Artur Andrus – Mistrz Słowa

Zdjęcie: Artur Andrus. Autor: Daniel Kruczynski

Jak się Pan czuje jako artysta w czasach pandemii?

Czuję się pewnie tak, jak czują się wszyscy. Trzeba się nauczyć na nowo żyć w tej sytuacji. Od kilku miesięcy nie występuję, bo wszystkie koncerty zostały odwołane, albo w najlepszym wypadku przełożone na inny termin. Trzeba się do tego przyzwyczaić, chociaż każdy ma nadzieję, że kiedyś to minie, i że wróci się do koncertów.

Widzi pan jakieś pozytywne strony tej sytuacji? – [oczywiście w pewnym sensie ,,pozytywne”] – czy ma Pan teraz więcej czasu na czytanie książek, albo nadrabianie innych zaległości?

Chyba każdy zauważył, że w pewnym momencie trzeba było sobie nawet poszukać jakichś zajęć, bo to nowa sytuacja, kiedy człowiek nie wie, co ma zrobić z nadmiarem czasu i rzeczywiście trochę zaległości się dało nadrobić. Co do czytania: na to zawsze staram się znaleźć jakąś chwilę czasu, chociaż teraz tego czasu na pewno jest dużo więcej. Plusy, o których pan wspomina, to widziałem może na początku: w tym sensie, że rzeczywiście nie było takiego szaleńczego tempa i zastanawiania się, gdzie ja jutro jadę i co się będzie ze mną działo. Wiedziałem tylko, że przez jakiś czas nigdzie nie jadę, no a potem pojawił się jednak dotkliwy brak tego. To jest pewien nawyk, że się ciągle gdzieś jeździ.

Czy ma Pan takie poczucie bycia człowiekiem Orkiestrą?

Nie, ktoś kiedyś użył w stosunku do mnie takiego sformułowania: artysta multimedialny i to gdzieś zaczęło funkcjonować. Ja nie walczę z tym określeniem, bo jeżeli to komuś potrzebne- to dobrze, godzę się na nie. Ja to rozumiem, jako zajmowanie się różnymi rzeczami; ale nie jestem człowiekiem Orkiestrą. Na przykład nie piszę melodii do swoich piosenek, oddaję to komuś do kogo mam zaufanie. Od paru lat głównie współpracuję z Łukaszem Borowieckim, i to on pisze najwięcej melodii do moich tekstów. Ja nie potrafię zrobić wszystkiego, dlatego nie uważam się za człowieka Orkiestrę.

Z tak wielu dziedzin, z którymi ma Pan do czynienia i wokół, których Pan się porusza: od poezji, po bycie kabareciarzem, dziennikarzem, co jest Panu najbliższe?

Zawsze odpowiadałem, że najbliższe jest mi radio. Odpowiadałem tak nie dlatego, że wtedy pracowałem w radiu, bo teraz też pracuję, co prawda trochę mniej, w innym wymiarze, i w innym radiu (od pewnego czasu w radiu RMF Classic), ale u mnie właściwie wszystko co robię poza radiem – od radia się zaczęło, tam miało swoją genezę. Dzięki temu, że pracowałem w radiu, zacząłem: pisać swoje teksty, występować gdzieś na scenie, potem śpiewać piosenki. Dalej uważam, że radio jest mi najbliższą formą i może dlatego łatwiej mi znosić teraz ten czas, w którym się znaleźliśmy, bo w radiu jednak mogę coś robić, radio jest na tyle technologicznie nieskomplikowaną sprawą, że można sobie samemu coś nagrać, wysłać, poprawić, dograć, stworzyć całą audycję.

Wspomina Pan czasem szkołę dziennikarską…

…tak, zdarza mi się wspominać studia dziennikarskie.

Czytałem o Pana zaliczeniu, które robił Pan z Wojciechem Młynarskim.

