fbpx

Na skrzydłach nocy

To był zwykły dzień. Jesienny. Składał się z prostych myśli i prostych słów. Otulał codziennością. Bezpiecznie szło się przez ten dzień. Zwyczajny. Prosty. Właśnie w taki dzień pojawiła się ona. Zbliżał się zmierzch. A ja zmierzałam ku swojej przystani.  Stanęła w moim spojrzeniu zalotna i wyzywająca. Na chwilę spotkały się nasze oczy. Minęłam ją pospiesznie. Poczułam niepokój. Ale było już za późno dla mnie. Zabrałam ją ze sobą. W swojej głowie zabrałam. Uczepiła się moich myśli. Cokolwiek robiłam, ona tam była z tym swoim ironicznym uśmiechem, z tym prowokacyjnym spojrzeniem. Łaziła za mną. Łaziła kłując w oczy strojem. Cała tęczowa. Na nic się zdały próby wyrzucenia jej z myśli. Na nic słowa kpiące i wzgardliwe. Była. Po prostu była. Im bardziej chciałam ją wyrzucić, tym mocniej czepiała się moich oczu. W końcu pojawiła się we śnie. Moje zwykłe dni pierzchły. Odtąd w napięciu, w wyczekiwaniu, w przeganianiu jej… upływały moje dni. Nie wiedząc czemu i kiedy, zaczęłam poszukiwać jej, wypatrywać. Zdałam sobie sprawę, że nogi same prowadzą mnie tam, gdzie ją ujrzałam. Ale choć była we mnie, choć zawładnęła mną i moim światem, nie było jej tam, gdzie spodziewałam się ją znaleźć. Stałam tam i czekałam. Moje marzenia się zmieniły. O nie! Nie! Nie marzyłam o niej. Marzyłam o zwykłym dniu. O myślach rozpościerających się prostotą, spokojem. I o nudzie. Nie wiedziałam jeszcze tego, że takie dni są dla mnie na zawsze stracone. Przestałam wierzyć, że ją spotkam. Moje dni zionęły rozgoryczeniem i rezygnacją. Może też wściekłością na samą siebie. Na nią wściekła byłam za to, że pojawiła się na mojej drodze. Przeklinałam. Lecz nie ulżyło mi. Wymogłam na sobie obietnicę, że nie będę już jej szukać, wypatrywać, myśleć o niej. I o ile łatwo było zrezygnować z poszukiwań, o tyle trudniej było nie wypatrywać jej. A  wyrzucenie z myśli… temu już nie wiedziałam, jak zaradzić. Znajomi zaczęli wreszcie dostrzegać zmiany w moim zachowaniu.  Pytali: jedni z troski, inni ze zwykłej ludzkiej  ciekawości. Pytania…  Drażniła mnie prostota tych pytań i ta zwykła jednofalowość ich myślenia.  Wydali mi się nagle nudni i zwyczajni. Nieciekawi. Burczałam więc pod nosem  jakieś monosylaby w odpowiedzi, i odchodziłam. 

Zabrałam się za wymyślanie różnych potraw, w większości niestety chybionych, niesmacznych, można by nawet rzec, że ohydnych. Wszystko to lądowało w koszu. Niezjadliwe. Ale przynajmniej miałam zajęty czas. I mogłam skupić się na frustracjach kulinarnych. W pracy zmuszałam się do maksymalnego wysiłku, a na studiach do maksymalnej koncentracji. Ucząc się z całych sił, skupiałam uwagę na treści. Powoli odzyskiwałam spokój. Tak myślałam. Tak mi się wydawało. Gdy jednak zmęczona dniem wypełnionym zapominaniem o niej, kładłam się do snu, ona zjawiała się z tym swoim kpiącym spojrzeniem, ironicznym uśmieszkiem, kolorowa jak pisanka. Miałam wrażenie, że naśmiewa się ze mnie. Z mojego życia. Z mojego wysiłku. Z mojej szarzyzny. Zamykałam oczy i widziałam ją wystrojoną w kolorowy strój, z makijażem starannym, perfekcyjnym. Mieniła się barwami, odcieniami. Zazdrościłam jej. Zazdrościłam jej odwagi. Nie wyobrażałam sobie siebie  takiej. Nie lubiłam  rzucać się w oczy. Ubrania kupowałam klasyczne w bezpiecznych, stonowanych kolorach. W mojej szafie królowały: garnitury, garsonki, szarości, granaty i brązy. Makijażu w ogóle nie robiłam. Długie blond włosy upinałam w kok. Nie farbowałam. A ona w tej swojej zwiewnej, przezroczystej, tęczowej sukience. Z tą czupryną roztrzepanych loków mieniących się odcieniami od wiśni po róż. I to spojrzenie spod długich, gęstych rzęs grubo wymalowanych. To spojrzenie przydymione, a zarazem błyszczące. I usta spływające kolorem fuksji. 

Pewnego ranka po przebudzeniu stwierdziłam, że jeśli tak dalej będzie, to nie mam wyboru i  muszę rozpocząć terapię. Ja, która słynęłam z uporządkowanego stylu życia, ładu, spokoju i racjonalizmu. Sama nie poznawałam siebie. Byłam jak odurzona. Otumaniona. Ubezwłasnowolniona. Sama sobie zaleciłam wizytę u psychologa. Odwlekałam ją jednak. Wzbraniałam się. Z prostego powodu. Nie wiedziałam, jak przedstawić swój problem. Usiądę, i co powiem?! No… właśnie… Przecież to śmieszne… Głupie… Błahe… Miałam świadomość tego…. Wiele mogłam zracjonalizować… ale nie to. A to był taki zwykły dzień. Dobiegał  mety. I tuż przed nią musiała akurat stanąć ona. I została. Odtąd wszystko już było inaczej. Przypominała kolorowego motyla, pięknego motyla. Chwilę. Moment. Mgnienie. Smugę światłocienia. Stanęła w spojrzeniu, i choć zaraz jej nie było, to jednak została. We mnie została. 

Zbliżało się lato. Wraz z nim sesja egzaminacyjna i także kres mojej pracy. Umowa dobiegała końca, a ja wcale nie miałam ochoty zabiegać o jej przedłużenie. Nie musiałam pracować. W spadku po rodzicach odziedziczyłam spory majątek. Pracowałam dla przyjemności. Pomagałam w archiwizacji dokumentów i dzieł sztuki odkrytych przed rokiem w zamku pewnego starego rodu. Studiowałam archiwistykę. Miałam dyplom z historii sztuki. Ukończyłam też z wyróżnieniem studia malarskie i byłam dyplomowaną artystką. Moją pasją było jednak wymyślanie i tworzenie potraw.

