Zdzisław Beksiński

„Pragnę malować tak, jakbym fotografował sny.”

Moje „spotkanie” z twórczością Zdzisława Beksińskiego było trochę przypadkowe i jak dla mnie zbyt późne. Sztuką interesowałam się od dziecka. W domu rodzinnym było zawsze mnóstwo książek, pamiętników, encyklopedii, fachowej literatury i wspaniałych albumów o sztuce. W wieku dziesięciu lat wiedziałam już że van Gogh był genialny, ale niedoceniany za życia i klepał niesprawiedliwą biedę, a Botticelli namalował jeden ze swoich piękniejszych obrazów „Narodziny Wenus”- długowłosą boginię, która całe życie (tak myślałam jako dziecko) spędzała w muszli unoszonej przez morze. Trochę jak sen, ale czy sztuka nie jest po trosze snem?

Nie pamiętam jednak, abym w albumach, które tak namiętnie: przeglądałam, czytałam, dotykałam, natknęła się choćby na delikatny rys o Zdzisławie Beksińskim, a przecież tworzył już w tamtym okresie od co najmniej dwudziestu lat, co wydaje się wręcz nie do pomyślenia, choćby ze względu na szeroki przekrój twórczości różnych artystów prezentowanych w owych albumach. Może tak miało być? Może jako dziecko czy nastolatka nie poczułabym tej tajemnicy, tego sacrum i profanum, tego niepokojącego piękna jakie jest w tych obrazach, lub co gorsza mogłabym przejść obok nich zupełnie obojętnie. Skoro podobno wszystko ma swój czas, to widać mój czas na spotkanie z twórczością Zdzisława Beksińskiego, musiał po prostu nadejść.

I nadszedł, około dekady temu. Przypadkowo, bo jak zwykle gdzieś się spieszyłam, wstąpiłam tylko na moment, bo akurat było po drodze, do księgarni. W przelocie, błądząc wzrokiem po półkach z książkami, podeszłam tam, gdzie jak zwykle były albumy poświęcone: malarstwu, rzeźbie, fotografii. Szybko wodząc palcami po grzbietach książek, potrąciłam nieznany mi album, który dosłownie wpadł mi w ręce, a ja łapiąc go w ostatniej chwili, przypadkowo lub nie, otworzyłam go na stronie ze zdjęciem obrazu, na którym widniał wizerunek krzyża na tle nieba. Obraz bez tytułu, olej na płycie pilśniowej z 1983 roku, autor: Zdzisław Beksiński. Byłam jak zahipnotyzowana. Znacie ten stan, kiedy nie możecie oderwać od czegoś wzroku, ponieważ to coś przyciąga, hipnotyzuje, porywa, oplata… I tak było ze mną. Patrzyłam na ten obraz, wręcz wchłaniałam go w siebie, i do końca nie byłam pewna, czy patrzę na życie, czy śmierć, czy jedno i drugie. Żaden artysta ani wcześniej, ani później nie pokazał tak przerażającego piękna w swoich obrazach. Tego „Czegoś”, co przejmuje człowieka na tyle dogłębnie, że chce się na to: patrzeć, podziwiać i odkrywać chociaż drobną cząstkę, którą ma się czasem w swojej wyobraźni, lub gdzieś głęboko schowaną, niewydobywaną na światło dzienne, a Zdzisław Beksiński potrafił jak nikt inny, to wydobyć i namalować.

Oczywiście, że kojarzyłam nazwisko Beksiński, że malarz, że współczesny i niezwykle oryginalny w swoich dziełach; ale zawsze było nam nie po drodze ze sobą. I nagle się „spotkaliśmy”, i nikt tak jak on w tamtym właśnie momencie, gdy trzymałam album w swoich dłoniach, nie potrafił tak pięknie wyciągnąć mroku i piękna duszy na płótnie. Żadna inna twórczość nie była dla mnie tak głęboka w odbiorze i tak precyzyjnie wykonana.

