fbpx
Zaznacz stronę

Bez jednej ręki

(życiowy dramat w trzech aktach)
(na podstawie tomiku: „Wiersze pisane lewą ręką”)
[fragmenty]

Osoby:
SARA
PODŚWIADOMOŚĆ SARY (KOBIETA W BIELI)
MARTWY PARTNER SARY (MĘŻCZYZNA W CZERNI)
ŻYWY PARTNER SARY
UPRZEJMA PANI DOKTOR
LEKARZ NA SALI OPERACYJNEJ
PSEUDOPOETA – (DIALOGI I MONOLOGI MIĘDZYAKTOWE)
JANUSZ – (DIALOGI I MONOLOGI MIĘDZYAKTOWE)
HALINA (DIALOGI I MONOLOGI MIĘDZYAKTOWE)

AKT I
SCENA 1.
PRZERWA W STERYLNOŚCI

Przy stole siedzą trzy kobiety. Jedna z nich (Sara) ma prawą rękę w gipsie. Obok niej ubrana na biało kobieta. Na stole laptop. Kobieta palcami lewej ręki wystukuje wprowadzany do komputera tekst. Przerywa czynność po to, żeby napić się kilku łyków herbaty i przeczytać to, co do tej pory udało się jej napisać:
Wszystko zaczęło się od przerwy w sterylności. Najpierw zostałam odłączona od świata
podziemnych rur. Wciąż chodzę brudna. Przyjmuję niedomyte pokarmy. Nie chce się nawet
zwilżyć szczoteczki do zębów. To już prawie tydzień, a ja coraz bardziej oblepiona jestem
niewidoczną ziemią, której nie mogę zmyć źródlaną, mineralną, lekko gazowaną, wodą z
plastikowej butelki, której każdą kroplę przyszło mi teraz liczyć.
I znów kolejna sałatka ląduje w koszu. Bo jeść się nie chce, kiedy w kranie zakazana ciecz,
pełna nieznanych bakterii, która nie chce przemienić się w wino, ani w czystą wodę.
Wczoraj Sanepid pobrał próbki. Dziś czekam na werdykt, jak Noe na koniec ulewy. Piłam
skażoną wodę, więc pewnie zatruły się moje myśli. A skoro zatruły się myśli, to przyciągnęłam
sobie, to co przyciągnęłam. Bo czarne myśli przyciągają mrok, a jasne – światło.
(czyta na głos)
SARA
(do siebie): Nie, nie, przecież to nie przez ten cholerny brak wody w kranie! Wszystko zaczęło się od odwiedzin u krewnych. Nie lubię do nich przychodzić. Zawsze ktoś mnie pyta o zapałki. W dodatku ten cały jarmark ze sprzedawanymi obwarzankami i tyle świec. Nie lubię kupować kwiatów przesiąkniętych wonią świeczek i gnijących liści. Na marmurowym błyszczącym blacie ktoś ułożył kasztanowe serce. Wyglądało piękniej niż gdyby stał tu pozłacany pomnik. Pierwszy listopad – Wasze i moje Powstanie. Tu i ówdzie rozsypują się groby, pośród których granitowe mercedesy szczerzą zęby rzędem świec. Wśród nich rozgadani jak na jarmarku żywi kupują dwumetrowe znicze i pęta dmuchanych obwarzanków w gratisie z bezglutenową colą light. Żywi dziś umierają wchodząc w skórę i kości swoich najbliższych. A my z westchnieniem ulgi przekręcamy klucze w zamkach swoich domów. Ciepłych, bezpiecznych, jakby śmierć nie miała tu wstępu…

SCENA 2.

