoczywała na poręczy. Jego wzrok przypominał oczy ugodzonego śmiertelnie zwierzęcia. Na podłodze u stóp mężczyzny leżał rewolwer z drewnianą kolbą, a obok kilka rozrzuconych nabojów. W przedpokoju, na wieszaku, wisiał prochowiec, a pod nim, na drewnianej klepce zebrała się kałuża wody. Obok stały mokre jeszcze buty.

      Ze skroni siedzącego w fotelu mężczyzny powoli sączyła się krew, która spływała na oparcie fotela i tworzyła czerwoną plamę, zamieniając się  w zastygłą  masę. Wyglądała, jak rozlany kisiel malinowy.

       Gdyby nie  krew to… to można by rzec, że on śpi – pomyślał komisarz. Znał przecież dobrze profesora Konwickiego, jego książki socjologiczne a przede wszystkim kryminały, które profesor traktował jako przerywnik swojej naukowej aktywności. We własnym życiu profesor był samotnikiem. Nie miał rodziny ani przyjaciół. Rzadko pojawiał się w miejscach publicznych. Stronił od towarzyskich spotkań i rozrywek.  W miasteczku krążyły wprawdzie od dawna plotki, że profesor jest jakiś dziwny, i że za mocno utożsamia się z bohaterami swoich kryminałów, ale nikt poważny nie dawał im wiary.

     Kto mógł chcieć śmierci profesora – pomyślał komisarz. Przecież taki samotnik nie mógł mieć wrogów. Już dawno temu skończył pracę na uniwersytecie i wrócił do rodzinnego miasta. Śmierć profesora Konwickiego albo jest przemyślanym zabójstwem, wyglądającym jak dobrze upozorowane samobójstwo, albo dobrze zaplanowanym samobójstwem – pomyślał komisarz.  Żadnych śladów włamania, obcych linii papilarnych czy innych elementów, które zabójca zostawia na miejscu zbrodni. I ta tkwiąca w zaciśniętej dłoni kartka papieru, na której znajdowały się tylko trzy słowa: zrób to teraz.

  Pogrzeb profesora Konwickiego odbył się kilka  dni później, po obowiązkowej sekcji zwłok i decyzji koronera. W kościele było zaledwie kilka osób, nie licząc pracowników zakładu pogrzebowego i księdza. Trumna spoczęła w bocznej alejce cmentarza, w rodzinnym grobowcu. Komisarz bacznie obserwował uczestników pogrzebu. To taki policyjny obowiązek wynikający nie tyle z przepisów, ile wieloletniego doświadczenia.  Zabójcy pojawiają się przecież czasami w takich miejscach, aby albo czerpać satysfakcję ze swojego czynu, albo przekonać się, że ofiara naprawdę odeszła z tego świata.

Cienie potrafią tęsknić

     Wracając późnym wieczorem z komisariatu do domu, pomimo padającego deszczu i silnego wiatru,  komisarz postanowił zajrzeć jeszcze na ulicę Spokojną. Wokół panowała ciemność i tylko księżyc w kształcie rogala dawał srebrzystą poświatę. Gałęzie drzew uginały się pod własnym ciężarem, a ich poruszające się końce wyglądały jak rozczapierzone palce.

     Pogoda jak z horrorów – pomyślał komisarz i zacisnął dłoń na drewnianej kolbie rewolweru, który zawsze nosił w lewej kieszeni swojego prochowca. Gdy zbliżył się do starej ceglanej kamienicy o brunatnych barwach spojrzał w okno na czwartym piętrze. Widok, który dostrzegł przyspieszył mu bicie serca. Z okna mieszkania profesora sączyło się światło takie, jak zawsze kiedy profesor pracował w swoim gabinecie. Niewiele myśląc rzucił się do drzwi budynku i zaczął biec po schodach. Zdyszany wpadł na czwarte piętro i szarpnął klamkę. Drzwi były otwarte. Komisarz wyciągnął rewolwer, odbezpieczył i jednym susem wpadł do gabinetu. Na biurku paliła się lampka, a w fotelu ktoś siedział.  Wyglądał zupełnie jak profesor, z tym, że widać było tylko mglisty zarys postaci.

     Czekałem na ciebie. Wiedziałem, że tu wrócisz. Zabójca zawsze wraca na miejsce zbrodni – nagle rozległo się w pokoju. Myślałeś, że ci się uda?