 Egzaminy zdałam w terminach zerowych. Jak zwykle. Nikogo to nie zdziwiło. Wszystko w normie. Dla wszystkich normalka. Ale nikt nie wiedział, że zrobiłam to tym razem w określonym celu. Zaplanowałam sobie, że po zdanych egzaminach zrobię coś, czego dotąd nie robiłam. Otóż poszłam do nocnego klubu. Sama jestem wielką miłośniczką muzyki klasycznej. Rock mnie rozstraja, blues zwyczajnie nudzi, jazz drażni, pop wprowadza w lekki nastrój, a poezja śpiewana mnie nuży.  Wybrałam się do klubu na koncert jazzowy.  Przedtem starannie się przygotowałam. Zrobiłam wywiad o tym klubie. Wszystko, czego się dowiedziałam na jego temat, kłóciło się z moim dotychczasowym życiem i było całkiem inne. To był dla mnie bardzo dobry powód, by tam pójść. Postanowiłam też, że wybiorę się  tam sama. To również było dla mnie pewne novum. Poinformowałam o tym wypadzie mojego przyjaciela, i to była jedyna, jak uważałam, racjonalna rzecz w tym całym przedsięwzięciu. Chcąc jednak poczuć się odrobinę komfortowo, wybrałam swój ulubiony garnitur w odcieniach szarości, białe mokasyny i białą koszulę. Gotowa do wyjścia spojrzałam w lustro. Prezentowałam się elegancko i skromnie. Brak makijażu, kok upięty z tyłu głowy, włosy mocno ściągnięte. Do tego biała torebka. Uśmiechnęłam się do siebie w lustrze, ale uśmiech ukazał mi  się jako nieporadne wykrzywienie ust. 

Siedziałam przy barze, gdy podeszła do mnie szara myszka i przebąkiwała coś  niezrozumiale. Byłam pewna, że  gdzieś ją już widziałam. Jąkała się i miała problem ze sformułowaniem myśli. Gdyby nie jej oczy, mogłabym uznać, że jakaś  opóźniona mnie nagabuje. Biedaczka. Patrzyłam na nią i próbowałam sobie przypomnieć, gdzie ją spotkałam. Takie oczy się zapamiętuje. To nie są oczy nijakie. Dlatego wiedziałam, że już kiedyś znalazła się w mojej życiowej przestrzeni. Wpatrywałam się w jej oczy intensywnie. Zauważyłam, że ją to peszy. Ale nie mogłam oderwać od nich spojrzenia. Wielkie, w kształcie migdałów i szkliście zielone, świetliste, ze słońcem w tle. Przezroczyste. I te brwi. Zarysowane pięknym łukiem. Szara myszka bez makijażu z magicznymi oczyma. I nie było nudy w tym jej wyglądzie. Przeciwnie. Klasyczna elegancja. Smak. Umiar. Harmonia. Wyróżniała się w tym kolorowym tłumie. Gdyby nie ten bełkot, to zakłócałaby spokojem tutejszy harmider. Oczy i niemożność wysłowienia wkomponowały ją w ten krajobraz jazzowy. Biała koszula świeciła w półmroku. Torebka odbijała kolory witrażowej lampy zza baru. Zapaliłam papierosa. Wzięłam duży łyk czerwonego wytrawnego wina i patrzyłam w to zjawisko z nie tego świata. Nie z mojego świata. Jeszcze nie mojego. Ta, która nie zapomina i której się nie zapomina. Przerwała swoje bełkoty i odwróciła wzrok. W lustrze znad baru zobaczyłam głębokie spojrzenie. I ten cień. Ten cień mnie oczarował.  Wiedziałam, że nie pozwolę jej odejść. Uczepię się jej i zostanę. Miałam tylko nadzieję, że ona nie odejdzie. Poczułam, że oto siedzi przede mną mój ratunek, moje wybawienie, moje zatracenie. Wzięłam kolejny duży łyk wina i kiwnęłam na barmana. Zamówiłam dla niej drinka z whisky. Wyglądała na kogoś, kto musi się porządnie napić. I chciałam, żeby została. Chciałam ją zatrzymać. Tę szarość i tę nieoczywistość. 

Spojrzała chyba zupełnie nieświadoma wrażenia, jakie na mnie  zrobiła. Zaciągnęłam się ponownie. Papieros wypalił się prawie cały sam. Strząsnęłam popiół. Lubię patrzeć na popiół. Słyszeć, jak miękko opada na dno popielniczki. Wyobrażam sobie czasami, jak czyjaś dusza zapada się spalona życiem.

 Na scenę wyszli muzycy. Nowi tu. Cichutko rozpoczął solówkę saksofon. Rozmowy jak fala przycichały, raz po raz. Pozwoliłam się nieść dźwiękom. Powoli stawałam się nimi. Wnikałam w oddech saksofonu, stawałam się oddechem saksofonu. Kątem oka zarejestrowałam nieznaczny ruch. Szara myszka wzięła pierwszy łyk drinka. Zadrżałam. Lęk nagły mnie pochwycił. Przyjęła. Zostanie? Spojrzałyśmy na siebie. Patrzyła przeciągle, uważnie, mocno, jakby nie chciała puścić mojego spojrzenia. Tak. Zostanie. Odetchnęłam z ulgą. Pozwoliłam sobie zanurzyć się w muzyce. Ciarki mnie przeszły. Oddałam się w pełni muzyce. Już mogłam. Teraz tak. Saksofon nabierał siły i rozpędu. Nieśmiało dołączył flet. A za nim z wahaniem fortepian. Czułam, że serce mi trzepoce, że uginam się niczym trzcina na wietrze, że spływam rosą w jezioro mroczne. Przeraziłam się, że nie zatrzymam tego w sobie. Właśnie teraz, gdy wreszcie zjawiła się ona. Nagle muzyka urwała się. Ucichło. Cisza. Serce zatrzymało się chwilą, potem waląc o klatkę, biło i biło jak dzwon. Pot zimnymi stróżkami spływał po moim rozgorączkowanym ciele. Spojrzałam na szarą. Odpowiedziała czujnością, uwagą. Spokój pojawiał się i wzrastał. Pomyślałam: czas na pierwsze słowo. Czas. Już czas. I wtedy zabrakło mi słów. Pojęłam wówczas bełkot szarej. 

