fbpx

Opuszkiem

Głowa ça vai palec prawej ręki, reszta ciała L nie czuła. L kontrolował swój świat przesuwając palec po ekranie telefonu dotykowego. Byłam częścią tego świata. Ujęcia z kamer, umieszczonych przed domem, w garażu, w każdym pomieszczeniu, przekazywały obrazy do podręcznego aparatu, z którym L się nie rozstawał. Kiedy znikałam z jego rzeczywistego pola widzenia, mógł sprawdzić co robię. Z ukrytych  w domu głośników otrzymywał odpowiedź na prawie każde pytanie . Pytał o godzinę, pogodę, znane postacie, o wszystko, czego potrzebował. Nie używał książek. Na jego głos otwierały się drzwi, okiennice, zapalało i gasiło światło. L był panem siebie u siebie. L był moim panem, myślałam po wykonaniu swojej pracy, kładąc się na luksusowym łożu w wielkim pokoju z podgrzewaną podłogą. Za ścianą była moja łazienka. Kiedy skarżyłam się na ciepło, zimno, L sprawdzał na ekraniku temperaturę w pokoju. Obniżał ją, podwyższał. Zasypiałam na przeciwko kamery z wieczną, czerwoną lampką.  Byłam bohaterką naszego filmu ,,Je suis comme je suis” lub kolejnego ,,Tanga” według Mrożka, reżyser Wilde doceniłby najtrudniejszą sztukę, naturalność. Zastępowałam wszystkich potrzebnych aktorów z wyjątkiem chłopca wchodzącego przez okno za piłką. Ten był gospodarzem, małym L. Gdy zobaczył pająka na wycieraczce, wszedł do domu przez okno. Najpierw przerzucił piłkę przez wybitą szybę.

Złe i dobre oko Szeptuchy

Przed wizytą wiedźmy Szeptuchy zaczęłam czytać poradnik dla początkujących magów: Bez emocji magia nie istnieje. Ekscytowały nas, mnie i L informacje o nieznajomej: miała znać mowę zwierząt i duchów, święte języki: adamowy i anielski. Mówiono, że posiada energię kosmiczną przenikającą drzewa i ludzi, wszystkie istoty żyjące. Potrafiła likwidować blokady w mózgu, uwalniać marzenia. Zaklejona koperta z imieniem wróżki była ekwiwalentem za przejęcie od niej odrobiny, na początek,  kosmicznej mocy. Wysłano mnie po złotą babę na ulicę. Jasnowidzka nie mogła znaleźć adresu. W końcu zaparkowała, w tym samym miejscu, gdzie wcześniej stał samochód przyjmowanej przeze mnie i odprowadzanej do drzwi prostytutki. Obydwie miały podoby, marszowy chód business woman.
– Pani jest mamą L?
– Nie. Opiekunką.
– Niech zgadnę, Rosjanka?
– Nie, Polka.
– Dziękuję za pilotowanie mnie. Małe miasteczko, ale się pogubiłam.
– Nie szkodzi, nie ma tego złego…przewietrzyłam się trochę.
– Dobrze się skończyło, pracuję dzisiaj do nocy.
– Tylu klientów?
– O, niech pani popatrzy, dwie strony adresów na dzisiaj.
Wprowadziłam wróżkę do domu L.
– Zostawię was samych.
Powiedziałam i wyszłam na spacer. Wróciłam pod koniec seansu. Kobieta nie przerywała pracy. Słodkim głosem do bezwolnie oddanego L, tego samego, który kontrolował każdy kąt w swoim domu, mówiła: Zamknij oczy, odetnij swoją głowę od ciała, przyklej ją, teraz ręce, odetnij i przyklej, nogi. Siedzący nieruchomo z wyciągniętymi na podnóżkach wózka kończynami L odpowiadał: odcięte, przyklejone, odcięte, przyklejone. L pracował jak Rodin, myślałam, który stojąc naprzeciwko aktu młodego mężczyzny decydował o destrukcji własnego dzieła, glinianego studium sylwetki. Wyrzeźbił postać, by oderwać od ulepionego karku główkę, ręce, pozostawić ostatecznie nogi unoszące kadłub.
– Masz nowe, niewidzialne ręce, głowę, nogi, które kroczą. Jesteś kroczącym. Zatrzymaj się. Teraz zamieniasz się w drzewo. Wpuszczasz korzenie głęboko w ziemię, czujesz to. Tak. Ręce, podnosisz je, to gałęzie, przebijasz nimi niebo, dochodzisz do gwiazd. Kiedy jasnowidzka mówiła: Jesteś w centrum Uniwersum, do domu wszedł pielęgniarz, by oczyścić pęcherz i jelita L.
L poprosił mnie o przekazenie wróżce zaklejonej koperty, którą wsunęłam mu rano pod nieruchomą dłoń.

