fbpx

Puste mieszkanie

– Wieczny odpoczynek racz jej dać Panie…  rozlega się śpiew księdza po cmentarzu. 
Ma mikrofon, więc jego modlitwy, głośne modlitwy, zagłuszają płacz dzieci i rodziny. Szepczą sąsiadki, niezbyt pilnie uczestniczące w ceremonii.
– Taka młoda… co teraz z nimi będzie? 
– Tak ciężko mieli… a teraz… – słychać strzępy rozmowy.
Stoją przy grobie i płaczą. Chowają matkę, najważniejszą osobę w ich życiu. 43 lata i… już odeszła do królestwa Pana. Chorowała, niedługo chorowała…i żeby  tak już… Nikt nie miał o tym pojęcia. Jej śmierć była zaskoczeniem. Mąż to i owszem, rencista, który stale bywał w szpitalach, miał operacje, zabiegi, jeździł do  sanatoriów. Ale ona? Nie podobna…
Piękny, upalny dzień, a ona do grobu. Dzieci zamiast bawić się gdzieś nad wodą, czuwały przy matce, bo na ojca nie mogły liczyć. 
Ola da sobie jakoś radę, ale Grzegorz… 
Tyle pytań, tyle trudnych spraw, a oni nad grobem ronią łzy i  już tęsknią za matką .
Spotkanie rodziny, wymiana zdań, wspomnień, telefonów, tak dawno nie byli razem. Gorący rosół, tradycyjnie schabowy, parę ciastek i…. czas do domu.

* * *

Jakże pusto i głucho jest bez niej. Taka mała, drobna, a tak wypełniała im to sześćdziesięcioczterometrowe mieszkanie. Teraz pod nr 17 słychać tylko płacz. Przychodzą ciotki, doradzają, pomagają, ale cóż z tego, jak jej nie ma. Wtedy, gdy żyła i potrzebowała pomocy, mało kto przychodził, mało kto się interesował, że brakuje na leki, na jedzenie. Pod koniec, gdy nie mieli na morfinę, sąsiedzi się składali, by nie cierpiała. U nich bieda miała swoje stałe miejsce. Nie chciała ich opuścić. Ojciec wiecznie chory, w szpitalach, brakowało wszystkiego i na wszystko. Dobrze, że gmina dokładała im do mieszkania, to choć ciepło było i znośnie. 
– Zjeść można byle co, ważne, że ciepło, i spać jest na czym – tak mawiał ich ojciec, i tym się zadowalał. 
Mieszkali skromnie, ale czysto, i w garnku choć najczęściej tylko w jednym, zawsze coś tam się warzyło. Staranna to była kobieta i oszczędna. Czasami dostała coś od sąsiadki, czasami rodzina przyniosła. I tak lata leciały. 
Dzieci rosły, to i potrzeby wzrastały, a wszystko na jej głowie. Tak więc rwała sobie z niej włosy, aż z tej troski w chorobę wpadła. Nie dość, że mąż chorował, to teraz i ona. Na leki nie było, na zastrzyki również, a z tym nie ma żartów. W końcu  śmierć zapukała w te skromne progi, a tuż po niej, chętni na ich mieszkanie.
Otworzyła Oleńka.
– Dzień dobry, czy jest tatuś? – powiedziała miło pani sąsiadka stojąca z mężem przed ich drzwiami.
– Tak, proszę…
Weszli do środka. Na początku rozmowa się nie kleiła. Pani zaproponowała:
– Może byśmy tak zamienili się na mieszkania? Teraz mniej was jest, to  chyba niepotrzebne wam takie duże. 
Nawet się ucieszyli, bo faktycznie i niższe koszty utrzymania i mniej do sprzątania.
Rozmawiali, umawiali się, ale stanęło na niczym. 
Państwo Berdasińscy jeszcze za życia gospodyni zalegali z czynszem, tak więc, gdy koło zaczęło się toczyć, chcieli wykupić mieszkanie i w tym celu poszli do administratora, próbując coś wskórać. Berdasińscy  pisali listy z prośbą o rozłożenie na raty zadłużenia, ale nic to nie dawało. 
Kiedy tylko nadarzyła się okazja sprzedania mieszkania, właściciel chciał z niej skorzystać.
Poczyniono pierwsze kroki w tym kierunku. Berdasińskich wysiedlono nie bacząc na to, że dzieci, że  żal, że żałoba…
Sąsiedzi cieszyli się, bo przecież zadłużenie rosło, a tu trzeba płacić za wszystko…