Jest. Widzę ją. Siedzi przy barze. Jak barwny motyl pośród tej łąki rozkwieconej ludźmi. Czy nikt tu poza mną nie ubiera się zwyczajnie? Tyle niedbałości, tyle jaskrawości. A ona taka wysmakowana, eteryczna. Ulotna. Serce wali, uderza, przyśpiesza. W klubie gwar. Chaos. Półmrok. Scena pusta. Patrzę i boję się uwierzyć. Bo może to jednak nie ona. Nie ruszam się z miejsca. Stoję w progu. Ktoś przepycha się, potrąca mnie, rzuca jakąś uwagę. Nie słyszę. W głowie mętlik. W końcu jakaś nieznana mi siła porusza moimi nogami. Podchodzę do baru. Siadam na  wysokim stołku tuż przy niej. Nie mogę się opanować. Próbuję coś powiedzieć. Artykułuję jakieś monosylaby. Jąkam się. Nie poznaję samej siebie. Milknę. Ona zaciąga się papierosem. Bierze łyk wina. Patrzy mi w oczy. Chwilę wytrzymuję to spojrzenie. Mówi coś do barmana. Nie słyszę. Barman stawia przede mną drinka. Patrzę w lustro za nim. Widzę klub za moimi plecami i ją przy barze. Powoli uspakajam się. Mój rozsądek przemówił do mnie konkretami. Czepiam się go jak tratwy ratunkowej. Wzięłam głęboki wdech. Odetchnęłam wreszcie spokojnie. Spojrzałam w jej oczy i nie mogłam oderwać wzroku. Zobaczyłam coś pomiędzy błękitem a indygo. Wielkie oczy. Szeroko otwarte. Czujne. Uważne. Nie było w nich cienia ironii. Grzywa wiśniowo -różowych  loków na wpół je zasłaniała.  Czarne, długie i gęste rzęsy kładły cienie pod oczami. Papieros pomiędzy palcami lewej szczupłej dłoni sam się wypalał. Druga dłoń długimi palcami oplatała lampkę czerwonego wina. 

Usłyszałam znów cichy saksofon. Powoli opanował salę. Spojrzałam na nią ukradkiem,  patrzyła na scenę.  Usłyszałam fortepian, a chwilę potem flet. Patrzyłam na nią i na scenę przez lustro barowe. Widziałam, jak zmienia się jej twarz. Jakby miała zemdleć za chwilę. Ubrana w jedwabie, żorżety i tiul. Pastelowymi barwami mieniła się w blasku świec, i całkowicie przyćmiewała witrażową lamkę świecącą za barem. Jaśniała. Promieniała cała. Zapadła cisza. Rozejrzałam się po klubie. Wszyscy jakby zastygli. Po chwili pojedyncze oklaski stopniowo narastały w burzę braw. Ludzie wstali, gwizdali, nawoływali do muzyków. Ona spojrzała na mnie. Otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale zaraz je zamknęła. Pomyślałam, teraz albo nigdy. W końcu postawiła mi drinka,  który już cały we mnie sączył się odwagą. Wyciągnęłam rękę i przedstawiłam się. Wreszcie czułam, że jestem sobą. Patrzyłam śmiało w jej  oczy. Uśmiechnęła się szeroko i podała mi swoje imię. Zatkało mnie. Rzadko imię tak pasuje do osoby. Trzymałam jej dłoń i zapytałam: Liliana? Roześmiała się i przytaknęła. Przysunęła stołek barowy do mnie. Poczułam zapach jej perfum. Łąka, słońce, wiatr. Wzięłam głęboki wdech, by mocniej zapamiętać. Po chwili do zapachu perfum dołączył zapach dymu papierosowego. Nie wiedziałam, czy to jej, czy innych. Nie teraz, pomyślałam. Nie teraz. Później rozpoznam. Nie w tej chwili. Tym razem ja zamówiłam drinka dla siebie i wino dla niej. Patrzyłam, jak barman wrzuca kostki lodu do szklanki, nalewa whisky. Potem wypełnia lampkę czerwonym wytrawnym winem. Właśnie wtedy dowiedziałam się, że ona je  uwielbia,  a mi smakuje whisky. Poczęstowała mnie papierosem. Odmówiłam. Nie palę. Odłożyła paczkę na bok. Przybliżyła swoją twarz do mojej i wyszeptała: Skąd cię znam? Już cię widziałam. Nie wiem tylko… Gdzie? Wtedy wspomnienie  wróciło do mnie. Na krótką chwilę. Migawką filmu. Uśmiechnęłam się do siebie. Opowiedziałam jej o wernisażu, z którego ja wychodziłam, a ona właśnie się na nim  pojawiła. Gdy kończyłam opowieść, w klubie rozbrzmiała ponownie muzyka. Tym razem głośna, chaotyczna, dysharmoniczna. Drażniła mnie. Wciskała się w naszą rozmowę. Nie mogłam ułożyć w sobie myśli, znaleźć słów. Kolejny drink nie ułatwiał również skupienia. Świat kołysał się. Czułam, że jestem na lekkim rauszu. 

Słuchała mnie całą sobą. Nieraz czytałam o takich ludziach w powieściach. Myślałam, że są jedynie wytworem literackiej fikcji. A tymczasem ona tu. Czułam się podwójnie obdarowana. Wiedziałam, że zawiązuje się w nas nić przyjaźni, i że to będzie przyjaźń ważna. Pierwszy raz przeżywałam coś takiego. I nagle zdałam sobie sprawę, że dopiero teraz dane mi będzie poznać przyjaźń. Jej istotę. Wszyscy inni znajomi, bliscy i dalsi, przepadali w obliczu tego, jak ona słuchała. I te roziskrzone oczy. Jak rozgwieżdżona noc. I odrobina błękitu, co świeciła w coraz głębszym odcieniu indygo. Nigdy u nikogo przedtem ani potem, nie widziałam takich oczu. Pierwszy raz czułam, że każde słowo, które mówię, jest ważne, ma znaczenie dla niej. I coraz staranniej je dobierałam. Mówiłam coraz uważniej. Chciałam, by słowa zapadały w nią, i nie ginęły, by zostały. Przy niej poznawałam samą siebie inaczej. Nie miałam pojęcia, że mogę tyle mówić naraz. Opowiadałam jej o moich wrażeniach z wystawy, na której obie byłyśmy, choć spotkałyśmy się wówczas jedynie na mijance w drzwiach.  Malarstwo nie podobało mi się, dlatego nie zostałam. Tamte obrazy były dla mnie chaotyczne i krzykliwe wulgarnym krzykiem. Nie wnosiły piękna, za to brzydotę wciskały nachalnie. Bałam się, że mnie przenikną i  zalęgną się swoim ohydztwem. I gdy uciekałam z tego chaotycznego, obrzydliwego świata, w drzwiach zobaczyłam ją. Motyla. Uśmiechnęła się unosząc lekko prawy kącik ust w górę, gdy nazwałam ją motylem. Muzyka drażniła mnie coraz bardziej. Ten dysharmonijny jazz powoli stawał się nie do zniesienia. I gdy myślałam, że to przekracza moją wytrzymałość, ucichł. Tak samo nagle, jak się zaczął. Muzycy zniknęli. Wtedy ona wstała, przeprosiła i weszła na scenę. Ktoś podszedł i podał jej skrzypce. Stała tam drobna, tęczowa, zwiewna. W głębi sceny pojawili się inni muzycy z instrumentami. Saksofon, flet, kontrabas. Ktoś usiadł przy fortepianie. Z głębi sali usłyszałam nawoływanie:

–  Lila! Lila! 

