– najgorsza jest ciemność
– spójrz na to inaczej, nisza pod schodami rzadko bywa tak przytulna. dotknij, po kolejnym wstrząsie pojawiło się w lastriko pęknięcie, następne, i już mam matkę boską i zaczynam się modlić. kiedy rozdawali różańce, miałam ich za idiotów
– how dare you
– jestem stąd. gdzie mam uciekać? niech moje kości posłużą za fundament pod nasz nowy dom, jeśli to ma pomóc, to czekam na bombę, jak bóg da, w imię ojca ducha i syna.
– on całymi dniami tak pierdoli, to nie do zniesienia, albo ta tania, drugi dzień nic nie je, siedzi i bawi się tymi koralikami, a oczy ma jakby się naćpała, zabronili mi ich napierdalać, ale jak boga kocham.
– łaski pełna, pan z tobą.
– how dare you.
– mieli utworzyć korytarze humanitarne.
– święta maryjo, matko…
– zamknijcie gęby! cisza ma być!
– wybuch. raz…dwa… wybuch. raz…. dwa… buch. raz… dwa… trzy
– to jak w czasie burzy z liczeniem od grzmotu do błysku.
– jako i my odpuszczamy naszym winowajcom.
– zamknij się! słyszysz?! zamknij się!
– how dare you.
– czy ten dzieciak może przestać z tym how dare you?!
– ma autyzm, raczej nie może.
– w radiu mówią, że u nas wojna, a aktor pobił aktora na jakiejś gali, bawią się, nawet kiedy bomby lecą na łeb.
– jak w piosence póki my żyjemy.
– malutki domek, daleko od ludzi i blisko do ludzi. na jakimś skraju albo brzegu polany, żeby komary ani samoloty nie latały przy podmurówce, posadzę lawendę. zbudujesz nam go, stworzą go nasze ręce, wypełnią dzieci i dni pełne spokojnej monotonii, skąd po przygody trzeba dopiero się udać. latem będziemy rozkładać koc, do wody ze studni wrzucimy świeżo zerwaną miętę, na chlebie prosto z pieca rozsmaruję masło, a okruszki zje zaprzyjaźniona mysz. przecież chcesz.
– najgorsze, nawet nie to, że napierdalają, ale że ktoś się zesrał.
– jak ci połamię nos, to może ci ulży gnoju.
– spokój!
– how dare you.
– malutki domek, tyle razy ci mówiłam, daleko od ludzi i blisko do ludzi, mógłby być drewniany nawet, a najlepiej samowystarczalny i ekologiczny, miałeś go budować, ze mną, co za skurwysyny.
– nie idź tam, nie wyjdziesz stąd! siad!
– sekretarz onz martwi się zwiększoną emisją… przez wybuchy.
– ojcze przedwieczny ofiaruję ci ciało i krew.
– boże, tania zamknij się!
– a francuz mówi, że to nie jest ludobójstwo, bo my bratnie narody.
– może dlatego, że my bratni naród, a oni nie, ludzie. trzeba im powiedzieć: ludzie, my nie ich bracia, my ludzie… jak wy…