+48 736-84-84-44

LUTOWAŁEM CAŁĄ NOC

Tamtego dnia w łóżku miałem trzy i z żadną mi nie wyszło. Każda z nich miała na sobie body w innym kolorze. Naciągnięte powłoką z lateksu od stóp do czubka głowy. Tak, aby pod materiałem widać było jedynie zarys kształtów ciała ukrytego w kokonie. Dzięki temu, wszystkie mogły zachować swoją autonomię. Każda z nich miała czarną obrożę na szyi, na znak przynależności do mnie i stalowy puszysty analny korek z króliczym ogonem, tak, by całość przypominała półzwierzynę.

Wyobrażałem sobie, że to samice innego gatunku. Nazywałem je spółgłoskami. La –  od totemu Lamparta, Pa – od totemu Pantera i Wi – od totemu Wilka. Wszystkie były wysokie i chude ze zdiagnozowaną anoreksją. Z widocznymi żebrami, obojczykiem, pachwiną, wystającymi kostkami i kolanami, tak żebym mógł policzyć wszystkie kości i chrząstki. Liczyłem więc od rana do wieczora. Wciąż i wciąż. Wszystko musiało się zgadzać. 

Razem tworzyliśmy wspólny obraz. Ja tkwiłem w jego centrum. Po prawej leżała WI, od lewej PA, a na moich udach Li. Zaklęty krąg unii i jedności z jakiego nie mogliśmy się wydostać. Konsumowałem energię prężnych i strzelistych ramion, tych ponętnych i czarownych ust. Równoważyłem emocje i starałem się być solidarny. Nasze soki swobodnie płynęły z ciała do ciała.  Byliśmy od siebie zależni –  im bardziej myślałem o nich- tym więcej one o mnie. Moglibyśmy zastygnąć w tej pozycji, na zawsze już przytwierdzeni do siebie i tego miejsca. Myślałem, że mam wszystko. Szczęście w rękach. 

Nad wyraz kochałem ich pępki, te najbardziej tajemnicze miejsca ich ciał, byłem pewien ich prawdziwej funkcji, czyli przechowywaniu informacji dotyczących naszego dziedzictwa. Każdy pępek był inny i mrugał do mnie ironicznie, żeby udowodnić, iż prawdy i tak nie poznam, więc improwizowałem przekładając półzwierzęce ciała, zamieniając ich role. Męskie, żeńskie, niebinarne i interpłciowe, nieważne, w pewnym momencie wszystkie mieszały się ze sobą. Ślina z wydzieliną z pochwy, sok pochwy z płynem odbytu i potem. 

Nad nami wisiała gigantyczna chmura spalin 46 pokoleń wstecz. Razem mieliśmy 8 nóg i tyle samo rąk. Kiedy oglądałem odbicia naszych ciał w lustrze zawieszonym na suficie, zobaczyłem wielką ośmiornicę. Potężną,  pochłaniającą ryby i ssaki wodne. Jej olbrzymie kły świeciły w ciemności. Obślizgłe i gąbczaste ciało unosiło się i opadało w rytmie wodnych fal. Powoli i ciężko, w górę i w dół. Ośmiornica lądowała na mieliźnie. Na chwilę zamknąłem oczy, a kiedy ponownie je otworzyłem – ujrzałem wodnego potwora. Octopus vulgaris z wielkimi ślepiami i mięczakowatym ciałem, miał może około 3 metrów. Myślę, że to wielkie cielsko mogło ważyć nawet ponad 200 kilogramów. 

Czy to monstrum było z początku naszej ewolucji, czy może widziałem jego koniec i przyszłość naszej ludzkości? Czy to możliwe, że takie ośmiornice konsolidujące więcej niż jedno ciało, będą ewoluować i wieść prym? Za każdym razem, kiedy przekładałem ich półzwierzęce ciała zmieniając pozycję, nasze doznania były większe i głębsze. W końcu ośmiornica osiągnęła tak wielką świadomość, że zrozumiałem, iż za chwilę zostanę pożarty. 

Natychmiast podniosłem się i odepchnąłem: PA, LA i WI, a dla rozluźnienia naszych kontaktów, zaproponowałem wycieczkę za miasto. Kiedy wybiła północ, pojechaliśmy moim kamperem do lasu przy Cmentarnej. Wypuściłem trzy dzikie zwierzyny tylnymi drzwiami auta i byłem ciekaw, co się stanie. Jedna wspięła się wysoko na drzewo. Druga ukryła się w kolczastych krzakach dzikiej róży, a trzecia  pobiegła lamparcim kłusem w głąb głuchego lasu.