Odwróciłam się, ale nie wiedziałam, kto wołał. Barman nachylił się i powiedział mi wprost do ucha: 

– Wielu przychodzi tu dla niej. Może teraz będą przychodzić jeszcze dla Saksów – tego pierwszego zespołu, który słyszałaś.

– Ciiii – powiedziałam zniecierpliwiona. Burzył mi klimat. Teraz dopiero zobaczyłam klub. Przy stolikach brak wolnych miejsc. Palące się świece, dym z papierosów, kufle z piwem, lamki z winem, szklanki z drinkami, półmrok. 

Lilianna zaczęła grać. Cicho, ledwo słyszalnie, powoli. Wspaniale wykorzystywała piano i largo, i adagio. Dźwięki były czyste, jednolite, bez współbrzmień. Oczarowała mnie kolejny raz. Inaczej. Cudownie tworzyła nastrój. Stopniowo muzyka nabierała wirtuozerii, była głośniejsza. Wtedy włączył się flet. Po nim fortepian i kontrabas. Na końcu pojawił się saksofon. Liliana budowała temat i nastrój. Czupryna loków tańczyła  jakby oddzielnie, inaczej niż ręce, a dłonie jeszcze inaczej.  Ona cała zdawała się falować tęczowo. Chwilami poruszała się  jak wiatr. Scena była oświetlona punktowo. A Liliana jakby pulsowała pastelami światła. Niczym obrazy impresjonistów w mroku. 

Tak właśnie złączyły się nasze ścieżki. Byłyśmy już razem. 

Nazwała mnie motylem. Czasami sama mówiłam, że jestem motylem. Niebywałe. Jak to możliwe, w ogóle mnie nie znała, a wiedziała o mnie to, czego inni nie potrafili dojrzeć?! Teraz już wiedziałam, że na pewno podążamy razem. Do końca… Jakiego końca? Nie wiem. Ale wiem, że do końca będziemy wędrować razem. Słuchałam, jak opowiada o naszym pierwszym spotkaniu, a raczej zobaczeniu siebie. Słuchałam jak urzeczona. Chyba nie ma pojęcia, jak pięknie potrafi opowiadać. Jak interesująco. Odkrywała przede mną szczegóły, które mi całkiem umknęły. Zapomniałam nawet, że byłam na tej wystawie, którą uznałam za jedną wielką porażkę. Ale nawet wśród ohydztwa można zobaczyć piękno. Dlatego trzeba być uważnym. Ja już na wejściu ujrzałam niesamowitość jej oczu. Z całego pobytu w galerii one jedne zapadły mi w pamięć. Ale nie tak, jak ja zalęgłam się w niej. A imię? Cóż za niezwykłe imię! Sama chciałabym je nosić: Jasmina. To świadczy o jej rodzicach. To na pewno ludzie z artystycznymi duszami. Coraz bardziej byłam jej ciekawa. Coraz bardziej nią zauroczona. Muzycy, którzy teraz grali, byli  za głośni i za chaotyczni. Nie potrafili dobrze improwizować tematu. Zapewne wystąpili tu pierwszy i ostatni raz. Drażnili mnie. Nie mogłam się skupić na opowieści Jasminy, ani na niej samej. Zauważyłam, że i jej trudno było słuchać tej muzyki, co rozpychała się nieudolnością grajków. Obserwowałam jej twarz. Im bardziej oni sobie nie radzili, tym częściej wydymała usta i potrząsała głową nieznacznie, jakby chciała strzepnąć i zdmuchnąć muzykę z siebie. Czułam, że ma wyrafinowany gust. Ale też, że jazz to nie jest jej świat. Co zatem tu robiła? Piła kolejnego drinka już wolniej niż pierwszego. Przez moment miałam wrażenie, że zaraz się upije, jeśli nie zwolni. Scena ucichła. Przyszła kolej na mnie i mój zespół. Gdy stojąc na scenie brałam w ręce skrzypce, pochwyciłam jej zdumione spojrzenie. Ktoś z głębi sali zawołał moje imię. Barman pochylił się nad nią i coś jej powiedział. Widziałam, jak strzepuje jego słowa z siebie. Zaczęłam grać patrząc na nią. Grałam dla niej. Poruszyła się, usiadła inaczej i zastygła. Po czym im dłużej grałam, tym bardziej wysuwała się do przodu. Pomyślałam, że jeśli się nie zatrzyma, spadnie. Przymknęłam oczy. Niosłam muzykę i muzyka niosła mnie. Jestem motylem. 

Takie wspólne fluidy… A jednak z klubu każda z nas poszła do siebie. Nie widziałyśmy się jakiś czas. Liliana wyruszyła w trasę koncertową. Czekałam. Wypełniałam czas malowaniem i wymyślaniem lub doskonaleniem potraw. Namalowałam obraz, który zatytułowałam: „Jazz z klubem w tle”. Skrzypce jako scena falująca pastelowymi barwami, światło punktowe, wokół półmrok i światłocienie klubu, gdzieniegdzie widoczny żar i dym papierosa, szkło z alkoholem odbijające światło i lustro, jak oko w rogu, w którym odbijały się oczy Liliany. A pomiędzy pędzlem i obrazem wymyślałam potrawy,  menu na nasze spotkanie u mnie w domu. A może u niej. Nie wiedziałam, co lubi Liliana. W końcu wybrałam  kuchnię francuską, skoro lubi wytrawne czerwone wino. Może też lubi wino białe? Postanowiłam przygotować rybę w aromatycznych ziołach, by jedząc czuło się smak zapachu. Zachowywałam się, jak obłąkana i jednocześnie bardzo racjonalnie. Obłąkana byłam w swoim rozgorączkowaniu, racjonalna w planowaniu i działaniu. Co chwilę miałam nowe pomysły, które chciałam wypróbować.  W końcu zatrzymałam się w sobie. Pomyślałam. I nastąpiło wyciszenie. Pamiętam. To był letni sierpniowy wieczór. Rozsiadłam się na tarasie. Zapaliłam świece i lampy naftowe. Włączyłam „Adagio”– kontrowersyjny, przepiękny i najsłynniejszyAdagio g-moll na smyczki i organy. Z nieustaloną historią autorską, co mnie niezwykle poruszało. Zrobiłam sobie drinka i chłonęłam widok nieba. Powoli odzyskiwałam spokój. Czułam odradzającą się we mnie harmonię. 

Właśnie wtedy zjawiła się niespodzianie.  Zadzwoniła i wyszeptała, że jest przed moim domem. Zdziwiłam się. Fakt, że nie wiedziałam, kiedy wraca, ale że jest już, teraz, że czeka za drzwiami , ten fakt wywołał we mnie radość i ekscytację.  Zjawiła się w samą porę, gdy spłynął na mnie spokój. Stała jakaś odmieniona. Spoglądała cieniem indygo spod rzęs oczu półprzymkniętych, przygryzła blade wargi, cała dygotała. W długiej, przezroczystej, chabrowej sukni i z tymi wiśniowo-różowymi lokami zarzuconymi na twarz, nie była tęczowa. Była niebem o zmierzchu. Bezgwiezdnym niebem.  A nad nami wieczór jaśniał horyzontem zachodzącego słońca. 