To była pracownia radiowa. Mieliśmy takie zajęcia, gdzie uczyliśmy się różnych form dziennikarstwa: prasowego, telewizyjnego, radiowego i ja na zaliczenie pracowni radiowej przyniosłem taką rozmowę z Wojciechem Młynarskim, którą nagrałem wierszem. Zostało to zinterpretowane jako nasza improwizacja w formie hip-hopu. A ja sobie przygotowałem pytanie wierszem i okazało się, że ono idealnie pasuje pod jeden z jego wierszy, który on właśnie napisał. Jakaś rzeczywiście metafizyka się tutaj zdarzyła, gdyż nie umawialiśmy się na to, a jednak się okazało, że pasują. Gdy on mi wierszem odpowiedział na to moje rymowane pytanie, coś takiego się stworzyło, co się bardzo spodobało dyrektorowi czwartego programu Polskiego Radia, który miał z nami wtedy zajęcia z tej pracowni i on mi na tej podstawie zaproponował pracę w radiu. Niewątpliwie jest to dla mnie ważne zdarzenie w życiu zawodowym i czasami sobie tak (oczywiście troszkę się pod sławę Wojciecha Młynarskiego podpinając), mówię, że to dzięki niemu dostałem pracę.

Śpiewał Pan w różnych duetach, np.: z Czesławem Mozilem, Dorotą Miśkiewicz, Piotrem Bukartykiem, Magdą Umer, czy Alicją Majewską. Jak Pan się w tym odnajduje?

Tak, występuję w duetach i uważam, że bycie na scenie, to jest głównie sfera życia towarzyskiego. Tak naprawdę to ma sens, kiedy się spotyka z ciekawymi ludźmi i można z nimi na tej scenie pobyć- miło spędzając czas. Ja od ładnych paru lat mam stały skład muzyków, którzy mi towarzyszą, od lat czujemy się ze sobą dobrze, fajnie nam ze sobą i podróżować i występować. Tak samo jest z tymi ludźmi, z którymi zdarza mi się czasem albo coś tworzyć, albo gdzieś występować, na przykład na scenie. Do Alicji Majewskiej to tak naprawdę trochę się wkradłem, bo napisałem jej taką piosenkę, która była o piosenkarce i autorze tekstów piosenek. Była tam konieczność zaistnienia również męskiego głosu. A że napisałem ten tekst, to Alicja wspaniałomyślnie zaproponowała, żebym to ja z nią zaśpiewał. Ale to są – mówię – przejawy życia towarzyskiego i takie rzeczy się potem najmilej wspomina. Czasem bywa tak, że można mieć jakiś olbrzymi sukces artystyczny, wystąpić w genialnej sali dla publiczności i nie pamięta się tego tak, jak się pamięta właśnie takie spotkanie przy jakiejś piosence w dwie osoby, w jakimś kameralnym miejscu.

Tak sobie myślę: Włodzimierz Korcz grał i się nie krzywił, jak Pan śpiewał, więc to chyba najwyższa rekomendacja…

On się chyba przyzwyczaił, bo z Włodzimierzem Korczem już współpracowałem wcześniej, wiele lat temu. Właściwie, w pewnym sensie, to moje spotkanie z Włodzimierzem Korczem zaowocowało tym, że mogłem nagrać pierwszą płytę. Nie dlatego, że się tak profesjonalnie przygotowywałem; lecz dlatego, że przez parę lat jeździliśmy do programu telewizyjnego „Kraj się śmieje”, który był nagrywany w Krakowie. Jego reżyserem był Krzysztof Jaślar, któremu też bardzo dużo zawdzięczam w swoim zawodowym życiu. Wymyślił, że co miesiąc będzie premiera jakiejś piosenki, w związku z czym, ja mam co miesiąc przyjeżdżać z nowym tekstem. Włodzimierz Korcz, który był tam kierownikiem muzycznym, pisał do tego muzykę, a ja co miesiąc występowałem z premierową piosenką. Dzięki temu nazbierało się parę piosenek, między innymi taka jak: „Piłem w Spale, spałem w Pile”, która spowodowała, że gdzieś mnie tam ludzie zaczęli postrzegać, jako człowieka śpiewającego piosenki. I to jest też kolejne szczęśliwe zrządzenie losu, że on mi napisał parę piosenek, a ja te piosenki mogłem zaśpiewać potem na płycie. Też właściwie przez Włodzimierza Korcza dotarłem do Alicji Majewskiej. A wracając do tego, co Pan powiedział: ,,grał i się nie krzywił”, on po prostu wie, że pewnych rzeczy nie ,,przeskoczy”, że jakby mi wymyślił takie dźwięki, jakie wymyśla Alicji, to mogłoby być kłopotliwie. Dlatego daje mi taryfę ulgową, już na etapie tworzenia, wiedząc, który fragment ja będę śpiewał, wie na co może sobie pozwolić komponując.