Sara usiłuje umyć zęby. Jedno oko umalowane, na drugim niedokończony makijaż. Gips na prawej ręce skutecznie uniemożliwia jej tę czynność.
Kobieta różnymi sposobami bezskutecznie próbuje odkręcić pastę do zębów. W końcu siada na krześle, pastę wkłada między kolana, zgina głowę. Zębami odkręca korek, który wypluwa na podłogę. Potem lewą ręką kładzie szczoteczkę na stole, lewą ręką sięga po odkręconą szczoteczkę. Wyciska pastę i myje zęby. Potem mówi do kobiety ubranej na biało:
Kolejny dzień wkręcam się w wir czynności, których uczę się jak dorosłe dziecko.
Właśnie zostałam zgięta przez zakręcony korek pasty do zębów trzymany między kolanami.
W tej pozycji doświadczyłam wyprostowania poglądów egzystencjalnych, wspominając podsłuchaną przedwczoraj rozmowę telefoniczną:
– jest dobrze
ponieważ żyję
a więc jest dobrze…
Potem dotykam przyprószonej gipsem skóry, jakbym chciała zetrzeć z niej ślad bytności w czyśćcu, w którym spleciono drutem kostki mojego nadgarstka. Biorę zakręt w stronę apteczki, mieszając przekleństwa z oddechem sprzed operacji. I koślawię się coraz bardziej, po przegranych zapasach z tabletką pyralginy max na silny ból, uwięzioną w czerwonym jak moje palce pudełku, do którego klucz odlano na wymiar prawej złamanej ręki. Wykręca mnie aż do granic własnego krętactwa, kiedy słyszę przed lustrem, że tak mnie musiało zwichnąć i zrolować, żebym mogła poodkręcać swoje życie.
PODŚWIADOMOŚĆ SARY: Stało się tak, ponieważ permanentnie zbyt zajęta sobą w czasie przyszłym, nie dostrzegałaś przyklejonych do szyb kolorowych motyli.
SARA: Zanurzona w przeszłości uczę się sterować tonącym okrętem, na którym wrogowie zdejmują maski, a przyjaciele wyją do księżyca, chowając się w zgrzytającej piaskiem ciszy.
Jestem nowa w starym ciele, jednocześnie stara w nowym.
PODŚWIADOMOŚĆ SARY: W domu powinien być pokój.
Nawet trzy pokoje.
A w każdym z nich spokój.
Odrodzisz się w twoich bliskich jak feniks, kiedy odchudzona z ważności przybierzesz na wadze.
SARA: Chciałabym wierzyć, że tak będzie. Ale myślę, że….
PODŚWIADOMOŚĆ SARY: Nie słuchaj tej wyblakłej pudernicy, jaką jestem.
Mam rozdwojenie jaźni. Jest we mnie biel i czerń. Biel to ja. Czerń to nadświadomość. Ona mi mówi, że nic się nie zmieni. On pragnął kobiet bez ust, nie licząc warg pomiędzy udami (ale tymi nie wszystko da się wyjęczeć). Chciał, żeby gosposie zostawiały na jego plecach czerwone szlaki malinowych błyszczyków, a żony kołysały synów ciążami bez brzuchów. Jego ślubna miała pozwalać, żeby noc obnażała jej kapiące mlekiem piersi, a świt przepasywał biodra tiulowymi koronkami. Tymczasem kobiety prasują zmarszczki zraszane zmęczeniem. Dobrze, że on nie żyje. Czekałby cię taki właśnie los.
SARA: Nie masz racji. Po wypadku uświadomiłam sobie, że to moje ego chciało mnie zabić.
Wyrosło na moich plecach jak garb, a potem obrosło duszę, jak liście winorośli. Zrozumiałam to na sali operacyjnej. Byłam przytomna, ale dostałam znieczulenie miejscowe do prawej ręki.
I tam właśnie było kłębowisko ego. Jego mózg był w mojej ręce. Jestem tego pewna, bo na stole operacyjnym przestałam słyszeć jego podszepty i karcący głos. Nie było niczego. Tylko lampy, nagły brak fizycznego i psychicznego bólu. Błogość. Myślałam, że ono umarło. Bo nie odzywało się do mnie przez dwa dni. Trzeciego dnia zmartwychwstało. Na początku było to nieśmiałe kłucie w głowie, a potem wybuchło jak grzyb atomowy ze zdwojoną energią. Ale już mniej się bo boję. Boję się go mniej o te dwa dni.



Skip to content