fbpx
Zaznacz stronę

Kodem ciszy

,,… Jak wygląda świat, kiedy życie staje się tęsknotą?
Wygląda papierowo, kruszy się w palcach, rozpada.
Każdy ruch przygląda się sobie,
każda myśl przygląda się sobie,
każde uczucie zaczyna się i nie kończy,
i w końcu sam przedmiot tęsknoty robi się
papierowy i nierzeczywisty.
Tylko tęsknienie jest prawdziwe, uzależnia.”

Olga Tokarczuk

            Budzik made in CCCP zdecydowanie oddzielił sen od jawy. Przyduszony dłonią umilkł o piątej rano. Relikt minionej epoki, a jednocześnie niechciana przez nikogo z rodziny, pamiątka po dziadku. Niezniszczalna „ruska stal” – не гнется, не ломается, бросишь в воду, плыть будет – jak zwykł mawiać dziadek. Lwowiak z krwi i kości rozkochany w radzieckich pieśniach wojskowych chórów.

Wspomnienie na moment podniosło kąciki ust pozorując uśmiech.

Mimo długiego snu czułem zmęczenie. Niepokój narastający miesiącami pochłaniał dobrą energię przebudzenia.

Skąd wyniszczający niedosyt? Wymarzona kobieta, zdrowe dzieciaki. Wypieszczony domek z ogródkiem w idealnej aranżacji, prawie w centrum miasta. Praca, którą kocham. Przyjaciel…Za czym tęsknię? Czego chcę? Czułem się jak dzieciak, który schował coś do jedzenia i mimo głodu boi się sięgnąć do kieszeni.

Zwlokłem się z łóżka. Bose stopy człapały po łazienkowej terakocie.

Odbicie w lustrze smętne. Dwudniowy zarost ostro rysował palce. Wygasłe tęczówki patrzyły pobieżnie, bez głębszego zamyślenia.

Z domu wyszedłem wcześniej niż zwykle z mocnym postanowieniem dotarcia do pracy pieszo, w naiwnej nadziei zgubienia dławiącej melancholii i odnalezienia tego, co istnieje od zawsze, a niezauważalnie zniknęło w religii nienasyconej kieszeni codzienności.

***

            Secesyjny zegar monotonnie przesuwał czas. Iwo cała noc słyszał jego nieustający monolog. Myśli przerywane chwilówkami snu, jak martwe ryba dryfowały w potoku bezsenności.

Luksusowe mieszkanie od dawna przestało być domem. Zamieniło w miejsce, w którym się bywa.

Po wczorajszym „piekle” coś w nim pękło.

Od dawna narastająca konieczność konfrontacji, znalazła ujście. Tak długo kluczył, instynktem uciekając w dodatkowe dyżury. Nie chciał przebudzenia z udawanego snu. Czuł się bezradny ale i bezpieczny, chociaż świadomy pozoru. Z dnia w dzień przepychał problem. A ten pęczniał. Wrzał lawą pod cienką warstwą uników. Niewiele było potrzeba, żeby wybuchł niepohamowaną erupcją agresji.

Iskra, o jedno słowo za dużo i sytuacja wymknęła się spod kontroli. Bezsensowna wymiana wzajemnie niesłuchanych pretensji. Finał… uderzył Mirę. Nie pozostała dłużna. Nigdy wobec siebie nie posunęli się tak daleko. Wówczas przyszło opamiętanie. Świadomość bycia pod ścianą.

Ochłonęli z chomiczego poczucia klaustrofobicznej klatki, domagającego się natychmiastowego uwolnienia. A potem kochali się z dziką namiętnością. Po raz pierwszy od wielu miesięcy.

Czasami ciemna strona objawia więcej niźli światło.

Spojrzał na żonę. Spała głęboko. Opalone udo opalizowało w potoku świtu. Na policzku niewielkie zasinienie. Pokłosie wczorajszej „rozmowy”. Dotknął swojego. Gorąco. Twarz i dłoń piekły upokarzającym wstydem.

Tak dużo wypowiedzianych słów. Na odczepnego złożonych obietnic…ale nie tym razem. Nie tym.

Wreszcie zrozumiał… jedzie na martwym koniu. Pora z niego zsiąść.

Przed wyjściem zajrzał do sypialni syna i córki. Byli już prawie dorośli i tak bardzo odlegli. Tak bardzo obcy.

***

            Dzień umilkł pod grubą warstwą wełnistej materii nocy. Miasto trwało naturalnością dopóty, dopóki nie zgasły ostatnie promienie słońca. Teraz już tylko uliczny blask tak intensywny, że księżyc i gwiazdy zdawały się nic nieznaczącymi odpryskami iluminacji.