* * *

To nowe mieszkanie nie było takie złe, dwa duże pokoje, kuchnia i łazienka, ale… No właśnie, to ale. Nie było tam centralnego ogrzewania, tylko piece. Człowiek tak chory jak Berdasiński…
Czasami napalili, czasami nie mieli czym… Młody, zdrowy wszedłby pod kołdrę i już było by dobrze; ale choremu, to tylko ciepło się marzy. Zaczęły się kłopoty z oddychaniem, ciągły kaszel i przeziębienia.
Dzieci robiły, co mogły. Syn czasami gdzieś coś zarobił, aby pomóc w utrzymaniu domu. 
W międzyczasie ojciec znalazł ,,dobry” sposób na zimno. 
– Chodź stary, rozgrzejemy się trochę – usłyszał któregoś dnia za plecami, gdy dźwigał do domu pozbierane w pobliskim parku drewienka.
– Dzięki, ale muszę najpierw napalić w piecu, bo Ola przyjdzie ze szkoły, a mróz dziś nie z tej ziemi.
– Jak przyjdzie, to poczeka, a ty nie będziesz przecież siedział ze mną godzinami. Łykniemy małe co nieco, i do domu.
– Masz rację sąsiedzie, zaraz przyjdę.
Już nie napalił, położył drwa na podłodze przy piecu, i poszedł do sąsiada, żeby tam rozgrzewać się od wewnątrz.
To rozgrzewanie stało się z czasem codziennym rytuałem. Doszło do tego, że zabierał pieniądze z renty rodzinnej, te nędzne pieniądze, których przecież wciąż brakowało. Dzieci chodziły głodne, stale chorowały, a w domu było bardzo zimno. On sam chodził jak cień. Bywało i tak, że chcąc coś zjeść Oleńka wygrzebywała z portfela ojca (gdy ten zasnął) jakieś grosze, i szła do sklepu po jedno jajko lub pół chleba.
– Ja już tego nie wytrzymam dłużej – skarżyła się dziewczynka ciotce. 
– Ojciec jest nie do wytrzymania. Mało, że się upija, i przepija nasze ostatnie pieniądze, to jeszcze robi nam awantury.
– Dziecko, dziecko moje… Jak chcesz, to przyjdź do mnie. Poradzimy jakoś. Mam małą rentę, ale jakoś to będzie.
– Nie ciociu, nie mogę. W ten sposób, to ojciec całkiem by się wykończył.                  Grzegorz  jest już po przysiędze, to będzie nas częściej odwiedzał.
– No jak chcesz, ale pamiętaj, że zawsze możesz przyjść.
– Tak wiem, dziękuję ciociu. Yyyy! Ale późno, zasiedziałam się. Muszę już iść. Dobranoc.
– Dobranoc dziecko, dobranoc.

* * *

– Cześć Oleńka, dawno cię nie widziałam – usłyszała za plecami miły głosik koleżanki z bloku, w którym wcześniej mieszkała.
– Cześć! Co u ciebie? Nic się nie zmieniłaś.
– Wszystko w porządku. A u ciebie? Co ty tak na czarno? Przecież żałoba po mamie już się skończyła.
– Tak, ale ojciec nie żyje.
– Oj, nic nie wiedziałam, przepraszam… No tak…. Kiedy to się stało?
– Tydzień temu.
– O! Moja kochana! Objęła ją mocno i przytuliła do siebie.
– Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć. Przychodź, kiedy zechcesz.
– Dziękuję – odpowiedziała ze łzami w oczach, wyraźnie wzruszona.
– A co u ciebie, u was? Zdrowi jesteście? 
– Tak, dziękuję – odparła koleżanka zdawkowo, jakby mając wyrzuty, że u niej wszystko w porządku. 
– Przyjdź, pogadamy, powspominamy…
– Może kiedyś, jeszcze nie teraz.
– Szkoda, że musieliście się wyprowadzić, tęsknię za wami, za tobą, tyle lat razem.
– Musieliśmy… Mnie też tęskno za tamtym miejscem. Zostawiłam tam wszystko…
– Tak. Zostawiłaś bardzo wiele.
– Przepraszam Basieńko, ale muszę już lecieć, zaraz mam autobus. Do zobaczenia.
– Rozumiem. Pa… i pamiętaj o moim zaproszeniu.
– Tak, będę pamiętała, kiedyś zajrzę.
Odeszła szybkim krokiem w stronę schodów, które prowadziły do tunelu dworcowego. Nagle usłyszała wołanie koleżanki:
– Ola, Oleńka!
Odwróciła się w jej stronę, a tamta krzyknęła:
– Wasze mieszkanie nadal jest puste, stoi puste…

W oczach dziewczyny zabłysnęły łzy.