Myślałem, że tak sobie żartują i po chwili wrócą. Zachowałem więc spokój i opanowanie. Poszedłem do samochodu. Wyobraziłem sobie, że jestem Wielkim Wodzem voodoo, który do perfekcji opanował wszystkie rytuały opętania, wykorzystujące ciało, jako narzędzie sprawczej przemocy, a seks do manipulacji i władzy. Pozycje, gadżety i eksperymenty. Przetestowałem chyba wszystko, zawleczki, skórzane pejcze, wleczki, no i oczywiście moje ulubione cewniki erotyczne. Niestety bardzo ciężko spotkać dobrą i oddaną pielęgniarkę, bo każda z nich chciała być księżniczką. A mnie interesowała wizja chudych i żylastych dłoni wkładających  cewnik w mojego członka, który powoli przebijał się przez prostatę, a potem punk G.  Podniecała mnie granica bólu – tego doznania między rozkoszą a krzykiem. 

Mijały godziny, a one nie wracały. Spróbowałem więc wyłożyć przynętę, zawieszając kawał mięsa na długim sznurku. Ale chyba przysnąłem, bo nad ranem wszystko było zjedzone. Cwane suki! 

Wróciłem załamany. W domu czekały na mnie, trzy wymagające naprawy, maszyny grające. Właściwie to podobne do moich samic, tyle, że je obowiązywała instrukcja obsługi, czego nie mogę powiedzieć o samicach. Włączyłem je, ale wydały tylko straszny warkot fałszu przeciąganych linii melodycznych. Nie dało się tego słuchać. 

Była już 23.00, poszedłem do warsztatu lutować.  I lutowałem do rana, ale bynajmniej nie moje grające maszyny, a blaszaną zasadzkę wielkości 5 metrów na 6, przypominającą trochę pułapkę na dzika. Uchwyty były trzy, na każdą oddzielne, po obu stronach, i po dwie mosiężne kolczatki. Dodatkowo zlutowałem zaklęte amulety i talizmany. Po dwie na każdą z rąk, czyli razem 12.  

Nad ranem przetarłem zmęczone oczy i wyjrzałem przez okno. Na środku złocistego pola uśmiechał się do mnie słodki kwiatek. Jego różowe płatki lekko falowały, a krople rosy mieniły się w słońcu. Wpatrzony pomyślałem: jak dobrze poczuć jego woń i nacieszyć nim swój język. Wyszedłem więc w jego kierunku. Ale kwiatka nigdzie nie było. Biegałem po polu, aż dostałem halucynacji i gorączki. Później długo nie mogłem zasnąć, bo ciągle budził mnie ten fałszujący warkot maszyn. 

Na drugi dzień jedna z trzech zwierzyn, ta o spółgłosce LA, napisała, że w jej lasach takie ofiary wiesza się głową w dół i powoli obdziera ze skóry. A potem podpala na żywca nagie już mięso i czeka się do zmroku, do wypalenia ostatniej chrząstki. Resztki, które pozostają, zakopuje się głęboko w ziemi. Miejsce odznacza jako przeklęte i stawia krzyż do góry nogami.    

Wystraszyłem się.  

Obwaruję teraz cały dom i ogród kolczastym drutem. Na każdym rogu postawię święte kamienie o wielkiej mocy. Patyki vodoo. A na wejściu przy bramie powieszę wypchaną trocinami lalkę o imieniu LOLI, która będzie mieć na sobie bieliznę jednej z nich. 

Podłączyłem akumulator z prądem. Już nie mogłem się doczekać, kiedy zawisną na nich zwierzęce samicze ciała.  Pierwsza wisieć będzie La – centkowana, z rudymi pręgami, potem Pa- z czarną błyszczącą skórą przebitą drutem  i  na końcu Wi -o gęstym, szaroburym potarganym futrze.  

Wszystkie ciała porozrywane i spalone prądem, będę później lutował, przymocowując do nich te analne kulki z króliczymi ogonami. Powstaną rozłożyste i charakterne całuny, które przyozdobią ściany mojego domu i idealnie uzupełnią jego wnętrze.  Tak właśnie mieszkają prawdziwi koneserzy sztuki. W dzień konserwują zabytkowe maszyny grające, a wieczorami penetrują wypatroszone ciała półzwierząt, już bez związywania ich kajdankami i kneblowania ust.

Podłączyłem prąd i czekałem ukryty w domu, sprawiając wrażenie nieobecnego. Nic się nie działo. 

Trzeciego dnia usłyszałem sygnał przepływu prądu i szybko uchyliłem zasłonę. Paliła się cała północna strona płotu. Ha! Jest. Byłem tylko ciekaw, która to. Poszedłem z łopatą sprawdzić i w razie czego dobić.

 Niestety była to tylko padlina z lasu. Straszny odór psującego się truchła, spowodował mdłości i wymioty. Chyba zatrułem się tym jadem z eteru. Cwane suki.

Zdesperowany zamontowałem blaszaną zasadzkę, którą skonstruowałem i ukryłem między bylinami w gęstych zaroślach.  

