Tak na nią mówiła, choć Babci było Jadwiga. Dla niej jako małej dziewczynki była czarodziejką i czarownicą w jednym. Zawsze miała pomysł na zabawę, syropek na każdy ból, rozwiązanie na małe i wielkie problemy. Szyła kostiumy karnawałowe nie wiadomo, kiedy i z czego, gotowała rarytasy, gdy w sklepach nic nie było, odganiała potwory i złe sny. I doskonale wiedziała, kiedy wnuczka kłamie. Podobno oczka jej się świeciły. Wnusi oczywiście.
Absolutnie magicznie było z Babcią w pralni na ostatnim piętrze bloku. Małej Ani zdawało się, że schody prowadzące na piąte piętro, nie miały końca. I choć sama dorastała w blokowisku, to blok Babci uważała za najwyższy w mieście. Nie od razu mogła chodzić do tej pralni. Na początku tylko o niej słyszała. Dopiero, gdy skończyła całe 6 lat, Babcia Jaga uznała, że Ania jest już na tyle duża, by mogła tam z nią pójść. Stanęły więc na początku schodów i niczym księżniczki sunęły po nich, aż na ich szczyt, do magicznego miejsca, które odwiedzać mogły tylko wybrane dzieci. Babcia Jaga wyciągnęła z kieszeni fartucha wielki klucz i przekręciwszy nim kilka razy, klnąc szeptem pod nosem, otwierała wrota. A klęła pięknie. Nikogo nie raziło.
Pomieszczenie było ogromne. Dwie Franie stały dumnie obok siebie, czekając na to, aż Babcia Jaga załaduje je ręcznikami i poszewkami. Wtedy te, na magiczny gest Babci, zaczynały w środku tańczyć. Obracały się w rytmie muzyki, jaką wygrywały obie Franie. Obok na wielkim palniku pysznił się ogromny gar. Babcia Jaga napełniała go dzbankami wody, którą zaś dawał jej zardzewiały kurek znad wanny. Bo wanna również w tym pomieszczeniu miała swoje godne miejsce. Gdy gar był napełniony, Babcia wrzucała doń prześcieradła i wielkie poszwy, i gotowała je. Mała Ania myślała nawet, że może to zupa mleczna, której nie znosiła, jest z takich właśnie prześcieradeł, bo była taka obrzydliwa i mętna jak woda w tym garze.
Babcia Jaga długimi drewnianymi szczypcami mieszała poszwy, nie pozwalając, zbliżać się ciekawskiej Ani do wrzątku. Stała nad garem, niczym czarownica przyrządzająca jakiś eliksir, by wyciągnąć z niego czyste prześcieradła i rozwieszać je na sznurkach rozciągniętych w drugiej części pralni. Zanim jednak to nastąpiło, razem z sąsiadką brały końce prześcieradeł (każda po dwa) i mocno je strzepywały. Ile trzeba było mieć do tego krzepy!!!
Ania uwielbiała zapach czystej i mokrej pościeli, rozwieszonej w pralni. Bawiła się z Babcią w chowanego, a Babcia, jak każda czarownica, doskonale wiedziała, gdzie wnuczka
się ukryła.
Dziewczynka lubiła też patrzeć z piątego piętra przez okno. Widok ją zachwycał. Sama zieleń. Nie to, co beton blokowiska. I jeszcze zawsze były tam kukające kukułki i gruchające gołębie. Z tym zawsze już będzie kojarzyć ulicę, przy której mieszkała Babcia.
Jeśli czarownice miewają swoje zwierzę i jest nim czarny kocur, to w przypadku Babci Jagi–było inaczej, ona miała gołębicę Anielkę, która przylatywała tylko na parapet Babci i tylko jej wydziobywała wdzięcznie ziarenka z dłoni. Małej Ani chyba się bała i nigdy nie odważyła się jeść z jej drobnej rączki.
Po każdej wizycie w pralni Babcia kroiła wnusi jabłuszko w talarki. Jak ona to robiła, że były identycznej grubości? Musiała być czarodziejką. Potem obierała cały sagan ziemniaków, bo zawsze ktoś z pięciorga jej dzieci wpadał popołudniami. Mięsa może nie zawsze uświadczył, ale już ziemniaków trzymanych w aluminiowym garnku w pościeli, które można było popić kubkiem maślanki, owszem tak. Ania, chudziutki niejadek, ziemniaki te uwielbiała i po dziś dzień zawsze wkłada garnek z kartoflami w pościel, żeby doszły. Jej mąż się z tego rytuału śmieje, ale ostatecznie przyznaje, że faktycznie smakują wtedy lepiej.