Weszła cała odarta ze światła. Zamknęłam drzwi. Oparła się plecami o ścianę i zamknęła oczy. Wzięłam od niej skrzypce, które przyniosła w skórzanym futerale.  Ręce spuściła wzdłuż ciała. Dłońmi z rozpostartymi palcami trzymała się ściany, a może ścianę podtrzymywała, by ta nie runęła. Miałam wrażenie, że prawie nie oddycha. Barwny motyl przemienił się w nocnego motyla. Jak szara ćma zastygła na ścianie, wyczekując światła.  Opuściła się wzdłuż ściany. Kucnęłam na wprost niej. Objęłam ją i podniosłam. Poprowadziłam na taras. Wskazałam fotel, usiadłam obok w drugim. Adagio kończyło się. Po chwili nastała cisza. Siedziałyśmy słuchając ciszy, wpatrując się w przestrzeń nocy. Nie wiem, jak długo. Po jakimś czasie wyszeptała: skrzypce. Poszłam do holu i przyniosłam je na taras. Położyłam na stoliku pomiędzy nami. Uśmiechnęła się blado. Otworzyła futerał, delikatnie wyjęła instrument. Wstała i zaczęła grać. Cicho, wolno. Z czasem utwór nabierał głosu, tempa i wirtuozerii. Patrzyłam, jak urzeczona. Słuchałam oczarowana. Powoli jej spojrzenie jaśniało, wracało roziskrzone przydymienie. Indygo zyskiwał błękit. Usta nabierały karminowej barwy. Włosy tańczyły lokami wokół twarzy. Blask świecy i lampy naftowej odbijały się w mahoniowej skrzyni skrzypiec. Na grafitowym niebie pojawiły się jasno skrzące gwiazdy. A księżyc pełnią wyłonił się zza szarej chmury. Odcienie chabru zamigotały fioletem.  Fiolet sukni wiatrem się objawił w moich oczach, tęczą fioletów i różu rozbłyskiwał, co jakiś czas. 

Zapragnęłam ją namalować. Wiedziałam jednak, że nie pora na to. Starałam się zapamiętać barwy, atmosferę, ruch, wrażenia, aurę, energię, wibracje. Malowałam ją w swojej pamięci z wiarą, że nie zniknie, że odtworzę ten niesamowity obraz. Tak realny, a jednocześnie impresyjny i surrealistyczny. Muzyka przenikała mnie do głębi. Uwalniała, a jednocześnie była jakaś narkotyczna, choć nie transowa i nie psychodeliczna. Jazz. Jasne. Przecież to jazz. Dla mnie nie tyle improwizacja, co impresja  jazzowa, ekspresja i surrealizm, gotyk.  Zwykle określałam muzykę terminami z dziedziny sztuk plastycznych czy architektonicznych. Zanurzyłam się w tych czarownych chwilach. Liliana grała, nie wiem jak długo. Nagle, jakby w trakcie frazy wyrosła cisza. Spotkałyśmy się w spojrzeniu. Obie znieruchomiałe. Jedna ze świec zgasła. I obróciłyśmy się w jej stronę. Liliana stała trzymając w lewej ręce skrzypce, w prawej smyczek. Podeszłam do niej. Przytuliłam i wyszeptałam: dziękuję. Przywarła do mnie, wtuliła się we mnie. Po czym zapłakała cicho. Stałyśmy tak, aż przestała łkać. Zaprowadziłam ją do pokoju gościnnego i położyłam na kanapie. Okryłam kocem. Zasnęła niemal natychmiast. Gdy usłyszałam jej głęboki oddech, poszłam na taras. Wygasiłam świece i lampę. Schowałam skrzypce do futerału. Wróciłam z nimi do domu, zamknęłam szklane drzwi tarasu. Poszłam do pracowni. Zabrałam się za obraz. Usiadłam w bujanym fotelu, przymknęłam oczy. Malowałam w sobie. Odtwarzałam wspomnienia i przeobrażałam na mój obraz. Dziś obędzie się bez szkiców i planów. Wiedziałam, że po prostu stanę i namaluję. Na sztalugach było już przygotowane płótno do malowania. Zagruntowane. Chciałam namalować Lilianę i muzykę. Oddać światło,  tęczę odcieni wiśni i różu, wibracje, wiatr  i niebo wieczorne, gdzie wpływa muzyka falami i dotyka księżyca, gwiazd i przenika głębię grafitu. Wciąż jednak gruntowałam w sobie to wspomnienie, zauroczenie, oczarowanie i zachwyt.  W ciszy nocy zaczęłam malować. Malowałam jak nigdy dotąd. Raz pośpiesznie, to znowu powoli z rozmysłem. Gdy w oknie pojawił się pierwszy brzask dnia, skończyłam. Byłam cała mokra. Ubranie przylgnęło mi do ciała. Wpatrywałam się w obraz i powoli odczuwałam narastające zmęczenie.  Okno w pracowni było otwarte i teraz owiał mnie sierpniowy chłód poranka. Sięgnęłam po szeroki szal, który zawsze wisiał na oparciu bujanego fotela. Ale teraz siedziała opatulona nim Liliana. Patrzyła spod półprzymkniętych powiek. Zastygłam. Nie zauważyłam, kiedy  weszła. Jak długo tu była? Chłód przenikał mnie coraz mocniej. Zamknęłam okno i sięgnęłam po koc leżący w skrzyni pod oknem. Ledwo stałam na nogach. Właściwie słaniałam się. Wzięłam za rękę Lilianę i poprowadziłam ją schodami na dół. Padłam na kanapę i w mgnieniu oka zasnęłam.