Jeżeli chodzi o Jaromira Nohavice, to czy Pan napisał tekst do jego muzyki?

Z Jaromirem znaliśmy się z różnych spotkań radiowych, zapraszałem go do radia i rozmawiałem z nim na antenie. Kiedyś z Andrzejem Poniedzielskim wymyśliliśmy, że zaprosimy Nohawice do ,,Przechowalni” do Łodzi na koncerty, które razem prowadziliśmy, i wtedy wymyśliliśmy, że każdy z nas napisze polską wersję jakiejś piosenki Nahavicy. Chodziło o wariacje, nie o dosłowne tłumaczenia, bo żaden z nas nie zna na tyle tego języka, żeby tłumaczyć piosenki z czeskiego. I ja sobie zrobiłem taki żart z „Cieszyńskiej”, to znaczy, napisałem „Łódzką”, czyli piosenkę, o tym co by to było, gdybym ja się urodził sto lat temu w Łodzi. To było dla łódzkiej publiczności, czyli też troszkę nie ukrywam, wazeliniarstwa tam było, żeby się tej publiczności przypodobać.

Jaromirowi ta piosenka się spodobała, choć była zupełnie inna w charakterze, niż ta jego „Cieszyńska”.
Jakiś czas później, spotkaliśmy się na jakimś koncercie i Antoni Muracki, który tłumaczył piosenki Nohavicy, powiedział, że nagrywa taki dwupłytowy album, na którym polscy artyści będą śpiewali piosenki Nohavicy, i zapytał, czy ja bym zaśpiewał „Cieszyńską”?! Ja zrozumiałem, że chodzi mu o to, żebym ja tę swoją wariację tam zaśpiewał. Powiedziałem mu, że tak, jeśli uważa, że to się przyda, to proszę bardzo. Potem przyjechałem do studia, w którym nie było nikogo poza realizatorem dźwięku, który miał to nagrać. Patrzę, a na pulpicie leży całkiem inny tekst. Nie mój. Nawet zadzwoniłem do Murackiego i powiedziałem mu: ,,Słuchaj, tu chyba zaszła jakaś pomyłka, ja miałem śpiewać to swoje”; a on mówi:,, Nie, nie, bo to nie mają być jakieś wariacje, tylko chodzi o zaśpiewanie tłumaczeń tych tekstów.” Zaśpiewałem, ale byłem pełen obaw, bo wiedziałem, że na te płyty głosu użyczyli tacy artyści jak: Stanisław Sojka, Zbigniew Zamachowski, Edyta Geppert. Nagrałem to i powiedziałem:

,, Jeżeli Jaromir posłucha tej piosenki i powie, że w takiej wersji mu się ona podoba, to wtedy może się ona na płycie znaleźć”. Po paru dniach Autor zadzwonił i powiedział, że jemu właśnie o to chodziło, żeby to było po prostu opowiedziane, żeby tam nie było Bóg wie co wymyślone w interpretacji, tylko opowiedziana dokładnie ta historia, którą on napisał w „Cieszyńskiej”. I tak ta piosenka troszkę przez przypadek, zaistniała. Przypuszczam, że gdybym dostał propozycję śpiewania tłumaczenia, to miałbym opory, gdyż ja z reguły nie śpiewam cudzych tekstów. Zazwyczaj śpiewam to, co sam napiszę, jakoś najlepiej to czuję, dlatego wtedy mogłoby nie dojść do nagrania tej piosenki, i tylko dzięki szczęśliwemu zrządzeniu losu, ta piosenka bardzo się tak jakoś w życiu zaznaczyła.