Dziś mała Ania jest już dorosłą kobietą. Ma męża, dwoje dzieci, psa i kota, a także domek na obrzeżach miasta. Babcia Jaga zajmuje jednak w jej sercu wciąż wiele miejsca. I naprawdę musiała być czarownicą. Skoro przez 10 lat, choć żyła z rakiem, towarzyszył jej uśmiech na ustach, mimo iż lekarze dawali jej zaledwie trzy miesiące. Widocznie miała w fartuszku ukryte jakieś czary. Zmarła po cichu, nie chcąc sprawiać nikomu problemu. I gołębicę musiała wziąć ze sobą, bo odkąd Babcia Jaga odeszła, Anielka już nigdy więcej na jej parapet nie przyleciała.
Ksenia – Kompulsywne obżarstwo
Otyła była zawsze. Już jako noworodek ważyła 4,5 kg. Mało mamy nie rozerwała. W przedszkolu pierwsza zjadała wszystko z talerza. W domu czekał na nią drugi obiad, bo mieszkali razem z dziadkami. Jedzenie było ważne. Najważniejsze. To nim koiło się ból i wynagradzało. Stłukłaś kolanko? Babcia da ciasteczko. Zła ocena w szkole? Zjedz czekoladkę na poprawę humoru. Wygrałaś konkurs plastyczny? Babcia upiekła wspaniały tort w kształcie obrazu.
Lubiła być syta. Czuła się bezpiecznie i spokojnie. W kuchni odrabiała lekcje. Babcia w swoim niezniszczalnym, niebieskim fartuchu zawsze coś smażyła, pichciła, piekła. Spróbuj, czy aby dobre. Musisz jeść, żeby się dobrze uczyć. Kobieta to nie wieszak na ubrania. Męża nie znajdziesz. Pełny brzuszek, zadowolony brzuszek. Tych zdań Ksenia nigdy nie zapomni.
Jedzenie było nagrodą, plastrem, przyjacielem, towarzyszem. Jadła wszystko i dużo. W lustro nie spoglądała.
Nastolatka ważąca 70 kg nie cieszyła się szczególną popularnością w szkole. Nie otaczał jej wianuszek zapatrzonych w nią psiapsiółek. Nie lubiła siebie.
Wszystko się zmieniło po śmierci Babci. Ksenia już pracowała. Choć nadal mieszkała z rodzicami. Była bardzo nieśmiała. Miała kilka koleżanek. Żadnego chłopaka. Myślała wtedy: kto by chciał taką grubaskę?
Brak ukochanej Babci zachwiał jej poczuciem bezpieczeństwa. Po pogrzebie napiekła ciasteczek. Takich cynamonowych. Z babcinego przepisu. Miała wrażenie, że Babcia jest obok. Że uśmiecha się, głaszcze ją po głowie i mówi jej, jaka jest mądra, i wspaniała.
Zjadła wszystkie ciastka. A było ich równo sto. Pochłonęła je. Uspokoiła się. Ukoiła ból. Przestała płakać i choć czuła te ciasteczka po samo gardło, zasnęła.
Wzięła zaległy urlop. Była w żałobie. Codziennie gotowała to, co zazwyczaj robiła Babcia. Duże ilości. Wystarczało dla rodziców. Resztę zjadała sama. Nikt nie kontrolował tego, co robi. Mama również była w żałobie, a tatę pochłaniała praca.
Ostatnio był krupnik z wkładką mięsną. Kopytka w sosie kurkowym z bitkami wołowymi i podsmażanymi buraczkami. Na deser legumina i pączki z powidłami śliwkowymi. Oczywiście z kompotem wiśniowym. Po tak obfitym obiedzie z deserem, powinna raczej nie móc się ruszać, a tym czasem ona wychodzi, niby to na spacer, a tak naprawdę na lody do maca, a potem jeszcze do Kfc po mega porcję skrzydełek i do ulubionej cukierni po wuzetkę. Nie jedną. Wróciwszy do domu, odgrzewa resztki obiadu na kolację i smaży naleśniki z twarogiem i śmietaną, bo tata bardzo je lubi. On pracujący fizycznie jest w stanie zjeść cztery. Ona przy nim zjada dwa, a gdy nikt nie widzi, resztę zabiera ze sobą do pokoju i smarując Nutellą pochłania. Do tego kubek kakao i dopiero wtedy może zasnąć. Budzi się nad ranem. Zlana potem, bo przypomina sobie, że Babci już nie ma. Biegnie więc do kuchni. Do swojej oazy spokoju. Wyjada resztki. W szafce znajduje czekoladki, które Babcia dostała w ramach podziękowania od sąsiadki. Gdy zjada ostatnią pralinkę, uspokaja się. Błogie uczucie pełności wraca. Błogie i diabelskie zaraz. Bo z trudem pohamowuje wymioty. Nie słucha żołądka, który protestuje z powodu przeciążenia.