Ledwo dotrwałam do końca trasy koncertowej. Czułam, jak wzrasta we mnie napięcie. Jak niepokój rozrasta się. Dyszałam do ostatniej chwili. Ledwo wyszeptałam do telefonu, że jestem pod drzwiami. Otworzyła mi. Spojrzała i poczułam, że jestem u kresu. Musiałam oprzeć się o ścianę. Poczuć jej chłód i obojętność. I tę neutralność. Słabłam. Siły mnie opuszczały. Już nie musiałam być silna. Mogłam pozwolić sobie na słabość. Siłą jest to, co zmierzyło się ze swoją słabością. Znałam ją doskonale i wiedziałam, że teraz mogę dać jej ujście. Bezpieczna. Nie pamiętam, jak znalazłam się na tarasie. Jeszcze nie wiedziałam jak jest bajkowy, to miałam odkryć innymi dniami i nocami. Chłonęłam chłód wieczoru, światło świec i lamp. Powoli spływała na mnie potrzeba ujścia emocji. Już mogłam sobie na to pozwolić. Teraz tak. Zaczęłam grać na skrzypcach. Skrzypce to moje wyzwolenie i moje tworzenie. Moje stwarzanie i transformowanie siebie. Dziś nie widziałam Jasminy. Dziś odbierałam ciszę, jaką mnie obdarowała i spokój tej ciszy. Grałam aż do utraty. Niepokój umykał strunami spod smyczka, bezsilność pierzchała z każdym ruchem ręki, zmęczenie wychylało się coraz bardziej ze skrzyni skrzypiec i cieniem kładło spojrzenie w oczach. Grałam. Snułam własną opowieść. Tworzyłam siebie inaczej. Zmartwychwstawałam.  Wyrzucałam siedem demonów, co zalęgły się w mojej głowie. Stawałam się coraz lżejsza, cichsza. Poczułam oddech. Przestrzeń. Mogłam otworzyć skrzydła. Otworzyłam oczy. Ujrzałam rozgwieżdżone niebo, księżyc w pełni. Poczułam wiatr we włosach. Wróciło wspomnienie  tamtej pieszczoty palców i muśnięcia ust. Serce zabiło jękiem. Skrzypce też. Przyśpieszyłam, jakbym chciała przegonić. Czułam, że czas odetchnąć. Odetchnąć,  jeśli nie chcę się rozsypać. Przestałam grać i wzięłam głęboki wdech. Bałam się, że nie dam rady, i wtedy Jasmina mnie przytuliła. Całej reszty nie pamiętam. 

Obudziłam się. Leżałam okryta kocem na kanapie. Półmrok. Gdzie jestem? Usiadłam i rozejrzałam się. Wiedziałam, że nigdy wcześniej tu nie byłam. Czułam się cała obolała. Głowa mi pękała, pulsowała bólem. Byłam ociężała. Jakbym była ociosanym kawałkiem drewna. A jednocześnie czułam się krucha, jak wyschły gliniany wazon,  niewypalony na słońcu ani  w piecu. Podeszłam do okna. Przede mną roztaczała się noc. Cienie drzew i krzewów. I dachy  domów w oddali. Na odległym horyzoncie światła miasta. Zachciało mi się pić. Wyszłam z pokoju. Korytarz, kilkoro drzwi, schody w górę i w dół oświetlone pod każdym stopniem. Małe witrażowe okno podświetlone od dołu. Zeszłam ciekawa otoczenia. Przypomniało mi się, że jestem u Jasminy. Poczułam spokój. Pamiętałam niejasno narastający niepokój wcześniejszych dni. I ten pęd. By zdążyć. Zdążyć zanim rozsypię się na kawałeczki i pogubię się całkiem. Zdążyć do niej. W  pamięci nosiłam tę harmonię, jaką miała w sobie, i którą emanowała. A więc tak mieszka. Oto jej królestwo. Na dole duża przestronna kuchnia i salon,  jadalnia w oddzielnym oszklonym pomieszczeniu przylegającym do tarasu. Znalazłam szklankę  i nalałam sobie wody. Wypiłam duszkiem. W domu cisza. Głęboka. Spokój. Ład. Harmonia. Czułam się bezpieczna. Wracając na górę zobaczyłam snop światła dochodzący z poddasza. Poszłam za nim. Nie spodziewałam się tego, co zobaczyłam. Jasmina malowała obraz . Miała rozpuszczone, bardzo długie, gęste i proste blond włosy. Ubrana była w szare leginsy i letnią koszulę w  szaro- zielone  linie układające się w nieokreślony wzór fal. Rześkie powietrze  z otwartego okna mieszało się z zapachem farb, terpentyny i potu. Nie zauważyła, że weszłam. Usiadłam w bujanym fotelu i okryłam się kocem w pastelowych kolorach o nieokreślonym wzorze. Barwy przenikały się. Był miękki i ciepły. Podkurczyłam nogi i patrzyłam. 

Malowała mnie i muzykę. Widziałam tę muzykę i duszę moją rozwianą, pastelową i rozognioną.  Namalowała światło i mrok. Wiatr i ciszę. Widziałam, jak obraz coraz bardziej wibruje barwami dźwięku, jak nabiera energii, jak wychodzi poza ramy i rozprzestrzenia się. Bałam się oddychać, by jej nie rozproszyć. Raz pędziła pędzlem, innym razem powoli, ostrożnie, delikatnie jakby goniła, dopadała, głaskała i tuliła. Koszula przylgnęła od potu do jej drobnej sylwetki. Włosy zlepiły się w strąki. Oczy skrzyły się, roztaczały blask jak płomyki świec. Cisza i  szelest. Nagle zastygła. Przez okno dochodził cichy koncert pasikonika. Stała nieruchoma. Zadrżała. Objęła ramionami. Odwróciła się z ręką wyciągniętą. Jak Nike. Spotkałyśmy się oczami. W zmęczonym spojrzeniu zabłysło światło uśmiechu. 

Podeszła do okna. Zamknęła je i wyjęła z sosnowej  skrzyni stojącej pod nim, koc utkany w pastelowe odcienie plam. Otuliwszy się nim, lekko się zatoczyła. Chwyciła mnie za rękę i  poprowadziła na dół. Padła na kanapę.  Zasnęła.

Zeszłam niżej do kuchni. Czułam, że zasnę, a nie chciałam spać. Byłam ożywiona, ale jednocześnie jak śnięta ryba. Poszukiwałam kawy. Jedna szafka samych kaw. A wśród nich moja ulubiona. Nastawiłam ekspres, i czekając przejrzałam kredens pełen malowniczych serwisów do kawy i herbaty.  Szkło lśniące, rozmaite, do najróżniejszych rodzajów napojów. Ciekawie zaglądałam do kolejnych szafek. Wszędzie ład i czystość nieskazitelna. Nie tak jak u mnie. Wybrałam filiżankę w pąsowe i różowe kwiaty.  Z wielkiego słoja wyjęłam kilka ciasteczek maślanych. Nie czułam wcale, że myszkuję. Będąc u Jasminy, byłam też u siebie. Wiedziałam, byłam pewna, że mnie jednej nie będzie miała za złe tego  wścibiania nosa. Poszłam do pracowni. Postawiłam na okrągłym stoliczku filiżankę i położyłam na talerzyku ciastka. Obchodziłam to królestwo duszy z rosnącą ciekawością. Moją uwagę przykuł obraz ze skrzypcami. Stał pod ścianą. Odwróciłam go i przeczytałam „ Jazz z klubem w tle”. Byłam zauroczona obrazem i tytułem. Zapadłam się w bujanym fotelu i kołysałam. Szklany sufit wschodził słońcem nad moją głową. Koił mnie.  Otulona barwami słońca, światłem i narastającym ciepłem zasnęłam. 