Od tamtej chwili, zaczęła się moja fascynacja twórczością i poniekąd osobowością tego niezwykłego artysty. Odwiedzałam biblioteki, czytelnie, szukałam artykułów na temat drogi artystycznej, jaką przeszedł, i życia jakie wiódł, kiedy tworzył swoje niesamowite dzieła. Czytałam biografie, oglądałam filmy dokumentalne z jego udziałem, przeglądałam albumy z obrazami, fotografiami, rysunkami, i próbowałam zrozumieć wymowę tych dzieł. Bo one mówiły, niektóre wręcz krzyczały swoim pięknem, grozą, prawdą. I choć Zdzisław Beksiński nigdy nie nadawał tytułów swoim obrazom, ponieważ chciał, aby odbiorca jego dzieł interpretował je w dowolny sposób, jak sam to odczuwa, patrząc na obraz i nie sugerując się nazwą; a ja nadawałam im swoje własne nazwy.
Prawie wszędzie jest napisane, że Zdzisław Beksiński był jednym z najwybitniejszych współczesnych polskich artystów. Wspomina się, że pracował w wielu obszarach sztuki od malarstwa przez fotografię, po rysunek i rzeźbę. Tak, owszem, ale Zdzisław Beksiński, to przede wszystkim niezwykle wrażliwy wizjoner naszych czasów, z bogatą wyobraźnią i odwagą, aby tak tworzyć. Wystarczy cofnąć się do 24 lutego 1929 roku, do niezwykle mroźnej zimy w Sanoku, w bardzo malowniczym miasteczku w Dolinie Sanu, kiedy to urodził się Zdzisław Beksiński, a następnie prześledzić kolejne etapy życia, aż do jego tragicznej śmierci 21 lutego 2005 roku. Był to artysta nietuzinkowy, który już w młodym wieku odznaczał się wielkim talentem, odrębnym postrzeganiem sztuki, co dało się już zauważyć w oryginalnych i wymownych rzeźbach, jakie zaczął tworzyć na początku swojej twórczości oraz fotografiach, które odznaczały się nowatorską techniką. Kadr po kadrze, sylwetki kobiet skulone, jakby zalęknione, kawałek po kawałku jakby odcięty linami, w które były zaplątane. Światło, cień, to wszystko robiło niesamowite wrażenie, za co artysta już wtedy, w latach 50. został doceniony i wygrywał międzynarodowe konkursy, wyprzedzając większość odkryć awangardy europejskiej. Wyprzedzając czas także w Polsce, niezwykle przecież wtedy trudny.
Kolejne lata tylko potwierdzały geniusz artysty, który oprócz rzeźby i fotografii, zaczął zajmować się rysunkiem, i właśnie rysunki z lat 60., 70., 80. i 90. tworzą niezwykły przekrój jego twórczości. Pierwsze wystawy, które odbyły się w początku lat sześćdziesiątych, miały miejsce najpierw w Centralnej Poradni Amatorskiego Ruchu Artystycznego w Warszawie, następnie w Łazienkach Królewskich w Starej Pomarańczarni, potem w Galerii Widza i Artysty, i to w czasie, kiedy Zdzisław Beksiński nie był jeszcze tak bardzo znany w stolicy. A jednak każda wystawa była bardzo fascynująca, od razu swoim uderzeniem wciągała widza w skłębioną i niezwykle wybujałą wyobraźnię artysty. Twórczości Zdzisława Beksińskiego niepodobna odłączyć od treści literackich, ponieważ to one w pewnej mierze określają kierunek jego poszukiwań, zważywszy, że sam artysta napisał także opowiadania. Lecz forma tych poszukiwań stała się samoistną nową wartością plastyczną. Z imponującego materiału, właśnie rysunki oraz obrazy-reliefy robiły wtedy największe wrażenie na odbiorcy tych dzieł.

Około 1964 roku artysta zaczął malować. I znowu zachwyt. Sam Zdzisław Beksiński twierdził, że inspirację do dzieł czerpał z wizji nawiedzających go w trakcie snu. I jakże wydaje się to prawdziwe, kiedy spoglądam na jego obrazy, gdzie fantastyka, ekspresja, niezwykle indywidualny styl, to przenikanie różnych światów.

Zdzisław Beksiński to artysta, który w swoim malarstwie głęboko czuł kolor i światło. Wychodził naprzeciw, otwierał się wręcz na to światło, na więcej kolorów. Uwzględniał w procesie malowania również odbiorców swoich obrazów, lecz także podkreślał, że malował chyba bardziej dla takiego wyimaginowanego odbiorcy, takiego, jakiego by chciał.