Czworooki (le globe oculaire gonflé)

Główki jeźdźców z Tel Motza i Qeiyafa,jedna do drugiej podobna. Różnią się ilością oczu, parą lub dwóch. Wytrzeszczone gałki patrzą na świat czarnymi źrenicami, otworkami w kulkach gliny. Należały do mężczyzn cierpiących na mnogie widzenie. Był to  kult istoty kontrolującej rzeczywistość w sposób nadprzyrodzony, mówiła profesor, kogoś z ,,dobrym okiem” lub ,,złym”. Podniosiła przy tym główki (sprzed około trzech tysięcy lat) trzymając je między kciukiem a palcem wskazujacym.
– Czworooki z rodziny czworookowatych?
– Hm.
– Odnosi się do rybek o podwójnych oczach. Potrafią patrzeć w niebo i w kierunku dna.
– Mają szczęście, my widzimy dopiero po przekopaniu ziemi.
Stałyśmy pod autostradą wspartą na filarach przebijających kilka warstw posadzki.

Żółty trójkąt patrzy

Tychy. Głowa Boga była bezbronna, pokryta kurzem z pobliskich kopalni traciła wyraźne rysy i kolor. Stawała się szara jak sylwetki tyskich górników wsiadających w nocy do pociągu. Wymalowana na suficie kościoła głowa starca miała absulutną władzę nade mną. To Bóg, usłyszałam jako dziecko. Przebił górną cześcią ciała żółty trójkąt, wyciągał do mnie ramiona. Kiedyś tam mnie zabierze, do żółtego trójkąta z wielkim okiem, myślałam. Będę tam wysoko pod dachem, na strychu, pomyślałam, gdzie myśli wszystkich ludzi.  Jakoś się układało do chwili, kiedy pod Bogiem ustawiono rusztowanie, żeby oczyścić mury kościoła z brudu. Warstwa farby z łatwością odchodziła od tynku. Starzec zamienił się w kurz. Wyznaczono  w kościele bezpieczne miejsca do modlitwy, to pod trójkątem mogło pobrudzić odświętne ubrania. Bóg ustąpił czystości. Sprowadzono z Niemiec najlepsze farby, zamówiono malarza. Ten coś tam wymalował, nie to.

Kefaloforia pseudoskorpiona,  skorpionka, zaleszczotka.

Odcięłam nożyczkami głowę uzbrojoną w  szczypce. Należała do trzymilitrowego zjadacza słodkiej celulozy. Nie zauważyłam maleństwa, które doczekało się w książkach ludzkich rozmiarów. Portretów w niczym nieprzypominających pajęczaka. Patrzyłam na robaka, jak na aktorkę zjadaną przez kanibala (zaczął od głowy). Artysta kinowy z Ghany wymalował ją na płótnie obok kosmity. Dokładniej jego maski, której model z lateksu reżyser “Bad Taste” upiekł w piekarniku swojej matki, akcję umieścił w fikcyjnym miasteczku Kaihoro (słowo po maoryjsku dla jednych oznacza obżarstwo, dla innych terrostę).