Powiem szczerze, że ja przez jakiś czas zastanawiałem się, czy to nie jest Pana tekst, bo on mi tak współgra.

Tak, wielu ludzi uważa, że ja to napisałem, ale to też pewnie związane jest troszkę z tym, że zwykle sam piszę sobie teksty, więc to naturalne w tym przypadku skojarzenie, że autor = wykonawca, więc może budzić zdziwienie fakt, że to jednak nie jest mojego autorstwa. Natomiast oczywiście, jak to nagrywałem, to starałem się to zrobić tak, jakby to było moje, to znaczy chciałem, żeby to jak najbardziej do mnie pasowało.

Ale mnie bardziej chodzi o to (przynajmniej w moim subiektywnym odbiorze tej piosenki), że tu wybrzmiewa Pana styl pisania.

Gdyby nie był w moim stylu, to pewnie bym się nie zgodził na nagranie tego utworu. Czasami jednak pojawiają się propozycje, żeby wejść w coś, co jest całkiem ,,pod prąd” i jeżeli ja czuję, że w tym jest jakiś żart, że ja będę inny, niż jestem normalnie, to ja się zgadzam. Teraz na przykład ukazała się taka piosenka Arkadio- rapera, którego ja nie znałem. Napisał do mnie, że ma taki pomysł projektu, w którym będzie występował on – bo to jest jego piosenka, oraz Michał Koterski i Piotr Baron na saksofonie, no i czy ja bym się do tego nie dopisał i nie dograł?! Posłuchałem najpierw tej propozycji, wydała mi się ciekawa – chociaż nie ukrywam, że z rapem nie mam nic wspólnego. Potem się spotkaliśmy, pogadaliśmy, i stwierdziłem, że to fajny człowiek, że jest w nim coś bardzo pozytywnego i takiego zachęcającego do współpracy. Dopisałem fragment swojego tekstu, dograłem się tam, piosenka się ukazała; ale wiem, że to nie jest tak, że ja natychmiast w związku z tym wejdę w ten świat i zacznę nagrywać tego typu muzykę. Traktuję to po prostu jako przygodę. Teraz czeka na premierę płyta Renaty Przemyk, która nagrywając tam duety, zaproponowała, żebym ja też z nią zaśpiewał, i wybraliśmy taki chyba najbardziej rockowy z jej utworów i zostało to nagrane. Ale też i Renata ma świadomość, że to nie jest tak, że będę śpiewał, jako typowy Artur Andrus od „Piłem w Spale, spałem w Pile”, tylko…

To platynowa płyta „Piłem w Spale…”?

„Piłem w Spale…” to nawet podwójna platyna była. Wracamy do tego, że to jest zdarzenie towarzyskie. Jest okazja, żeby się spotkać z ludźmi, których się lubi i coś wspólnie zrobić, a jak jeszcze z tego wyjdzie coś artystycznie ciekawego, to tylko się z tego cieszyć.

Podziwiam Pana występy, gdzie w przeciągu zaledwie 30 minut z kilku gazet tworzy Pan rymowankę, wiersz.

Jakoś spontanicznie zrodził się taki pomysł i sprawia mi to dużą frajdę. Po pierwsze wiem, że nie wiem, co się wydarzy – nie wiem, co będzie w tych gazetach, nie wiem, czy tam będzie jakiś materiał, a jak nie ma takiego ciekawego materiału do napisania jakiejś ballady, to jest jeszcze ciekawiej, bo ja muszę wtedy z tego coś wykombinować. Po drugie wiem, że już ludzie wiedzą o tym, że ja takie rzeczy piszę i czekają na ten moment, kiedy się pojawi taka piosenka, napisana dzisiaj i tylko specjalnie na ten występ. Ja to z dużą frajdą robię i niedawno właśnie tak się zebrałem i policzyłem, że powstało ich gdzieś tak około 350. Oczywiście, że one są w zdecydowanej większości jednorazowe i nie do powtórzenia gdzie indziej, bo nie ma kontekstu, ale może coś trzeba będzie z nimi zrobić, wybrać.