Cały dzień szalał porywisty wiatr. Jęczał między betonowymi zwaliskami domów napełniając powietrze przeciągłym skomleniem, by wreszcie ucichnąć w konarach drzew, wciąż jeszcze drgających niepokojem.

Zsunąłem roletę. Syntetyczną granicę pomiędzy życiem miasta  tętniącego zwyczajnością,

a metafizyką nieuchronności śmierci.

Na oddziale niezmiennie ta sama cisza. Niegasnące światła korytarzy. Tylko szarpnięcia respiratorów potwierdzały codzienną walkę o życie pacjentów hospicjum.

Koniec dyżuru. Sięgnąłem po telefon szukając numeru radiotaxi.

Delikatne puknięcie, równoczesne ze skrzypnięciem otwieranych drzwi. Na wysokości klamki ruda czupryna Iwo, anestezjologa. Przyjaciela. Ulubieńca personelu i pacjentów, z jak zawsze szerokim uśmiechem na piegowatej, nieomal kobiecej fizjonomii, dziś promiennie wyluzowanej.

– Skończyłem. Podrzucę cię do domu. Doszły mnie słuchy, że do roboty dybałeś pieszo. Co jest? Ale o tym potem. Opowiesz po drodze – dorzucił zamykając drzwi, bez czekania na jakąkolwiek reakcję. Przez dziurkę od klucza wpadło melodyjne…

– Za dziesięć miinuut, na parkiinguu.

Chwilę później siedzieliśmy w wygodnych fotelach hyundaia. Klimatyzacja utrzymywała przyjazną temperaturę łagodząc zmęczenie po wielogodzinnym dyżurze.

Iwo płynął potokiem słów. Nie sposób skupić uwagi na ich sensie. Mój płat czołowy wyłączył funkcję koncentracji, zezwalając jedynie na cykliczne… ychyyy… w rzadkich chwilach ciszy, przeznaczonej na uzupełnienie powietrza w tłokach nieustannie pracujących płuc przyjaciela.

Myślą powracałem do obrazu pacjentki, od pół roku w komie, skutkiem rozlanego uszkodzenia systemu nerwowego w przebiegu zatrucia. Siedemnaście lat. Zawiedziona miłość. Jakieś przeterminowane psychotropy zalegające w łazienkowej szafce. Alkohol. Rodzice w delegacji…et sic porro. Głód życia walczył ze śmiercią. Filigranowe ciało nikło pod okrywającym je prześcieradłem. Szanse… znikome. Dziś się wybudziła. Cud niepojęty dla rzemieślnika medycyny.

To był dobry dyżur.

Wjeżdżamy na główną. Prawie pustą. Gdzieniegdzie przemykający ludzie – duchy znikające w czeluściach sennych korytarzy Hadesów.

W ciszę myśli wniknęło wyrwane z kontekstu zdanie Iwo:

– …a z Mirą dogadaliśmy się wreszcie? Obiecałem sobie i jej…wszystko się zmieni. Muszę wreszcie poukładać, co ważne. Poukładam. Nadrobię stracony czas. Odzyskam dzieci, rodzinę. Od teraz wszystko…

– …Ychyyy…. przytaknąłem zerkając na zegarek. 23:30.

Wróciłem w siebie, w zwolnionym tempie rejestrując rzeczywistość niewidzącym patrzeniem. Samochód pokonywał skrzyżowania mieszcząc się w czasie, bez konieczności oczekiwania na zielone. Jeszcze kilka przecznic i…z podporządkowanej wypadł tir. Wychodząc z łuku zatoczył bezwładnym cielskiem. Na moment złapał równowagę i zarzucając naczepą parł prosto w nasz pas ruchu. W nieuniknione.

Przednia szyba hyundaia napełniała się ogromniejącą metaliczną masą. Światła zalewały oczy oślepiając boleśnie. Nie istniało nic prócz halogenowej ciemności.

Jedno pstryknięci losu i wszystko gaśnie. Pozostają dwa elementy: kabina samochodu i potęga tira, oddzielone kruchą taflą czołowej szyby. A ta, jakby chcąc odwlec moment konfrontacji, zasysała do wewnątrz. Mikrosekundy mijały. Kątem oka spojrzałem w twarz Iwo, skupioną, napiętą do granic możliwości.

Zaskoczenie. Niedowierzanie. Poruszał ustami. Nie chwytałem słów zatrzymanych dźwiękoszczelną granicą warg.

Dłonie zaciśnięte na kierownicy szukały możliwości ratunku, próbując zejść z linii zderzenia czołowego.

Nie mogłem nic zrobić. Nic. Kompletnie nic. Wszechobecna, paraliżująca niemoc.

