fbpx
Zaznacz stronę

Poezja Marcina Lenartowicza

04/2020

 

Ciszkiem

Kiedy na ten przykład
wchodzę z butami w czyjąś bezsenność.

Krwawi z nosa – rosa –
rozlewa się po dywanie
abstrakcjami lata.

Leżymy na nim, łapiąc ostatni haust odwagi

– bo przecież huk za oknem, huragan
przewracający drzewa na hamak – grunt,
usuwa się nam spod stóp i łamie palce.

Pamiętam, jak przyrzekaliśmy sobie
chwilowość – że za kolejną tęczą, następnym kapslem
może zabraknie nam w końcu tematów do rozmów
o tym, że na ten przykład –

wchodzę z butami w czyjąś samotność i
zgubię któryś.

Ciężkości
Jesteś ośrodkiem, czymkolwiek to pachnie.
Nigdy nie czułem się bardziej obok.
Bardziej wokół ciebie.

A skoro mogę cię okrążyć i nadal cię widzę,
to jaki jest sens uciekać?

Horyzont jest nadal na wyciągnięcie oka,
co jest równoznaczne z obecnością.
Czuję go przez prześwietlenia, przez wzrost,
przez delikatne poruszenia pod podeszwą buta.

Stoję na jednej nodze jak czapla.
W strumieniach pełno jest pstrągów,
czy rybek pstrych kolorami światła.
A skupiam się przecież tylko na jednej
i kłapię dziobem, jak mogę.

Wilgotność powietrza, niewidomy posmak,
to wszystko jest mniej istotne.

Jesteś ośrodkiem, cokolwiek to znaczy,
ale to ja jestem w centrum widzenia.

Światłotoczyć.

odkąd twoje imię
stało się mantrą dla wiatru
częściej wychodzę

zbieram kamienie do kieszeni
by ułożyć z nich mozaikę
na obraz i podobieństwo martwych jabłek

potem schnę

Ziemiomoc.

Odkąd twój głos przypomina
powódź dekady, częściej milknę

– dogasam, schowany
za płaszczem z liści akacji.

Tym częściej,
im bardziej zdaję sobie sprawę,
że to jedynie ułamek

Skip to content