Ale rozumiem, że ma Pan te teksty zebrane?

Część, bo dużą część gdzieś pogubiłem, albo zostawiałem ludziom, ktoś przychodził po koncercie i mówili – może mi Pan to zostawi na pamiątkę, to zostawiałem. Dopiero na jakimś etapie zacząłem to zbierać i część tego mam.

Czy potrafi Pan już powiedzieć jestem warszawiakiem? Tak w pełni przekonany.

Ja chyba nigdy nie używam tego sformułowania, że jestem. Staram się takich bezpośrednich rzeczy nie używać. Bardzo mi się podobała – (niedawno czytana)- biografia Mariana Eilego – wieloletniego szefa „Przekroju”, i tam jest fragment jego wywiadu z Piotrem Skrzyneckim, w którym Elie zadaje mu pytanie:<< za kogo się Pan uważa?>>, na co Skrzynecki odpowiada -<< ja się nie uważam>>. I ja też się nie uważam specjalnie.

Ale już od 30 lat mieszkam w Warszawie. To jednak jest większa część mojego życia. Mam tu już swoje miejsca, a przede wszystkim ludzi, z którymi czuję się związany i to jest najważniejsze.

Ma Pan na myśli ludzi z pracy, z branży?

Nie, przyjaciół. Uważam, że to definiuje, gdzie człowiek jest u siebie, jak ma wokół siebie… chociaż ten świat tak się zmniejszył, że co z tego, że się ma przyjaciół na drugim końcu świata, jak właściwie można się zorganizować, niezbyt drogo do nich polecieć i pobyć tam.

A jeżeli w tym pytaniu, czy jestem warszawiakiem była intencja – czy ja lubię Warszawę, to tak. Mogę powiedzieć, że lubię Warszawę. Zwłaszcza, że ja się z tą Warszawą równolegle zmieniałem. Przyjechałem na studia, czyli jako bardzo młody człowiek, kiedy zaczynał się okres dużych zmian w Warszawie. Zaczynałem studia w 1990 roku i ja te zmiany obserwowałem, one jakoś ciągle mi towarzyszyły i podoba mi się to, jak się Warszawa zmieniła, jakim się stała miastem.

Czy pisze Pan też smutne teksty?

Nie wiem, czy smutne. Fascynuję się twórczością Młynarskiego i zauważyłem, że w jego tekstach, jak były gorzkie czasy i miał coś nie najweselszego do powiedzenia, to zawsze gdzieś tliło się jakieś światełko, jakaś nadzieja, że gdzieś ta iskierka się pojawi, i ja, jak mi się zdarzy odejść w nieco poważniejszy temat, to też staram się, żeby coś takiego było.

Jest Pan współautorem dwóch książek z Marią Czubaszek. Jak się ta współpraca układała?