Powietrze gęstniało płodząc nieznane mi cząstki elementarne tworzące nowe kanały odczuć. Sączyło dodatkową ilość tlenu o nieokreślonych właściwościach. Oklejało ciało. Nie umysł. Ten pracował precyzyjnie rejestrując następujące po sobie zdarzenia.

Czas zwolnił. Stanął przerażeniem obserwatora.

Wpatrzony w szybę mierzyłem odległość zbliżającej się śmierci. Falowała, przelewała niematerialną materią, układając zarys przypominający gałkę oczną. Elipsowatą wypełnioną szarością, z przeźroczystą czernią źrenicy otoczonej wąską aurą o barwie, której nie potrafiłem nazwać. Wybiegała z obrzeży mieniąc opalizującą paletą płócien Beksińskiego. Oko-twarz. Halucynacja adrenaliny, czy wciąż niepoznana zdolność mózgu ujawniająca się w ekstremalnych okolicznościach?

Formalina niebywałego spokoju wnikała w każdą komórkę wprowadzając ciało w stan nieważkości. Oddzielenia materii od energii niedoświadczonej nigdy przedtem.

Znałem śmierć. Codziennie widziałem jej plecy nachylone nad szpitalnym łóżkiem. Po raz pierwszy ujrzałem twarz. Milcząco otwartą na to, co się działo. Ona i ja w oczekiwaniu na decyzję ciągu dalszego, nieznanego obojgu.

Patrzyła pełnią komplementarności. Perfekcyjnej jedność początku, środka i końca w kodzie Boga, Natury, Przeznaczenia. Pewnością bezpieczeństwa, spokoju w ich najszerszym znaczeniu.

Kabina hyundaia przybrała kształt łożyska. Liczby Fi w boskim alfabecie. Przesłania stanowiącego niezbity dowód na istnienie cząstki Stwórcy w każdej komórce monolitu wszechświata. Kodem zapisanym w początkach życia, lecz dopiero teraz zauważalnym dla mnie. Pojąłem pełnię więzi współczesnej wiedzy, hebrajskiego alfabetu, starożytnego żywiołu praw natury we wzajemnym ciągu logicznie uzupełniających się pierwiastków inteligencji. W zasadzie jedności łączącej każdy żywy organizm z energią Stwórcy, zapisaną w DNA istnienia – bez związku z wyznaniem, poglądami, kulturą, polityką.

Iwo odbił w prawo przenosząc ciężar uderzenia na swoją stronę.

Huk przeciągły, ostry, z którego wybucha przeznaczenie.
Poduszki powietrzne nie wybuchły. Napinacze pasów bezpieczeństwa wycisnęły z płuc oddech.

Krzyk wybiegający poza pasmo mowy ludzkiej, rozdzierający metal, powietrze, ciało. Ostatecznie, bezpowrotnie, nienaprawialnie. A we mnie spokój wprost proporcjonalny. Zwalniający z konieczności oddechu. Konsystencją wygaszający myśli poprzerastane cieniami. Bez zapachu, kształtu, barwy.

Lekkość włączona w obecność chwili.

Ciemność. Pamięć spokoju, lepkiej substancji, do której przywarł czas.

Przebłysk świadomości spowodowany uciskiem kołnierza ortopedycznego. W ukosie spojrzenia profil twarzy Iwo z niedokończonym słowem, uwięzłym w odległych oczach.

W pajęczynie wyświetlacza tablicy rozdzielczej martwy zegar… dwudziesta czwarta.

***

Pulsujące światła erki. Szpitalna biel.

Czas ruszył od nowa. Tylko dla mnie. We mnie. Spokojem – katalizatorem. Drogą energii potrzeby zrozumienia istniejącej od zawsze, a niezauważalnie zagubionej w religii nienasyconej codzienności. Zagubionej, a odnalezionej w kodzie ciszy kabiny hyundaia, między życiem a śmiercią,  między krzykiem a ciszą.

Życie – desygnat znaków zapytania. Architekt odpowiedzi w denotacji subiektywnie postrzeganej rzeczywistości potrzeb. Źródło bez przyczyny uzasadniającej zasypywanie nurtu gruzem uników. Absurdem trwania w ramach udawanego snu, z nieustannie przesuwaną godziną przebudzenia.

Wszedłem w nowo otwarte, w teraz.

Dar kwadransa na poszukanie odpowiedzi? Na sensowny, niewyniszczający spór o świadomość, wiedzę ukrytą w każdej tkance oddechu?

Miasto powracało w sen. Turecki księżyc schematycznym uśmiechem kołysał obojętną dekorację nocy, nie burząc biegu naturalnej potrzeby odpoczynku… primum non nocere.

 

Skip to content