W oczekiwaniu na ósmy dzień tygodnia* napisałam list do ciebie. Kolejny raz, żadnej myśli nie kończąc, żebrałam o uwagę. Leżał na kuchennym stole w niezaklejonej kopercie. Czekał wraz ze mną, ale dzień nie nadchodził, więc podarłam go najdrobniej, jak tylko można. Na popiół prawie. Był oczywistym aktem słabości, na którą nie chcę już sobie pozwolić, bo ta nasza niby-miłość jest jak pies, upragniony dopóty, dopóki nie urośnie, nie zacznie uwierać obecnością. Wtedy wiąże się go do drzewa i odchodzi.
Każda miłość bez świadomości dbania o oswojone, nosi w sobie pierwiastek okrucieństwa. Kaleczy poczuciem nieważności, jak formaliną konserwując najtrudniejsze z ludzkich doświadczeń – odrzucenie.
Patrząc na rozsypane skrawki papieru, czuję mądrość… albo głupotę. Zdefiniowanie jest jeszcze poza zasięgiem pełni świadomości. Wystarcza mi instynkt samozachowawczy, chroniący to, co najważniejsze… Szacunek do samej siebie.
Potłuczone lustro nie zapamiętuje odbicia przymierzanych rzeczy… Dokładnie tak, jak skrawki papieru uczuć zapisanych semantyką poniżenia. Ten swoisty stan zawieszenia jest jak żałoba. Musi wybrzmieć do końca bez ponaglania. Musi otrzepać z kolan pragnienie naprawienia tego, czego tak naprawdę nie da się naprawić. Co w istocie jest koniecznym zamknięciem, mogącym otworzyć nowe, bez lęku. Nie będę już czekała na coś, co nadejść nie może, bo po prostu nie istnieje. Kupię kwiecistą sukienkę, która wisi w witrynie sklepu i ten kapelusz z rozłożystym rondem. Rozjaśnią szarość twarzy odbitej w szybie. Nadadzą jej kształt życia. Dorzucę jeszcze turkusowe szpilki i broszkę-ważkę z niebieskimi szkiełkami na skrzydłach. Idealny zestaw na czas zatrzymania.
A potem przytulę siebie samą, tak po kobiecemu, ze świadomością oczyszczającej konsekwencji decyzji.
A ty?
Ty w swoim nienagannym popielatym garniturze zostań wszędzie i nigdzie, bądź oczekiwaniem na ósmy dzień tygodnia dla wszystkich i dla nikogo. Poza moim czasem.
- Nazwiązanie do opowiadania ,,Ósmy dzień tygodnia” M. Hłaski