Fantastycznie. Nie planowałem pisania żadnych książek, bo nie wiem, czy się na tym znam. Właściwie ukazały się dwie, które są zbiorem moich tekstów, ale to była kwestia jedynie ich wyboru z paru lat, więc inaczej to wyglądało. A żeby napisać taką książkę, która ma być jakąś całością, zbiorem, układem, to się nie rwałem do czegoś takiego. Ale jak pojawiła się propozycja, żeby zrobić taką książkę z Marysią, to pomyślałem, że to jest chyba jedna z bardzo niewielu osób, z którymi chciałbym coś takiego zrobić. Wiedziałem, że ona będzie mówiła szczerze, że tam nie będzie jakiejś kreacji, a poza tym uwielbiałem z nią rozmawiać, tak prywatnie. W rozmowach prywatnych była tak samo dowcipna jak na scenie, a może nawet bardziej, bo na scenie trochę się bała, to znaczy miała tremę przed występami przed publicznością. A jak była w swoim towarzystwie, to nie miała tej obawy i rozmowy z nią były rozkoszne, fantastycznie się z nią rozmawiało. Była dowcipna, świetna kobieta i szkoda by było, gdyby takiej rozmowy nie zapisać. Ja się cieszę, że się taka rozmowa ukazała. Zresztą w czasie tej naszej pierwszej rozmowy nagle zaczął nam towarzyszyć Wojtek – czyli mąż, jego rysunki zaczęły się pojawiać w tej pierwszej części i – nie od razu oczywiście – zaczęło się mówić, że, a może by drugą część napisać. Ja wtedy wiedziałem, że to właśnie Wojtek powinien być bardziej bohaterem tej drugiej części książki. I tak jest, że druga to właściwie bardziej rozmowa z Wojciechem Karolakiem, a Marysia nam towarzyszy, bo oni są tak samo świetni, jeżeli chodzi o rozmowę. I to było coś fantastycznego. I teraz z radością czekam na książkę, która ma się ukazać – biografię Marysi. Bo nasza książka, to nie jest biografia, to jest jedynie nasza rozmowa. Mam świadomość, że Marysia tam parę rzeczy pomyliła, albo nawymyślała jakichś głupot, bo sama o tym powiedziała, że jak nie będzie czegoś wiedziała, to wymyśli. I tak zdaje się było w paru miejscach. A teraz ma się ukazać biografia, pisze ją Violetta Ozminkowski – świetna dziennikarka. Ona między innymi napisała książkę o Michalinie Wisłockiej. Ja bardzo lubię to co Viola pisze. Też jest fanką Marysi, też się poznały, też przypadły sobie bardzo do gustu i czekam na tę książkę, wierzę, że to będzie świetna rzecz.

Udziela się Pan też charytatywnie, bierze Pan nie tylko udział w recitalach na rzecz jakiegoś wydarzeniach, ale też jest Pan twarzą Fundacji św. Mikołaja.

Tak. Kiedyś było to związane z radiową „Trójką”. Fundacja św. Mikołaja mocno współpracowała z „Trójką” przy akcjach świątecznych: np. przy Pocztówce do św. Mikołaja. Pojawił się też taki moment, że Fundacja promowała program stypendialny dla uczniów szkół i wtedy sporo osób związanych z „Trójką”; między innymi Marek Niedźwiecki i Wojciech Mann, zaangażowało się w to, co jest moim zdaniem naturalne, jak się ma rozpoznawalną twarz, która może pomóc w czymś, może pomóc zwrócić uwagę na jakąś kwestię. Chociaż z drugiej strony to trudne, bo wiem, że jest tyle potrzeb w Polsce, że nie da się wszystkiego załatwić i wszystkim pomóc. Dostajemy mnóstwo takich próśb, właściwie codziennie one przychodzą.

Często Pan odwiedza rodzinny Sanok?

Teraz już nie tak bardzo, bo zostało coraz mniej rodziny i nie ma zbyt wielu okazji. Planowaliśmy takie spotkanie w rocznicę matury, ale niestety pandemia nam pokrzyżowała plany, nie zarzuciliśmy jednak tego tematu, tylko odłożyliśmy, to na jakiś bardziej sprzyjający termin.

Ma Pan wielu przyjaciół, jeśli chodzi o Liceum w Sanoku, jest Pan związany z tą szkołą?

Tak, mieliśmy w ogóle bardzo fajne liceum i bardzo fajną klasę. Była to jak na liceum ogólnokształcące w tamtych czasach, dość dziwna struktura, bo parytet był właściwie zachowany. Zazwyczaj były to klasy z przewagą dziewczyn, a u nas było mniej więcej po połowie. Bardzo się blisko trzymaliśmy. Ja chyba miałem bliższy kontakt z ludźmi w czasach liceum, niż na studiach, co jest zaskakujące. Ale może to wynika też z tego, że na studiach zaczęliśmy szybko pracować.