Jedynym pocieszającym widokiem, który mógł wówczas ocalić moje  człowieczeństwo, był właśnie obraz słodkiego kwiatka na złocistym polu. Ale tak naprawdę,  już na samą myśl o nim- opadał mi, a potem przez kilka dni miałem problemy z erekcją. Po prostu nie mogłem przełknąć tego zdławionego słodyczą obrazu. 

Jednak nie chciałem zostać odrzucony przez stado, tylko być w prężnym toku ewolucji. Chciałem tej ewolucji. W końcu byłem przecież wielkim humanistą, a moje narządy już dawno przeznaczyłem po śmierci dla innych. Sam za to marzyłem o takim ciele,  które zamiast rąk ma skrzydłoręce, a zamiast nóg pneumatyczne odnogi. Ewoluuję dalej w kierunku bóstwa Deus Otiosus w postaci skalistego ptaka, co przylatuje z wysokich gór i strzelistym wzrokiem ogląda swoje terytorium, nie utrzymując żadnych intymnych relacji, gdyż jest samotnikiem. Majestatycznie zatacza kręgi nad miastem, a resztę czasu spędza na nagiej gałęzi. Na wzór boga pasywnego, tego co stworzył  świat, ale oddalił się od spraw ludzkich.

Taki miałem plan.

Wróciłem do łóżka i nakryłem się kołdrą. Usłyszałem znowu kroki, tak jakby ich półzwierzęce ciała klekotały i przeciągały mętnie po podłogach własne szkielety. Szły korowodem. La, najstarsza, prowadziła resztę, miałem wrażenie, że trzymają się za ręce. Wstałem cicho i rozglądałem się, ale nikogo nie było. Szelest kroków jednak nie znikał. Włączyłem maszyny, aby zagłuszyć te suki; lecz tego nie można było zagłuszyć. Pobiegłem do ogrodu zbierać ich kości i chrząstki. Liczyłem wciąć i wciąż. A wszystko musiało się zgadzać.  

Potem spostrzegłem, że w ogrodzie naruszona została zasadzka. Pozrywane łańcuchy i felgi; ale kolczatek ręcznych nie było. Musiały dać się złapać, jednak były na tyle silne, żeby przegryźć je wielkimi zębiskami. Na obrzeżach widoczne ślady lamparcich pazurów i wszędzie wilcze odchody. 

I wtedy stało się coś najgorszego! Zajrzałem pod łóżko. A tam w pościeli ukryte były ich jaja. Sam nie wiem, czy miałem poczuć dumę czy obrzydzenie. Jak do tego doszło? Każda z nich mówiła przecież, że się zabezpiecza. Dobrze wiedziały, jaką mam traumę po prezerwatywach.

Jaja były w szczytowej fazie rozkwitu. Pod grubą skorupą usłyszałem piskliwe dziecięco-zwierzęce głosy, próbujące się wydostać. Nie chciałem już więcej dzieci! Ale jakoś ciężko było mi je zabić. Jednak, co jest moje, to moje- pomyślałem.

I wtedy wpadłem na pomysł, aby wynieść jaja do ogrodu i zrobić im prawdziwy wodny skansen lęgowy. Zaprojektowałem z pozbieranych szyszek, ziół, odpowiednio miękkiego drewna oraz fetyszy w postaci naturalnych kamieni, domek. I postawiłem we wschodnio- południowej części ogrodu.  Skansen zabezpieczyłem z każdej strony ornamentami, w  których paliły się ochronne kadzidła.

 Dokładnie po 57. dniach odnotowanych w moim dzienniku, skorupa jaj zaczynała pękać. Było ich 16. W 60. dniu powłoki całkowicie pękły, a mój widok znieruchomiał, kiedy ujrzałem maleńkie i niewinne ośmiorniczki z moimi oczami. Wszystkie one miały niebieskie gałki, wpatrzone we mnie jak w obraz.  

Byłem załamany. Od rana do wieczora zajmowałem się karmieniem. Kiedy osiągnęły wiek dojrzały, zapakowałem je do auta i wypuściłem do koryta rzeki, sądząc, że kiedyś odnajdą swój dom. 

Dając im wolność, poczułem ulgę, podobnie jak mój Deus Otiosus. 

Półzwierzyny nigdy już do mnie nie wróciły, tylko raz spotkałem je na pięknej piaszczystej plaży w Bournemouth, jednej z najpiękniejszych w Wielkiej Brytani. Wyglądały, jak onieśmielające piękne bóstwa, a każdy z tubylców podziwiał je i robił im zdjęcia. 

Byłem taki dumny, kiedy na nadgarstkach i kostkach dojrzałem przytwierdzone przez mnie kolczatki z talizmanami, których zapewne nie mogły zdjąć. Myślę, że to właśnie one ściągnęły je na dno wielkiego morza, bo więcej ich nie widziałem. Nie wypłynęły już. Czasami tylko budzę się w nocy i słyszę ich śpiew. Śpiew moich syren.

Przejdź do treści