Obudziłam się. Liliany nie było w pobliżu. Postanowiłam jej nie szukać, dać nam przestrzeń. Przestrzeń wzajemną. Wzięłam orzeźwiający prysznic. Długo stałam pod strumieniem ciepłej wody. Delektowałam się jej oczyszczającą mocą. Zawsze zachwycała mnie magia wody. Jej znaczenie i stanowienie o życiu. I to jakim jest twórcą: muzykiem, malarzem, iluzjonistą. Tyle razy zatrzymywała mnie swoimi dziełami. Tęczowym tańcem z promieniami słońca. Białymi malowidłami na szybach mieniącymi się srebrem. Indywidualnością płatków śniegu. Gradem lodu bombardującym życie. Parą sunącą zapachami potraw. Mgłą tajemniczo skrywającą świat. Muzyką w strumieniu, potoku, wodospadzie, deszczu. Wprowadzała w zachwyt i zadumę. Teraz czułam, jak moje ciało relaksuje się, odpręża, znika napięcie i zmęczenie. A jednocześnie w myślach pojawia się cisza. 

W turbanie z ręcznika i w szlafroku poszłam do kuchni. Włączyłam „Cztery pory roku” Vivaldiego i ekspres do kawy. Zasłuchana piłam kawę w fotelu. Oczami wyobraźni widziałam obrazy, jakie mogłabym namalować… nie teraz jednak… nie dziś. Jutro może… może nocą… kiedyś .. nie teraz… Teraz czas uporządkować codzienność. Wprowadzić spokój i ład. Obmyślałam w głowie jadłospis. Gotowanie zawsze układało we mnie emocje. Pozwalało odnaleźć dystans. Kawa aromatem wanilii snuła się w salonie. Smakiem przysiadła na podniebieniu. Słoneczny dzień migotał za oknem. Otworzyłam drzwi tarasu i oddychałam różami, które pośpiesznie w progu  domu roztaczały powab. Poranek ciepłem dnia i chłodem nocy otoczył mnie całą. Rozsiadłam się na tarasie i zagłębiłam się w ciszę ogrodu. Muzyka ucichła.

 Co teraz? Co teraz? Myślałam i nie szukałam odpowiedzi. Błądziłam pomiędzy światami zmysłów. Jak dobrze. Jak pięknie. Życie jest takie czarowne i  pełne powabu. Kusi i mami, odpycha i zachwyca. Obiecuje i rozczarowuje. Spełnia się i niedopełnia. Tajemnicą rozsiada się i bezczelnie patrzy mi prosto w oczy. Mówi: odkryj mnie, pojmij mnie, nazwij wszystkie moje aspekty. Podążaj za mną coraz dalej i dalej. Przekrocz wszelkie granice. Zwłaszcza wyobraźni granice przekrocz! I zobacz, poczuj. Stań się mną, życiem. Nie umieraj, nie rozprawiaj ze śmiercią. Nie bież jej jako kochanki i nie bądź jej  nałożnicą. Śmierć jest wytworem, iluzją. Jest hologramem twoich obaw. 

Siedziałam w tym swoim królestwie pomiędzy różami, i czułam, jak narasta we mnie lenistwo. Takie błogie. Błogie jak czekolada. Może zrobić czekoladę… Gorącą, aromatyczną i gęstą… Przymknęłam oczy. Dobrze jest pozwolić sobie czasami na nierobienie niczego. Na nic nierobienie. Niemyślenie. Wysublimowany smak obudził moją wyobraźnię. Poczułam, że wszystko się we mnie poruszyło. Wezwało do istnienia. Westchnęłam. Mam nadzieję, że nie patrzę oczami ślepca, nie słucham uszami głuchego…

 Ruszyłam w tan.  W ten wir codzienności, co wnika w nas i nie odpuszcza nam. Zapowiadał się gorący dzień. Weszłam na piętro i przebrałam się w długą, zwiewną, białą suknię. Mokre włosy upięłam spinką. Cicho zeszłam do kuchni. W głowie układałam jadłospis. Dobrze rozmawia się  przy wspólnym stole lub na spacerze. Odpowiednio zastawiony stół może sprzyjać rozmowom, pomóc związać więzy i jednocześnie otworzyć się na siebie nawzajem. Zdawałam sobie sprawę z tego, że nasza rozmowa nie będzie łatwa. I raczej podejrzewałam, że zdarzy się później niż wcześniej.  Jeszcze nie wiedziałam, co takiego przydarzyło się Lilianie, ale miałam wrażenie, że nie jest to historia jednego dnia. W oczach wróciło wspomnienie Liliany osuwającej się wzdłuż ściany. Łkającej w moich ramionach. Motyl, który został schwytany w siatkę, z której cudem uleciał.  Motyl, co umiłował rozsłonecznioną łąkę, wpadł nagle w ciemność nocy i przemienił się w ćmę na oślep pędzącą ku światłu i ciepłu. Za cenę nawet własnego życia. Byle jeszcze raz, choć przez chwilę, poczuć dzień. 

Obudził mnie koszmar senny. Krew spływająca z nieba i wicher zawodzący. Strach i panika. W głowie huczało. Skronie pulsowały. Serce waliło pospiesznie. Dyszałam. Potrzebowałam czasu, by odkryć, że to był tylko zły sen, że nie śpię. Otworzyłam oczy. Patrzyła na mnie muzyka. Zuchwale. Z obrazu. Barwami i falami.  Czułam się nierealnie. Jakbym nadal śniła. Nie mogłam oderwać oczu. To była bezczelność tak namalować to,  co mi w duszy grało czasami. Tak obedrzeć moją twarz z woalu. Tak mnie obnażyć. Cóż za tupet. Myślałam. A jednocześnie byłam oczarowana. Jak to możliwe? Jak? Jak poukładana, porządna, pełna harmonii i ciszy osoba, może tak wiernie oddać taką skalę emocji, wibracji, energii? Jak? Skąd wie to wszystko? O mnie? Oto siedzę i zaglądam w siebie, zaglądam poprzez obraz namalowany przez Jasminę. Skąd ta umiejętność zobrazowania muzyki, która we mnie gra. Może to ten cień…Cień, który w niej jest… Może tam, w nim, skrywa to wszystko niewidoczne dla nas, dla świata. Co skrywa? Przymknęłam oczy. Odpocząć od snów. Odpocząć od siebie. Uciec. Dokąd? Od siebie nie ma ucieczki. Nie ma. Przerażające. Skąd brać siły na to obcowanie ze sobą samym przez całą wieczność? To jest nie do zniesienia. Nie. Nie chcę tak. Gdyby można zapomnieć wszystko. Absolutnie wszystko i zacząć jeszcze raz. Od nowa. Wziąć pierwszy oddech inaczej. Spotkać ludzi ponownie, ale po raz pierwszy. Tworzyć siebie inaczej. Nie uciekać. Nie znikać. Tym znikaniem, co powiększa ślad, poszerza i wydłuża. Pogłębia lęk. Nie. Dość. Uciec od myśli. Zamknęłam oczy. Patrzyłam w ciemność. Nie miałam siły wstać. Jeszcze nie. Jeszcze chwila. Nie ma mnie. Po prostu nie ma. Jeszcze przez moment. Potem znów dam się pociągnąć, omamić, omotać. Jeszcze nie teraz. Jeszcze nie. Niech życie poczeka. Nim mnie znów zahipnotyzuje. Niech stoi sobie z boku. Obok mnie. Ja skrywam się w fotelu bujanym na poddaszu ciszy.