     Kim jesteś? – rzucił przez zaciśnięte zęby komisarz. Kim do diabła jesteś?! Przecież zastrzeliłem tego drania, bo ukradł mi kawał życia. Zamknął mnie w swoich książkach i kazał zabijać. Miałem tego już dość.  A jak ostatnio kazał mi w najnowszej książce  zabić pisarza, to już wiedziałem, że tym razem zrobię to z przyjemnością. Tak zabiłem go, i to mi dało ukojenie. Ale powiedz mi: kim ty jesteś?

Siedząca postać wstała z fotela. Wyglądała, jak uformowana w ludzką postać mgła, ale była całkowicie płaska. Jakby była wykonana z szarego papieru. Jestem cieniem profesora, cieniem pozbawionym swojego pana. Pamiętaj, że cienie tęsknią i czasami z tęsknoty potrafią wiele, bardzo wiele. Nawet to, o czym się ludziom nie śniło.

 Epilog

Panie doktorze, znowu pacjent  spod dziesiątki rozmawia sam ze sobą.

Czy siostra podała mu leki uspokajające, które zaordynowałem?

Tak, ale on je wypluwa i mówi, że go trujemy.

To proszę, niech siostra wezwie pielęgniarzy, niech go przytrzymają, a siostra  poda lek w zastrzyku.

Albo nie, lepiej ja się tym zajmę.

       Doktor chwilę postał  na korytarzu, odwrócił się i poszedł wprost do sali numer dziesięć. Powoli podszedł do leżącego na łóżku pacjenta i uśmiechnął się.

        Dzień dobry panie profesorze. U nas może się pan czuć bezpiecznie. To renomowany szpital psychiatryczny. Widzi pan, pana problem nie jest pospolity. Można powiedzieć, że dotyka ludzi wyjątkowych, takich właśnie jak pan. Polega on na tym, że nie można być naraz dwoma postaciami jednocześnie. Bycie autorem książki i jej głównym bohaterem prowadzi donikąd.  Może donikąd to złe słowo, przepraszam pana za nie. Miałem na myśli pewien stan bytu, a właściwie niebytu, który my psychiatrzy nazywamy schizofrenią.

Doktor uśmiechając się zbliżył swoją twarz do  twarzy pacjenta i wyszeptał: proszę się nie martwić o komisarza. Leży pod czwórką. Ma dobrą opiekę, podobnie jak pan. I panem i komisarzem opiekuję się bowiem osobiście.  Aha i jeszcze jedno, żeby nie było wątpliwości. Zapewne nurtuje pana pytanie: skąd tyle wiem o panu? Odpowiedź jest prosta, ale nie dla każdego zrozumiała. Powiem więcej – niezrozumiała prawie dla wszystkich. Jestem pana cieniem, który towarzyszy panu od lat i który zna wszystkie pana książki. Tęskniłem za panem i dlatego tu jestem. Niech pan teraz śpi spokojnie, a ja pójdę do komisarza. Ten biedaczek chyba się mnie trochę boi. Postaram się go uspokoić.

Profesor kątem oka zauważył, że doktor zmierzając w kierunku drzwi nie opierał swoich stóp o podłogę. Sunął lekko nad posadzką, jak kartka szarego papieru niesiona nieodczuwalnym podmuchem wiatru. Z powodu przygaszonego światła profesor dostrzegł tylko kontury doktora, który z gracją przeniknął przez zamknięte drzwi sali.

Po chwili rozległy się na korytarzu podniesione głosy. Szybko pod czwórkę. Coś się tam dzieje. Szybko podajcie tlen i respirator. Po chwili głosy umilkły. Zapanowała cisza. Profesor podszedł do drzwi i je uchylił. Usłyszał przyciszony głos jakiejś kobiety, która rozmawiała przez telefon.

Nie wiem, co się stało. Był taki spokojny i uśmiechnięty. A teraz nie żyje. Tak, mówię o pacjencie spod czwórki. Na dyżurze nie było żadnego lekarza. Już go wezwali.

Profesor uśmiechnął się i wrócił do łóżka. Jutro poproszę o maszynę do pisania i papier pomyślał i odwrócił się na bok przykrywając kołdrą.

Warszawa, kwiecień 2020