A odbiorca widzi to, co widzi, i większość ludzi, gdy interpretuje kolor, to robi to sposób czasem wręcz naiwny. Jeżeli jest na przykład błękit paryski, to widz, bardzo często widzi tylko kolor niebieski, a właśnie zgaszenie koloru, popracowanie półtonami, powoduje, jakby większą ilość tych kolorów i zawiera w sobie potencjalnie całą gamę czystych kolorów wymieszanych razem. Obrazy artysty tak malowane, były wtedy o wiele bogatsze w kolor, choć nie występowały w sposób nachalny i oczywisty. Czasem światło dzienne, tak zwane okienne (w zależności od pory dnia), potrafiło wydobyć więcej kolorów ze stonowanych obrazów niż z tych jaskrawych. Artysta twierdził, że niektóre obrazy nie powinny być oglądane w bardzo jasnym świetle, tylko w takim, w jakim zostały namalowane, a nawet ciemniejszym.

Wielokrotnie zastanawiałam się, jakie obrazy trzeba mieć w głowie, żeby móc takie właśnie namalować. Na początku artysta, co czasem sam podkreślał w wywiadach, nie był zadowolony ze swoich obrazów, gdy je malował. Czasem zmieniał już elementy namalowane, i w konsekwencji na obrazie, przenikały się warstwy dawne z nowszymi często powodując u widza, który nie znał etapu tworzenia, wrażenie specjalnej techniki. Artysta twierdził, że jest to efekt jego niezdecydowania, gdy malował swoje dzieła, jednak mimo wszystko wzbogacało to obraz, ponieważ podświadomie człowiek dużo więcej widzi niż świadomie. Na obrazach Zdzisława Beksińskiego, gdzie panowała kakofonia kolorów, nie było aż to tak ewidentnie widoczne to, co tam malarz zamalował, a dzięki czemu dawało to wrażenie większego bogactwa.

Każdy obraz, to osobna historia, która: urzeka, fascynuje, zapiera dech w piersi, skłania do refleksji, czasem straszy jak sny z najdalszych zakątków naszego umysłu.

U schyłku życia, artysta opowiadał, że nie lubił robić wystaw, z obawy, że w trakcie pakowania, podczas transportu, obraz może się uszkodzić, zniszczyć, co będzie już nie do odzyskania. Jako że czasu, momentu tworzenia, nie da się powtórzyć. W ostatnich latach wspominał, że chciałby swoje obrazy zachować dla siebie, malować je dla własnej przyjemności. I nawet jak już brakowało mu ścian do powieszenia swoich obrazów; to świadomość, że leżą w tak zwanym schowku, i może sobie w któryś dzień tygodnia wyjąć dany obraz, a w następny dzień inny, bardzo go satysfakcjonowała, i odczuwał dużą ulgę, że ma to dla siebie i nie musi już pokazywać na żadnych wystawach. I nie był to żaden manifest ze strony artysty, tylko zwyczajne pragnienie ciszy, spokoju i przebywania samemu ze swoimi dziełami, po prostu.
Czasem zastanawiam się, czy gdyby nie ta przedwczesna, tragiczna śmierć, jaką zadali sprawcy Zdzisławowi Beksińskiemu w jego własnym mieszkaniu w Warszawie, czy i co by jeszcze tworzył, oprócz fotografii, rzeźb, rysunków, opowiadań, obrazów i grafik komputerowych, którymi zajmował się przed śmiercią. Czy często powtarzane słowo „fatum”, które jakoby ciążyło na rodzinie Beksińskich, poprzez długą chorobę i śmierć żony, samobójstwo syna Tomasza, i w końcu zabójstwo samego artysty ma swoje uzasadnienie?
Czy ktoś, kto potrafił wznieść się na takie wyżyny w swojej sztuce, kto potrafił ją tak sugestywnie przedstawiać, totalnie nią obezwładniać, i odbierać mowę, kto zaklinał dusze w swoich obrazach, skądinąd pięknych, ale będących takim swoistym memento mori, przypomina nam o tym, co nieuniknione i co stało się udziałem tego wielkiego malarza i Jego rodziny, potrafił także przewidzieć swój koniec? Warto przyjrzeć się temu nietuzinkowemu artyście i jego sztuce, która jest ponadczasowa, chociażby wybierając się do Muzeum Historycznego w Sanoku, któremu Zdzisław Beksiński zapisał cały swój dorobek artystyczny, gdzie chyba największe wrażenie robi wejście w obrazy za pomocą technologii VR, i wtedy rzeczywiście czujemy się jak w snach, jak w snach Zdzisława Beksińskiego.