Z dołu dobiegał odgłos robota kuchennego. Szczęk naczyń. I cisza. Pomiędzy tym najgłośniejsza była cisza. Wsłuchiwałam się w nią. Kluczyłam pomiędzy dźwiękami codzienności w pogoni za nią. Podążałam jej ścieżkami. Powoli zaczęłam odczuwać ciepło słonecznego dnia. Otworzyłam oczy i ujrzałam promienie światła przedzierające się przez szklany sufit do wnętrza pracowni. Niech to szlag! Koniec z mazgajstwem! Koniec z lękami. Czas. Już czas. Zerwałam się i pochwyciłam skrzypce. Grałam i tańczyłam. Wyobrażałam sobie, że jestem zaklęta w blasku, jak tęcza. Potem zobaczyłam obraz stojący w rogu ściany na tyłach pracowni. Przestałam grać. Powoli, cicho, na palcach podeszłam do niego. Ostrożnie postawiłam na pustych sztalugach. Wzięłam głęboki wdech. Oniemiała wpatrywałam się. Bałam się oddychać. Jakbym swoim istnieniem mogła sprawić, że zniknie. Ale on wciąż był. Stał i patrzył na mnie. Porażał. Emanował ciszą. Namalowany odcieniami szarości i światła. Impresja i ekspresja. Surrealizm i abstrakcja. Sama barwa. Bezkształtny, a jednak harmonijny. Światło i poświata. Osunęłam się na podłogę. Czułam się jak dziecko. Zagubiona i obdarowana. Odważyłam się i palcami delikatnie dotknęłam. Poczułam grubość i gładkość farby. Szorstkość płótna. Usłyszałam jęk skrzypiec. Twarz przybliżyłam do obrazu. Chciałam tam wejść. Wtopić się w niego i zostać. Na zawsze. Jak ktoś tak niepozorny, może tworzyć takie dzieła? Taka zwyczajna, szara myszka ukazująca się światu, jako artystka sztuki kulinarnej. Taka normalna, a skrywająca przed światem takie obrazy. Ten cień w niej. Ten cień… Błogosławiona niech będzie chwila, w której Jasmina  weszła do klub. Boże… Boże…  Niech Cię!… Dzięki Ci za ścieżki, którymi ją tu przywiodłeś. Do mnie. Niech Cię!.. Ty Szafarzu… Szafarzu życia… dusz…wieczności… Ty!… no Ty.. kto Ty jesteś.. kim… wszystko jedno.. dzięki Ci za Jasminę.  

Postanowiłam zrobić na śniadanie naleśniki z poziomkami i bitą śmietaną, a na obiad rybę w cieście. Do śniadania czerwone półsłodkie wino, do obiadu białe wytrawne. Na deser tarta z masą z  mascarpone. Zabrałam się do pichcenia. Z pracowni doszedł mnie dźwięk skrzypiec. Uśmiechnęłam się. Gra. To dobrze. Po chwili ucichło. Będzie gotowa, to zejdzie. Skupiłam się na potrawach.  W tym czasie wszystko przygotuję. Słońce świeciło coraz jaśniej i coraz mocniej grzało. Spuściłam rolety, by dom się nie nagrzał. W półcieniu uwijałam się pospiesznie, ale spokojnie. Metodycznie. Z radością. Wiedziałam, że nastał nowy, inny czas.  Intensywny, niespokojny, ciekawy i bezcenny. 

Poczułam jej obecność. Stała niedbale oparta o ścianę i wpatrywała się we mnie. Cienie pod oczami spoglądały z porcelanowej twarzy, skrywając tęczówki spojrzenia.  Wiśniowy róż spływał falami po policzkach, płonął po czole. Suknia już nie mieniła się odcieniami. Głębokim chabrem pochłaniała drobną jej postać. Oto z tęczy spozierała na mnie cała spowita cieniami indygo. Była niczym cień spływający ku mnie poświatą różu. Cień mieniący  się mahoniem skrzypiec zamilkłych, dzierżonych w dłoni. Uśmiechnęłam się. Witaj… witaj…szeptałam w sobie… witaj nieprzewidywalna… niepojęta… Niczym mahoniowiec w dżungli… rzadki okaz… twardy i wodoodporny… dobry materiał na tratwę czy żaglówkę… Jako świeża jesteś  żółto-czerwona… i jesteś jak niejednolita grafika… a gdy porzucona i samotna tak, jak dziś, wtedy wnikasz w czerń… Tak… jesteś jak mahoniowiec… zakwitasz raz na kilka lat kolorem słońca…i jaśniejesz, oczarowujesz… wiosenną otwierasz się koroną… koroną z  liści czerwonych i różowych… by szybko przemienić się w nadzieję zieleni… Ginący gatunek… ludzie wycinają takich jak ty… niestety… Silna ale ginąca… Oto tak mówiłam do siebie, gdy ona spoglądała na mnie kręcącą się po kuchni. Przywołałam ją gestem. Nalałam do kieliszka wody z limonką i miętą  pieprzową. Wrzucone kostki lodu wydały dźwięk połączenia struktur i energii.  Ot. Napój dobry na początek dnia. Podałam jej z uśmiechem. Powoli podeszła uparcie wpatrując się w moje oczy. Co chcesz z nich wyczytać… co chcesz zobaczyć we mnie… co pojąć pragniesz…  Liliano, proszę…. zimna, orzeźwiająca woda. 

Zamieszkałyśmy razem. Liliana wynajęła swoje mieszkanko saksofoniście. Wprowadziła się w moją przestrzeń skrzypcami, tęczami i światłocieniami. Muzyką. Energią. Fluidami. Każdy dzień był niespodzianką. Każdy dzień był aktem sztuki. W naszej codzienności wiele sztuk nam towarzyszyło. Sztuka kulinarna. Muzyka. Malarstwo. Słowo. Cisza. Milczenie. Taniec. Wiatr. Każdego dnia niepokoje zataczały kręgi wokół nas. Nowe wibracje. Powietrze gęste i rozrzedzone. Czas, który zapiera dech. Czas, który nieruchomieje w międzyczasie, by nagle stanąć, zatrzymać się w nocy, osiąść na skrzydłach mroku i niczym martwy punkt pulsować żyłą na skroni. Z ciszą skrzypiec w dłoni nieruchomej, pękniętych, zroszonych krwią i łzą na strunie myśli. I tak już pozostać w zapatrzeniu, niedowierzaniu, niepogodzeniu. Otworzyłyśmy drzwi do nas nieświadomych prawdy…