To był taki okres, kiedy powstawały nowe media, stacje: radiowe, telewizyjne. Wydział dziennikarski, taki dzienny, był jeden w całej Polsce, no to wiadomo, że przychodzili do nas, proponowali pracę, i już na drugim roku prawie każdy z nas gdzieś pracował.

Czy zaczynał Pan w Sanoku? Prowadził Pan w Liceum radiowęzeł?

Tak, takie zabawy szkolne. Radiowęzeł w szkole przejęliśmy z kolegą. Radiowęzeł to brzmi bardzo dumnie, a tak naprawdę to były dwie kolumny stojące na drugim piętrze naszej szkoły, i coś ryczało w tych kolumnach. To co ryczało, to byliśmy my.

Z tego ,,ryczenia” to podobają mi się „Cyniczne córy Zurychu”. To jest ,,ryczenie” oryginalne.

Tak, to jest zaśpiew orientalny. Cała piosenka się od tego wzięła, że gdzieś podczas jakiejś sesji fotograficznej z „Trójki”, kiedy ja już byłem zmęczony tą sesją, zacząłem tak wyć po prostu. Nagle zobaczyłem, że to wszystkich dookoła śmieszy, jak ja tak wyję i pomyślałem, że to trzeba do tego resztę piosenki dopisać.

Chciałem na koniec zapytać i potwierdzić: Rozumiem, że będziemy mogli Pana zobaczyć we wrześniu w teatrze, a jeżeli chodzi o o koncerty?

Teatr Ateneum – jeżeli się okaże, że można, że teatr normalnie działa, to na wrzesień mamy zaplanowane terminy.
Ale też po drodze wiem, że w sierpniu mamy zaplanowane występy w Polsce. Natomiast wszyscy czekamy, na ile to będzie możliwe.

Wyobraża Pan sobie wyłącznie taki kontakt, nie bezpośrednio z ludźmi, tylko przez Internet?

Ja go troszeczkę teraz spróbowałem, bo były takie sytuacje, gdzie coś nagrywałem, była jakaś forma transmisji na Facebooku; ale nie bardzo czuję, żebym mógł dać występ, jednak w dużej części mój występ polega na reakcji publiczności. Ja coś mówię z nadzieją, że coś ludzi rozbawi. Piosenki mógłbym pewnie zaśpiewać, ale jednak te piosenki u mnie też działają wtedy, kiedy jest na nie reakcja. Wiem, że paru kolegów próbowało taką formę koncertu transmitowanego on-line zrobić w całości, ja tego nie próbowałem i raczej nie wyobrażam sobie, żebym był w stanie takie rzeczy robić jakoś regularnie. Może musiałbym pomyśleć, jak to by się mogło zmienić, żeby to pasowało do takiej formy. Natomiast widziałem takie rzeczy, na przykład Czesiek Mozil zrobił swój występ, który oglądałem na żywo i uważam, że w jego wypadku, to zdało egzamin. Przez cały ten czas bardzo często się łączyłem z telewizją, łącznie z tym, że jak były całe wydania programu, to była to na przykład godzina połączenia. Był z tym kłopot, bo nie ma takiej bezpośredniej interakcji, nie siedzi się z tym człowiekiem obok, nie rozmawia się z nim wprost, jest jakieś drobne techniczne opóźnienie – ale z tym sobie radziłem ze względu na nawyki radiowe – wiedziałem, że nie mogę za wcześnie wejść z odpowiedzią, jak już zacznę odpowiadać, to nie mogę tego przerywać, tylko trzeba już mówić, i tak dalej. Pewnie bym sobie poradził z taką formą, ale jak mówię, to nie jest ta temperatura, i to nie jest to, czego bym chciał doświadczać. Chyba, że już nie będzie innego wyjścia.

Nie pytam czego Panu życzyć, bo Pan powie: ,,żeby kluczy nie zgubić”.

No tak, właśnie sprawdzałem przed chwilą, czy mam w kieszeni. To Andrzej Poniedzielski wymyślił, on mi tego życzył, i ja tego bardzo pilnuję, żeby Andrzeja nie zawieść.

Bardzo Panu dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.