fbpx
Zaznacz stronę

Wędrowne Ptaki (Zbrodnia doskonała)

Kochać to niszczyć,

a być kochanym,

to zostać zniszczonym.”

 Cassandra Clare

Wyspą Ariadny nazwali wzniesienie przy zatoce rozległego jeziora, gdzie stał letniskowy domek, kształtem przypominający chatę na kurzej stopce. Jedyne miejsce na ziemi, gdzie przepełnieni sobą powtarzali:
– Na wyspie wędrowne ptaki nie umierają.
Zwykle spotykali się późnym wieczorem. Dziś… pośrodku dnia.
Zatokę zalewało słońce. Przy pomoście łodzie. Nad nim rybitwy zataczające kręgi, jakby malowane błękitem światła na szklanej tafli powietrza. Zatoka w słońcu wyglądała zupełnie inaczej niż o zmierzchu. Od dziś wszystko miało być inaczej.
Spóźniła się. Odwlekała to, co dojrzewało od tygodni, a stać się musiało. Głęboki oddech. Weszła. Czekał. Pchnęła za sobą drzwi. Automatyczny zamek z delikatnym chrupnięciem zaskoczył otwierając bezpieczną przestrzeń intymności. Wnętrze, zdumiewającą lekkością wypełniał winny, kwiatowy aromat, zabarwiony ziołowymi niuansami. Cicho brzmiała muzyka Cygańskich Gwiazd i Don Vasyla.
Na stole świeca i schłodzona butelka z winnicy Château Cheval Blanc.
Zanurzyła usta w słodkim, niemalże perfumowanym aromacie wina. Nie spuszczali z siebie oczu. Bez słów zsunęła ramiączka sukienki. Spłynęła po nagim ciele, jedwabnym wianuszkiem falban otaczając bose stopy. Podszedł, objął i delikatnie przeniósł na pościel.
Kochali się zmysłowo sycąc delikatnością dotyku, zapachem skóry, płynnością ruchów. Każdym oddechem w sobie zapisując siebie…zapamiętaniem.
Noc wypełniła okna. Leżeli bez ruchu. Po śniadych ciałach przemykał wątły blask świecy.
A między nimi cisza wyjaśniająca wszystko.
Grube krople wosku spływające po dopalającej się świecy ściekały na nenufarową paterę. Zastygały nawarstwiając koronkową bielą. Knot zanurzał się w płynną kleistość. Zgasł kończąc swój czas…ich czas.
Przeniosła wzrok na twarz mężczyzny, którego kochała tak, jak tylko kochać można. Spał. Słyszała rytm pulsującej krwi.
Wstała. Sięgnęła po lampkę wypijając resztę wina. Schłodziło płomień wnętrza, na moment kojąc gorycz rozstania.
Wślizgnęła się w sukienkę. Z butami w dłoniach wyszła na taras.
Na granatowym niebie wzbierała księżycowa powódź. W powietrzu wirowały drobiny deszczu. Pachniały gwiazdami.
Deszcz…jej przyjaciel. Towarzysz smutku i radości. I tym razem nie zawiódł. Był.

Nie spał. Spoglądał zza firanki, kiedy wchodziła w noc. Całym sobą wiedział, że nie może jej zatrzymać. Pochodzili ze znaczących rodów romskich. On z Lowarzy, ona – Polska Roma. Między rodami od lat trwały waśnie. Twarde. Nieprzejednane.
Rodzice zdecydowali o ich przyszłości, zgodnie z zasadami Romanipen.
Dręczyło go poczucie winy. Miłość naznaczyła tę, która była jego światłem, jedynym powodem do życia. Mageripen –  skalana, o jej losie zadecyduje Szero Rrom.
Ciszą wiosennej pełni, pod diademem gwiazdozbioru Korony Północy poumierały wędrowne ptaki.
Zbrodnia nienawiści – zbrodnia doskonała. Nie ma ciała, nie ma zbrodni.

Skip to content