Opycha się codziennie. W ciągu dnia, gdy rodziców nie ma. I nocami, gdy już śpią, a ona płacze, tęskniąc za Babcią. Na szczęście Warszawa to duże miasto. Zmienia sklepy, żeby nikt nie zauważył, co, jak często i w jakich ilościach kupuje. A kupuje jak dla pułku wojska. W marketach, sklepach nocnych i osiedlowych. Jak alkoholik zmienia osiedla. Jest anonimowa. I nikt się nie dziwi, że po raz kolejny wychodzi z siatami jedzenia jak na święta.
Gdy wraca do pracy po dwóch tygodniach, koleżanki i szefowa jej nie poznają. Nie dość, że wyraźnie przytyła, to wygląda niedbale. Kilkucentymetrowe odrosty. Paznokcie wołające o nową hybrydę, albo chociaż o zdjęcie starej. Ubrania opinają ciało. Są o wiele za ciasne. Choć i tak włożyła tę kiedyś za luźną tunikę, którą kupiła na Allegro. Dziś ledwo w nią weszła. Nowych ubrań nie kupiła. Nie czuła potrzeby. W domu chodzi w dresach. Gumka się rozciąga. Niestety eleganckie ubrania do pracy tak elastyczne już nie są. Przy koleżankach nic nie je. Ukradkiem w toalecie, gdy jest pewna, że inne pracują, pochłania kanapki, sałatki z majonezem, opakowanie ciasteczek, tabliczkę czekolady. I tak, co dwie godziny. Słoik Nutelli też jest dobry, bo nie trzeba gryźć. Zapach jedzenia tuszuje odświeżaczem do wc.
Tyje w szalonym tempie. Opycha się do granic wytrzymałości. Czuje się wtedy najszczęśliwsza, najspokojniejsza. I przypomina sobie Babcię.
Matka z ojcem jeszcze nie zauważają zmiany. Może dlatego, że widzą ją codziennie. W pracy dziewczyny ukradkiem się naśmiewają. Tylko Marzena się jej przygląda. Widzi smutek i barierę, jaką Ksenia wokół siebie wytworzyła. Próbuje zagadać, ale Ksenia jest skryta.
Wpadnie dopiero miesiąc później, gdy w ataku paniki, po godzinach będzie przeszukiwać szafki koleżanek. Znajdzie 7 batoników u Joli, opakowanie płatków u Marzeny, 2 paczki herbatników u Kasi, pudełko Raffaello u Zosi i kilogram cukru u szefowej, który na koniec będzie wyjadać łyżką. Nie będzie świadoma, że Marzena przypadkiem zapomniawszy dokumentów, zjawi się w biurze i zza szyby będzie to wszystko widziała. Nie ucieknie. Nie zlekceważy. Poczeka spokojnie, aż Ksenia napcha się do momentu uzyskania upragnionego spokoju. Wejdzie i przytuli przerażoną koleżankę. Obieca też zachować dyskrecję pod warunkiem wizyty u psychologa.
Ksenia w obawie blamażu zgodzi się na taki układ. U psychologa przerażona otwierać się będzie bardzo powoli. Po kolei pokazując swoje kolejne warstwy. Dowie się, że je się, by żyć, a nie żyje, by jeść. Nauczy się, jak poczuć się bezpieczną, niekoniecznie po zjedzeniu kilograma cukierków i 3 pudełek ciastek.
Za kilka lat będzie nie do poznania. Spokojna, pełna wiary w siebie i z taką determinacją z jaką kupowała jedzenie, schudnie. I już będzie spoglądać w lustro, a Babcię będzie wspominać sadząc w ogródku ulubione konwalie.